Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

26 listopada 2010

Nie-Moja Coma

Ostatni raz, kiedy napisałem na tej stronie relację z koncertu, był ponad dwa lata temu - była to relacja ze współorganizowanego przeze mnie festiwalu RAIN. Na samym początku muszę zaznaczyć, że ten tekst będzie dość długi i  dopiero na samym końcu znajdzie się relacja z wczorajszego koncertu oraz że należę do tej chyba coraz liczniejszej grupy, która uważa, że Coma skończyła się po drugiej płycie. Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków zawierała utwory, o których można było powiedzieć, że jeśli nie wszystkie (mnie osobiście nie przypadły do gustu tylko "Nie ma Joozka" i "Schizofrenia"), to większość utworów była naprawdę dobra i osiągnęła wysoki poziom swojej poprzedniczki-debiutantki, Pierwszego wyjścia z mroku, albumu Demo (który również posiadam, jak wszystkie inne wydawnictwa zespołu) nie liczę. Jednocześnie był to ostatni album, na którym mogliśmy usłyszeć po raz ostatni tego Piotra Roguckiego. Dla mnie osobiście niezrozumiałe jest to, co się stało później, jak i dlaczego tak się zmienił, i co mogliśmy usłyszeć na Hipertrofii i kolejnych płytach - całkowicie zmieniony głos, w którym nie dało się już usłyszeć tego młodzieńczego buntu i pasji w jego głosie, którą zarażał wszystkich słuchaczy. Zmieniła się także muzyka - miejsce zasłużonego Tomasza Stasiaka zajął perkusista Normalsów, Adam Marszałkowski, teoretycznie dopiero przed Hipertrofią, a praktycznie już w czasie nagrywania partii bębnów na ZSWAŚZ, a okoliczności rozstania można określić jednym słowem - niesmaczne i niepasujące do wieloletnich kolegów, ale cóż, biznes to biznes.

Hipertrofia była dla mnie płytą, w porównaniu z poprzednimi, łagodnie mówiąc bardzo słabą - nieudane eksperymenty muzyczne, przeciętne teksty, niezrozumiała "fabuła" albumu i spośród wszystkich utworów na tym dwupłytowym wydawnictwie, zaledwie kilka na poziomie poprzednich albumów. Później była Coma Live, następnie Symfonicznie - przyznaję, udany projekt i bardzo widowiskowy - oraz anglojęzyczna płyta Excess, przeznaczona na zagraniczny rynek, zawierająca anglojęzyczne wersje wcześniej znanych utworów, z trzema nowościami. Zwłaszcza jedna z tych premier wzbudziła moje kontrowersje - utwór "F.T.P.", czyli "Fuck The Police". Dla mnie była to już naprawdę przesada, rozumiem, że muzycy prawdopodobnie chcieli zrobić sobie żart muzyczny, ale zupełnie im to nie wyszło - utwór muzycznie świetny, ale treścią idealnie wpasowujący się w idee "pokolenia JP100%", która odebrała ten utwór całkiem serio, nie mówiąc nawet o tym, jaki obraz tworzy Coma za granicami naszego kraju, nie tylko sobie, ale także między innymi mieście Łodzi - niedoszłej Europejskiej Stolicy Kultury.

Osobnym tematem jest reakcja publiczności przez te wszystkie lata. Zacznę od mojej skromnej osoby - na koncerty Comy chodziłem już dziewięć lat temu, kiedy bilety były po 3zł lub 5zł, albo nie było ich wcale. Pamiętam cotygodniowe słuchanie Listy Przebojów Radia Łódź Adama Kołacińskiego, który tak naprawdę jest ojcem sukcesu Comy - co tydzień, najpierw w Liście Niezależnych, a później po wydaniu PWZM, w regularnym głosowaniu Coma nie miała konkurencji, a głosami łódzkich słuchaczy "Sto tysięcy jednakowych miast" przez 53 tygodnie - ponad rok! - o ile mnie pamięć nie myli, było na pierwszym miejscu tejże listy, ustanawiając rekord notowań. Pamiętam także zaproszenie na koncert Comy w studiu Radia Łódź, byłem także w pierwszej setce fanów w pierwszym fanklubie Comy, "Onlyway", liczbę koncertów Comy, na których byłem można określić już na ponad trzydzieści. Ważna jest w tym wszystkim dla mnie także pewna osoba, nieobecna już w moim życiu, ale która sprawiła, że słuchanie Comy było wtedy tak wyjątkowe... Dlaczego to piszę? Nie, nie żeby się chwalić, bo z perspektywy czasu uważam, że nie ma już czym. Piszę to, aby przedstawić obraz kogoś, kto był z Comą niemal od samego początku i był także emocjonalnie związany z jej twórczością, i który nie rozumie co się stało z tym zespołem...

Do czasu Hipertrofii wszystko było w porządku, później to wszystko wybuchło. Rozmawiałem ze znajomymi, wielu z nich miało podobne zdanie do mojego, przeglądałem także forum Comy - zdania były bardzo podzielone, a ja sam zastanawiałem się, gdzie podział się ten chłopak, który nie tak dawno sam grał na gitarze i śpiewał poezję... Pomimo niezadowolenia "starych" fanów, Coma zyskała tysiące nowych, którzy usłyszeli o tej Comie, którzy wszyscy słuchają i jest taka fajna, a reszta się sama potoczyła. Kolejne płyty tylko powiększyły ten rozłam - osoby takie jak ja słuchały Comy głównie tylko z powodu dawnego przywiązania lub innych podobnych przyczyn, powodów zdobywania nowych fanów, oprócz popularności i braku porównania do dawnych koncertów i nagrań, ja osobiście nie jestem w stanie zrozumieć. Dla mnie takim swoistym "zapalnikiem" do napisania tej notki był wczorajszy koncert Comy w Wytwórni.
Przyznam szczerze, zaskoczyła mnie idea trasy akustycznej z asystą symfoników, co prawda tylko siedmiu, ale jednak, i to głównie ciekawość zawiodła mnie na ten koncert. Ceny biletów na występ łódzkiego zespołu już dawno przestały mnie dziwić - 65 złotych za bilet to dla mnie zdecydowanie za dużo, ale cóż, miałem nadzieję że będzie warto, ba! przed rozpoczęciem koncertu brałem pod uwagę możliwość kupienia biletu na drugi koncert w Łodzi, 18. grudnia...

Pierwsze co poczułem, wchodząc na salę, to zdziwienie - po raz pierwszy przyszło mi słuchać rockowego koncertu... na siedząco. Na scenie już czekały instrumenty, jednak co ciekawe, akustyczne. Przed sceną w rzędach były ułożone krzesła, wznoszące się coraz wyżej, aby fani z dalszych miejsc także dobrze widzieli scenę, a rzędy były w połowie "przecięte" przez drogę do tychże miejsc. Dodatkowo jedyne wyjście prowadziło przez przód sceny - aby wejść lub wyjść, słuchacze musieli przejść przed sceną - dziwne, ale i ciekawe rozwiązanie, gdyż kto chciał mógł usiąść na podłodze tuż przed sceną. Muzycy nie kazali na siebie długo czekać - najpierw weszli symfonicy, po chwili zespołowi instrumentaliści - Marszałkowski, Kobza, Witczak, Matuszak - a na samym końcu, już przy akompaniamencie muzyki, Piotr Rogucki. Zaczęli od "Turn Back The River", ale szczerze powiem, że rozpoznałem ten utwór dopiero po słowach - aranżacje utworów były tak różne w porównaniu z oryginałami, że trudno je było rozpoznać, ale było to zdecydowanie in plus - muzyka tego wieczoru była najlepszą rzeczą, jaką spotkała publiczność, co innego można natomiast powiedzieć o śpiewie. Dla mnie forma Roguca tego dnia była po prostu bardzo słaba - nie śpiewał normalnie, tylko momentami, kiedy się wydzierał do mikrofonu, dało się usłyszeć jego dawne "ja", albo po prostu śpiewał... normalnie, jeśli przyjmiemy za wzorzec jego aktualne brzmienie, tak różne od tego sprzed kilku lat. Wiele dźwięków nie był w stanie wyciągnąć, a dodatkowo był bardzo zdekoncentrowany i czuł się nienaturalnie na scenie - czy aż tyle kosztowała go kariera aktorska? Później było "Zero osiem wojna", "Świadkowie schyłku...", "Trujące rośliny", "Popołudnia bezkarnie cytrynowe" i  feralna "Tonacja", podczas której zawinił sprzęt i muzycy musieli po kilkunastu sekundach przerwać występ. Między utworami Roguc zabawiał publikę dowcipnymi uwagami, i było to chyba najciekawsze, co tego wieczoru zaprezentował. Po chwili panowie zaczęłl grać dalej, później przeszli do "Pierwszego wyjścia z mroku", kiedy to wokalista zaczął śpiewać tekst do... innego utworu! Po chwili przerwał po raz kolejny tego wieczoru występ i dopiero po chwili muzycy zaczęli grać ponownie, tym razem z właściwymi słowami. Jak dla mnie bardzo źle zachował się w tej sytuacji Roguc, tłumacząc się, że to ciągle przechodzący pod sceną fani (cytat) "idący na siku" tak go rozpraszają. Dla mnie ta argumentacja była po prostu śmieszna - nieraz potrafił opanować tysięczny tłum, nie zwracać uwagi na wspinających się na scenę nietrzeźwych fanów, a teraz nagle zaczęli mu przeszkadzać spacerujący fani? Absurd. Niepewność widać było także na twarzach samych instrumentalistów, którzy sami nie wiedzieli, czego spodziewać się po ich liderze. Dalej zagrali "Transfuzję" z tradycyjnie wyklaskanym początkiem, "System", rewelacyjną (!), gdyby nie wokal, "Daleką drogę do domu", "F.T.P." (podczas którego na scenie pojawił się nauczyciel angielskiego wokalisty, bez komentarza), "Zamęt", przeciętne "Spadam", "Nie ma Joozka", "Świętą", po czym zeszli ze sceny. Na bisy pod sceną pojawiła się grupka fanów, którym w ogóle nie przeszkadzała słabsza forma wokalisty. Bisy zaczęły się od "Pasażera", później było "F.T.M.O." i koncert zakończyło "Sto tysięcy jednakowych miast", podczas których lekko zawiodła łódzka publika - przyjęło się, że nawet na "normalnych" koncertach ludzie siadają przy tym utworze, choćby i na podłodze - wczoraj Roguc musiał przypomnieć o tym fakcie publiczności, która dopiero wtedy usiadła, ale może to także wina samego zespołu, który już bardzo rzadko bywa w rodzinnym mieście? Koniec koncertu bardzo mnie zaskoczył, in minus - zacząłem zdawać sobie sprawę, że takich osób jak ja, które potrafią obiektywnie, a przynajmniej krytycznie spojrzeć na formę zespołu/wokalisty danego dnia, jest bardzo mało pośród kilkusetosobowego grona na sali. Zabrakło przede wszystkim najważniejszego dla mnie "Leszka Żukowskiego" i "Cisza i Ogień", ale cała reszta setlisty została przeze mnie przyjęta pozytywnie. Po samym koncercie, wychodząc z sali, mogłem głównie usłyszeć "Ale było zajebiście!", "Odjazd!", etc... i powiem szczerze, zasmuciło mnie to bardzo. Dla mnie świadczy to o tym, że Coma doczekała się już takich fanów, którzy nie dbają o to, czy zespół zagrał super, przeciętnie czy żenująco, dla których zespół mógłby zagrać i kolędy, a byłoby cudownie, bo zagrała przecież sama Coma... Na szczęście w kolejce do szatni usłyszałem mimochodem także opinie podobne do mojej, a nawet ostrzejsze, jak chociażby że (cytat) "to była parodia, nie koncert", ale były to tylko nieliczne przypadki...

Ja nie mam już żadnych wątpliwości - przy tym łódzkim zespole trzyma mnie już teraz tylko samo wspomnienie dawnych, młodzieńczych, pięknych czasów oraz ogromny sentyment, nic więcej. Z przyjemnością będę wkładał do odtwarzacza płyty Pierwszego Wyjścia Z Mroku i Zaprzepaszczonej Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków, oraz nie będzie mi przeszkadzać, że pozostałe płyty będą zakurzone leżały na półce... Szkoda. Wielka szkoda.
A tymczasem szykuję się na koncert Normalsów - już za trochę ponad tydzień, w tym samym miejscu, przynajmniej w tym przypadku wiem, że po zbliżającym się koncercie nie będę miał powodów do napisania podobnej notki. Do usłyszenia!
P.S. Wszystkie zdjęcia autorstwa yakrisa.

28 czerwca 2009

Re(we)lacja - Wianki '09, Kraków

Kto: Wilki, Vavamuffin, Patrycja Markowska, Lenny Kravitz
Kiedy: 20.06.2009
Gdzie: Bulwary Wiślane, Kraków
Oj długo za długo zabierałem się za napisanie tej relacji, ponad tydzień... Ale muszę się podzielić swoimi wrażeniami, bo pomimo upływu czasu emocje są nadal wciąż żywe.
W Krakowie zameldowałem się już przed południem. Zostawiwszy rzeczy, mogłem w spokoju po raz kolejny skupić się ze znajomymi na tym, za co kocham Kraków - na poznawaniu atmosfery tego miasta, głownie Starego Miasta, wszystkich małych bocznych uliczek etc. Cały dzień czuć było w powietrzu atmosferę czegoś wielkiego i wyjątkowego, co już wkrótce się wydarzy - i nie myliłem się.
Koncert miał zacząć się punkt 18, jednak w wyniku problemów technicznych (o których za chwilę) zaczął się dopiero godzinę później. Zanim jednak przejdę do właściwej części koncertu, skupię się na tym, co najbardziej wpłynęło na późniejszy jego przebieg.
Przede wszystkim, lokalizacja sceny i publiczności. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia, aby zrozumieć co mam na myśli. Scena była usytuowana po jednej stronie Wisły, natomiast publika znajdowała się... po drugiej. Początkowo, kiedy słońce było jeszcze wysoko na niebie uważałem to za ogromny błąd organizatorów - jaki sens ma występ, w którym publika jest tak oddzielona od artysty? Dodatkowo, środek sceny był zasłonięty przez ogromny telebim, co skutecznie uniemożliwiało widzenie najważniejszej części sceny przez sporą część publiczności. Rozumiem organizatorów, że zapewne była to najlepsza możliwa decyzja o ulokowaniu wieży do nagłośnienia, ale chyba jednak można to było rozwiązać inaczej. Ale wracając do koncertu i lokalizacji sceny - dopiero po zapadnięciu zmroku doceniłem obecność rzeki dzielącej publikę i Lenny'ego (bo tylko on występował po zmroku). Od początku jego wstępu z mostu nieopodal zaczęto puszczać "wianki" - idące w dziesiątki tysięcy małe lampki, które leniwie płynęły z nurtem rzeki przez całe dwie godziny trwania koncertu Kravitza. Uwierzcie mi, kiedy Lenny usiadł przy fortepianie i zaczął grać "I'll be waiting" - wszystkie te element powyżej sprawiły, że nad Bulwarami Wiślanymi rozpostarła się aura prawdziwej magii.
Drugi element, na który już niestety nikt nie miał wpływu, to pogoda. Nie dopisała ona podczas tego koncertu, wielu widzów musiało często mocno się nagimnastykować aby ujrzeć cokolwiek przez morze parasoli dookoła. Dopiero na ostatnią godzinę koncertu przestało padać, zawsze lepsze to niż nic... Jednak wszechobecność parasoli i często brak kultury ich właścicieli (którzy m.in. nie potrafili zrozumieć że mogliby zamknąć parasol zamiast wbijać go komuś w oko) sprawiły, że momentami atmosfera wśród publiczności nie była najlepsza.
Ale skupmy się w końcu na występach artystów. Jak już wspomniałem, koncert zaczął się z powodów technicznych godzinę później niż planowano na skutek czego nie wystąpił pierwszy z zespołów - The Poise Rite. Szkoda chłopaków, nigdy ich nie słyszałem, jednak po zapoznaniu się z ich stroną internetową mam dla nich jedną, szczerą radę - pisać o zespole, który powstał nie tak dawno że "już raczej nie trzeba przedstawiać nikomu" to aż za duży przykład zarozumialstwa. Z całym szacunkiem dla Waszej muzyki, nawet podpartej występami na Glastonbury czy Openerze - więcej pokory, panowie.
Dobrze, czas zacząć opisać tych, którzy pojawili się na scenie tego wieczora. Pierwsze na scenie zameldowały się Wilki i zaczęły falstartem spowodowanym przemoknięciem kabli. Jednak po chwili panowie byli już gotowi i punkt 19 zaczęli swoje show. Grając m.in. "Urke" czy wymęczonego przez prowadzących koncert Oliviera Janiaka i Piotra Metza bisa "Baśkę" sprawili, że po ich półgodzinnym występie publika zaczęła się bawić. Dalej było coś głownie dla fanów reagge i dancehallu - występ zespołu Vavamuffin. Im także udało się porwać publikę, głównie jej młodszą część. Nie zabrakło oczywiście "Jah jest prezydentem", a za swój 45-minutowy występ zakończony długim bisem zostali nagrodzeni gromkimi brawami.
W czasie oczekiwania na występ kolejnych artystów publika była zmuszona wysłuchiwać przemówień Oliviera Janiaka oraz Piotra Metza (redaktora naczelnego miesięcznika Machina). Z całym szacunkiem dla tych dwóch panów i dla ich ciężkiego zadania jakim było mówienie przez kilkanaście minut o niczym - chyba jednak byłoby lepiej dla organizatorów koncertu dać prowadzącym także wytyczne i o tym, że mogą także... milczeć, bo wiele razy publika wręcz zasypiała podczas ich przemów.
O godzinie 20:25 na scenie zameldowała się Patrycja Markowska. Zagrała większość z utworów, które śmiało mogłyby znaleźć się na płycie "The Best Of..." - "Kameleon" z wplecionym motywem "Satisfaction" The Rolling Stones'ów, rewelacyjnie wykonane "Kilka prostych prawd", "Jeszcze raz", "Twist and Shout" (udana próba poderwania publiki), "Świat się pomylił", "Kołysanka" oraz na bis "Gdy zgasną światła". Szczerze to obok tego występu przeszedłem nieco obojętnie, pomimo iż jest kilka utworów tej artystki, które bardzo cenię. Nie można zarzucić że Patrycja się nie starała - wprost przeciwnie, szalała na scenie, łącznie z rozbieraniem gitarzysty ("na normalnych koncertach zapraszam kogoś z publiki i go rozbieram, ale skoro jesteście tak daleko to dziś tego zaszczytu dostąpi... gitarzysta"). Dało się jednak także odczuć, że publika czeka już z niecierpliwością na występ gwiazdy wieczoru. W czasie blisko godzinnego oczekiwania na przygotowanie sceny (po przejściu ok. 20 kilometrów tego dnia i już kilkugodzinnym staniu nogi zaczęły się buntować) zacząłem doceniać umiejętności prowadzących - ja chyba nie potrafiłbym przez blisko godzinę stać i mówić o niczym ;-)
Po występie Patrycji Markowskiej i w czasie oczekiwania na końcowy występ publika została nagrodzona pokazem spadochronowym. Na tle ciemnego nieba imponujące były zwłaszcza lądowania spadochroniarzy... w Wiśle.
(fot. R. Grabowski)
Występ Lenny'ego Kravitza zaczął się o 22:25 od potężnego uderzenia - "Freedom Train", a następnie "Bring It On", "It Ain't Over Til' It's Over". Początkowo około ok. 70-tysięczna publika dość niemrawo przyjęła artystę, jednak w rytm bujanego "I Belong to You" już większość z fanów zaczęła śpiewać razem z Lennym. "Flower Child", "Believe", "Where Are We Runnin'" z wstawką "Another brick in the wall" Pink Floyd wypadły naprawdę wyśmienicie, jednak najlepsze tego wieczora miało dopiero nadejść. Najpierw 15-minutowe "I'll Be Waiting" wykonane przez Kraviza na fortepianie z absolutnie zachwycającym solo na gitarze elektrycznej sprawiło, że nawet Lenny dał się ponieść atmosferze tego wydarzenia - po zakończeniu utworu wyszedł na scenę "uzbrojony" w aparat z potężnym flashem i powiedział: "I have to take a picture, it's crazy!". I owszem, było! Chwilę później publika szalała przy dźwiękach "Always on the Run", "Dancin Til' Dawn", a szaleństwa publiczności podczas "Fly Away" nie da się opisać słowami. Swój występ zakończył "American Woman", jednak publika nie musiała długo czekać na powrót swojego idola na scenę. Jako pierwszy bis - "Let Love Rule", tytułowy utwór tej trasy koncertowej na 20-lecie pierwszej płyty Lenny'ego pod tym właśnie tytułem. Równo o północy zaczął grać swojego ostatniego bisa tego wieczoru - po raz pierwszy wyszedł "uzbrojony" w swoją charakterystyczną gitarę - Gibsona Flying V, charakterystyczną "strzałę" i fenomenalnie wykonał "Are You Gonna Go My Way". Pomimo prób wywołania gwiazda wieczoru nie pojawiła się już na scenie, ale to w niczym nie umniejsza tego koncertu. O takich koncertach mówi się po angielsku "awesome", po polsku chyba najbardziej pasuje: "nie z tej ziemi".
Wieczór zakończył imponujący pokaz sztucznych ogni, trwający ponad kwadrans. Następnie byłem świadkiem czegoś, czego doświadczyłem po raz pierwszy w życiu. Tłum kilkudziesięciu tysięcy ludzi skierował się na Rynek Krakowa, aby dalej się bawić... I jak tu nie kochać tego miasta?
Mało jest rzeczy, do których po takim koncercie można się przyczepić, jednak było ich kilka. Przede wszystkim uwaga do widzów - pierwszą rzeczą są oczywiście parasolki, natomiast inną jest to, że na koncercie są dookoła nas także i inni ludzie, często dzieci, dlatego może ciężko niektórym w to uwierzyć, ale palenie w takim tłumie powinno być naprawdę karalne...
Podsumowując - kiedy tylko będzie w przyszłości okazja, nie zawaham się ani przez chwilę i pojadę na taki koncert, nawet jeśli bilet będzie kosztował niemało. Dlaczego? Odpowiedź po takich koncertach jest bardzo prosta - bo warto!

10 maja 2009

Muzyka i ja

Długo mnie tu nie było, proszę o wybaczenie, ale działy się w moim życiu ważne rzeczy - ustalania szczegółów wyjazdu na program Erasmus. Może trochę wybiegnę myślami naprzód, pomimo iż nie jest jeszcze pewne czy uda mi się wyjechać na rok do wymarzonej Valencii, ale mam zamiar w niedalekiej przyszłości zmienić cel tego bloga. Z tematyki muzycznej przekształci się on w coś na kształt pamiętnika z Erasmusa właśnie... Ale to jeszcze myśl przyszłości. Dodatkowo spotkała mnie niezbyt przyjemna kontuzja, mianowicie pękła torebka stawowa we wskazującym palcu prawej ręki i mam ograniczone pole manewru jeśli chodzi o pisanie.
Póki co chciałbym odbyć podróż do przeszłości, mianowicie do czasów, kiedy to moja muzyczna kariera rozwijała się obiecująco, jeszcze miałem wystarczająco czasu aby móc realizować bez stresu swoją pasję. Dlaczego akurat o tym chciałbym napisać? Powód jest bardzo prosty - obejrzałem właśnie kilka koncertów mojego zespołu (podziękowania dla taty za ich uwiecznienie) i aż miło mi się na duszy zrobiło jak to oglądałem, aż chciało się powiedzieć "to były czasy" ;-) Będzie to coś na kształt podsumowania mojej muzycznej kariery, stosunkowo krótkiej, ale z której jestem dumny.


Zacznę od tego, co w graniu było, jest i będzie najważniejsze. Koncerty to była kwintesencja wszystkich prób, ćwiczeń w domu, poświęcania swojego czasu dla zespołu, dla wspólnego grania... I kiedy widziało się, że choć kilka osób słuchających i oglądających nas na scenie chce nas dalej na tej scenie widzieć - było warto to wszystko robić. Łącznie podczas mojej muzycznej kariery zagrałem niewiele ponad czterdzieści koncertów, każdy na swój sposób wyjątkowy... Pierwsze koncerty to zawsze był największy stres, czy to w pierwszej kapeli która swój żywot zakończyła stosunkowo szybko, czy to w ostatniej, Statystach, z którymi zagrałem najlepsze z moich koncertów. Dla mnie to była raczej kwestia rutyny - im więcej koncertów grałem, tym bardziej byłem pewny że zagramy bez (większych) wpadek i tym mniej się stresowałem, choć zawsze był ten dreszczyk emocji, podniecenie i entuzjazm, że to już dziś wieczorem będziemy oceniani przez każdą osobę z osobna na widowni...
Z koncertami najczęściej wiązało się jeszcze jedno raczej pozytywne zjawisko, mianowicie poznawało się dziesiątki nowych osób, z których można było zapamiętać na raz góra trzy i to tylko te, które czymś się naprawdę wyróżniały. Jeśli pojawiły się więcej niż raz czy dwa na koncercie to oczywiście prawdopodobieństwo zapamiętania danej osoby wzrastało. Później jednak często dochodziło do sytuacji kiedy szło się ulicą, robiło zakupy w galerii, było się na jakimś koncercie lub gdziekolwiek indziej i ktoś podchodził i się ze mną witał, a ja nie miałem najmniejszego pojęcia skąd mógłbym znać tę osobę... Nie mówię, że było to niefajne, ale były to sytuacje podobne do sytuacji, kiedy rano budzisz się a obok leży zupełnie nieznajoma osoba... Na szczęście takich "atrakcji" w życiu nie miałem ;-)
Na samym początku na koncerty oczywiście przychodzili głównie znajomi, jednak porównując liczbę znajomych do całkowitej ilości osób na koncertach to liczba ta była odwrotnie proporcjonalna do liczby zagranych koncertów i to pokazywało nam, że coraz to nowi ludzie słyszeli o zespole i przychodzili z ciekawości posłuchać nas na żywo. Było to bardzo pozytywne zjawisko... nawet jeśli tymi nowymi osobami byli znajomi znajomych ;-)
Próba
Kończąc temat koncertów muszę napisać o swoim ostatnim zagranym koncercie, który był ukoronowaniem trzyletniej gry z zespołem Statyści. 28.12.2007, Funaberya 2, support przed zespołem Normalsi, półtora tysiąca ludzi pod sceną. Możliwość zagrania supportu przed tym cenionym w łódzkim świecie muzycznym zespole była nagrodą za zajęcie I miejsca na Festiwalu FETA. Tak jak pisałem wcześniej, nerwów było nie mniej niż podczas każdego innego koncertu, ale co innego było wtedy ważne. Jeden moment zapamiętam do końca życia. Oświetlenie na tym koncercie było bardzo dobre, tzn. oślepiało wykonawców skutecznie i praktycznie nie mieliśmy możliwości zobaczenia nawet publiki, którą skrywał mrok, jedynie po odgłosach, brawach, gwizdach, krzykach wiedzieliśmy że tam są. I nagle po którymś z utworów światło zwrócono na publikę właśnie. Dla mnie był to szok absolutny, zamurowało mnie wtedy. Może na ekranie "półtora tysiąca osób" nie wygląda tak imponująco, ale można mi wierzyć - zobaczyć tyle ludzi zgromadzonych i słuchających Twojej muzyki, reagujących na nią... coś niesamowitego. Nie będzie mi dane zapewne w przyszłości już w takich okolicznościach występować, dlatego tym bardziej ta data i to wydarzenie tak zapadły mi już na zawsze w pamięć. Każdemu życzę, aby kiedyś coś takiego przeżył. Do końca koncertu grałem już na ogromnym luzie, szczęśliwy, spełniony...
Dlaczego musiałem porzucić zespół? Głównie z powodu zbyt wygórowanych jak na tamten czas żądań dotyczących udzielania się w zespole. Mimo iż bardzo chciałem dalej to ciągnąć, to jaki student I roku Politechniki oraz aktywny członek organizacji studenckiej miałem bardzo dużo na głowie, zbyt dużo. Trzy próby w tygodniu? Niemożliwe... Czas był największą przeszkodą, a dodatkowo decyzja o odejściu Crisa, wokalisty, który razem ze mną ukierunkowywał tworzoną muzyką na cięższe rejony. Bez niego Statyści byli skazani na bluesowe granie, które niestety ale mnie po tylu latach grania kojarzy się już teraz tylko ze "smęceniem"... Nie było energii, brakowało tego "czegoś", co sprawiłoby że publika mogłaby skakać pod sceną, zamiast siedzieć przy stolikach i kontemplować muzykę. Cris poświęcił się swojemu drugiemu zespołowi, ja nadrabianiu zaległości na studiach. Śmieszne w tej całej sytuacji jest to, że moje miejsce na basie zajął inny Tomek, a za mikrofonem stanął inny Krzysiek... Czyli w sumie załoga bez zmian ;-)
Pomijając teraz moją kontuzję palca, gitara nadal zajmuje honorowe miejsce w moim życiu. Wiem, że nigdy nie sprzedam mojego Corta GB34A, nadal w wolnych chwilach (których mam ostatnio aż za dużo) często sięgam po moją przyjaciółkę i dalej jesteśmy w stanie grać muzykę, ku nieszczęściu sąsiadów. Miałem po odejściu od Statystów naprawdę wiele propozycji gry w innych zespołach, ale odmawiałem każdemu, jednak za każdym razem z coraz mniejszym przekonaniem, bo i tęsknota do występów coraz bardziej rośnie... Naprawdę, bardzo łatwo można uzależnić się od występów. Nie tak dawno temu byłem już prawie zdecydowany żeby dołączyć do składu, grającego melodyjny metal (rewelacyjny głos wokalistki, Duńczyk na perkusji, muzycy po szkołach muzycznych na gitarach), ale ostatecznie po dwóch próbach odmówiłem. Dlaczego? Z powodu wyjazdu na Erasmusa - postanowiłem że nie ma sensu angażować się w zespół, kiedy za pół roku nie będzie Cię już w Polsce i to przez cały następny rok, nawet jeśli zespół gra muzykę która najbardziej Ci odpowiada. Takie życie - sztuka wyborów.
Chyba wystarczy na dziś... W najbliższych dniach postaram się napisać więcej o ostatnich wydarzeniach w moim życiu, bo idąc dziś o godzinie 6 rano 4,5km spacer znad rzeki Pilicy na najbliższy przystanek PKS-u stwierdziłem, że żyję zbyt intensywnym życiem kosztem obowiązków i rzeczy naprawdę ważnych. Czas przystanąć i spojrzeć dookoła, nie tylko przed siebie.

19 marca 2009

Muchy - Terroromans

Muchy - Terroromans (Polskie Radio)














  • Wyścigi, Fototapeta, Najważniejszy Dzień, Galanteria, Miasto Doznań, Zapach Wrzątku, Brudny Śnieg, Pięć po wpół, 21 Dni, Górny Taras, Terroromans, 111
Skład:
  • Michał Wiraszko - voc, g, k
  • Piotr Maciejewski - g, voc, k
  • Tomasz Skórka - b
  • Szymon Waliszewski - dr
Produkcja: Muchy i Przemysław "Perlazza" Wejmann

Mało jest takich płyt, które zmuszają mnie do natychmiastowego wciśnięcia Play natychmiast po wybrzmieniu ostatniego utworu, a jeszcze mniej jest takich płyt polskich wykonawców. Prawdopodobnie gdyby nie wspólny koncert z Happysad to w ogóle nie zainteresowałbym się twórczością zespołu Muchy i popełniłbym grzech śmiertelny, na szczęście bardziej z ciekawości niż z zachwytu po koncercie zakupiłem Terroromans i nie mam prawa żałować tego zakupu.
Przesłuchałem ten album już conajmniej kilkanaście razy, każdy utwór rozłożyłem na czynniki pierwsze i nadal nie poznałem tak naprawdę odpowiedzi co takiego jest w tym krążku, co nie pozwala nucić nic innego niż ostatni usłyszany z tej płyty utwór, aż do początku następnego utworu. Dopiero dziś, zbierając informację o tej płycie ucieszyłem się, że nie ja jeden mam podobne odczucia. Dlaczego?
- Zespół Muchy - odkrycie roku 2006 przez miesięcznik Machina i Program 3 Polskiego Radia;
- Terroromans - "Płyta Roku" wg. słuchaczy Programu 3 Polskiego Radia;
- Nominacje do Eska Music Award 2008 w kategorii "Album roku ROCK" i do Fryderyka 2008 w kategorii "Nowa twarz fonografii";
- 3 nagrody "Miazga 2007" magazynu Pulp, w kategoriach: zespół, płyta i piosenka ("Miasto Doznań") roku;
- Trasy koncertowe z zespołami HEY, Happysad, support zespołu Editors w warszawskiej Stodole.
Mało?
Nie znam drugiej takiej kapeli (nie licząc Comy), która zdobyłaby tyle nagród po wydaniu zaledwie jednej płyty, zwłaszcza tej od Programu 3 Polskiego Radia, który jest od lat znany przede wszystkim ze względu na promocję młodych, utalentowanych kapel.
Ale dość już słodzenia, czas przejść do konkretów. Pierwszą rzeczą, jaką każdemu słuchaczowi musi rzucić się w oczy to okładka płyty. Różowo-błękitna stylistyka to coś absolutnie nowego jeśli chodzi o polski rynek muzyki rockowej, pokazujący jednocześnie odwagę tego kwartetu z Poznania, odwagę, która zaprocentowała. Oficjalna lista singli z tej płyty prezentuje się następująco - "Miasto doznań", "21 dni", "Galanteria" i "Najważniejszy dzień", jednak szczerze muszę napisać, że większość z niewymienionych piosenek równie dobrze mogłaby się stać singlem. Prawie w każdym utworze znajduje się taki fragment, który sprawia, że zapada on w pamięć, od pierwszego utworu "Wyścigi" aż do ostatniego, "111".
Po koncercie Much w pamięci zapadła mi przede wszystkim porywająca gra perkusji (Arctic Monkeys się kłania) i słuchając utworów "Fototapeta" czy "Najważniejszy dzień" nie można się nie zgodzić, że jest to ogromny plus. Jednak mimo wszystko aby docenić prawdziwą siłę bębnów w wykonaniu Much, należy udać się na ich koncert.
Niesamowite w tej płycie jest to, że w prawie każdej piosence znajduje się właśnie taki fragment, który zapada w pamięć i nie daje się stamtąd wyrzucić. Nie wiem jak w przypadku innych osób, ale za mną cały czas chodzi "i biorę bez pytania to co mam do zabrania" ("Fototapeta"), "czy już wiesz czy chcesz? czy już jesteś w grze? czy już czujesz, że się zbliża najważniejszy dzień" ("Najważniejszy dzień"), "wyglądasz tak nierozsądnie - to nieistotne" ("Miasto doznań"), "wszystkie słowa na 'm' " ("Zapach wrzątku"), "mów ciszej a najlepiej nie mów nic" ("21 dni") a przede wszystkim - "nowocześnie terroryzuj, romantycznie hipnotyzuj mnie" ("Terroromans"), i to nie jest przypadek że aż tyle utworów z tej płyty tak zapadło mi w pamięć - ta płyta jest po prostu tak dobra, że sama wpada w ucho, ale co ważniejsze - już tam zostaje :-)
Możnaby przyczepić się, że większość tekstów ociera się o kicz, ale mimo balansowania na tej cienkiej granicy Muchom udało się nagrać płytę o związkach, miłości, romansie, braku akceptacji, poszukiwaniu sensu, życiu tu i teraz, rozterkach każdego człowieka.
Płyta jest świetnie nagrana, wszystkie utwory prezentują naprawdę wysoki poziom i mimo iż wiem że są to w większości straszne ogólniki, to jednak nie potrafię inaczej o tym krążku napisać. Płyta ta stanowi zbiór piosenek na bardzo wysokim poziomie, spośród których bardzo ciężko wybrać jest "ten najlepszy singiel". Są jednak także i minusy, przede wszystkim fakt, że płyta ta jest krótka. Zaledwie 42 minuty muzyki oraz niektóre "dograne" na siłę końcówki utworów (np. "Zapach Wrzątku", "111"), a aż prosiłoby się zamiast tego zamieścić na płycie jeszcze z 2-3 utwory... i wszyscy byliby szczęśliwi.
Podsumowywując - Terroromans to jedna z najlepszych płyt polskich wykonawców jaka w ciągu ostatniego roku wpadła mi w ręce i gorąco polecam ją każdemu. Istnieje (małe bo małe, ale jednak) pewne ryzyko, że płyta ta może komuś nie przypaść do gustu, ale choćby z samej ciekawości jak obecnie prezentuje się polska nowoczesna scena muzyczna warto choć raz poddać się temu romansowi.
Mnie osobiście ta płyta bardzo pomogła - ostatnio nie miałem najlepszego okresu w swoim życiu, a właśnie ta płyta sprawiła, że teraz znów z pozytywnym nastawieniem mogę śpiewać "nowocześnie terroryzuj, romantycznie hipnotyzuj" :-)

10 marca 2009

Relacja: Coma

Kto: Coma (support: Lemon Dog)
Kiedy: 07.03.2009
Gdzie: Wytwórnia, Łódź

Relacje lecą jedna za drugą, jednak pomiędzy koncertami był tydzień czasu, który spędziłem głównie lecząc swoje zjechane po opisanym wcześniej koncercie Happysadu & Much gardło oraz zdając egzamin językowy z hiszpańskiego na wspaniałą ocenę 4,5 (musiałem się pochwalić ;-) ). Podczas tego tygodnia przerwy przygotowywałem się na koncert Comy, przesłuchując kilkukrotnie Hipertrofię, i patrząc z perspektywy minionego koncertu widzę że nie było to potrzebne działanie. Ale o szczegółach za chwilę...

(fot. M. Kucharczyk)
Najpierw wspomnę kilka zdań o miejscu i organizacji koncertu. Odbył się on w klubie Wytwórnia działającym przy studiu filmowym Toya, byłem tam pierwszy raz po bardzo długiej przerwie, podczas której wyremontowano cały obiekt i nadano mu zupełnie inny wymiar. Zaskoczyłem się bardzo pozytywnie, bo lokal przygotowano perfekcyjnie do pełnienia roli hali koncertowej. Przede wszystkim - RE-WE-LA-CYJ-NA akustyka. Podczas grania zarówno supportu, jak i samej Comy słychać było każdy dźwięk. Pod względem aranżacji dźwięku był to koncert ze ścisłej czołówki w moim osobistym rankingu koncertów.
(fot. Bloo & kASj0)
Dalej kolejne plusy o miejscu koncertu - wysoki strop, dwa rzędy balkonów dookoła sali, rewelacyjne oświetlenie sceny i umiejętne wykorzystanie tego w czasie koncertu. Inną bardzo ważną sprawą dla mnie był zakaz palenia i picia na sali, sam widziałem jak ochroniarze w zdecydowany, ale i grzeczny sposób wyprosili kilka osób z papierosami na zewnątrz, a napić się można było w każdej chwili, ale tylko w cichym barze. Zwróciłem na to uwagę dopiero po powrocie, kiedy to z ogromnym zaskoczeniem odkryłem, że moje ubranie nie jest przesiąknięte dymem nikotynowym jak to zawsze wcześniej bywało.
Kolejną bardzo pozytywną rzeczą było świeże powietrze w sali, w której znajdowało się około dwóch tysięcy ludzi. Ze sprawnym opuszczeniem lokalu także nie było żadnych problemów i to pomimo faktu, że otwarte były tylko wąskie drzwi. Naprawdę mam ogromny podziw dla osoby zarządzającej Wytwórnią, rewelacyjna praca i mógłbym tak wychwalać jeszcze długo.
Ale żeby nie było tak kolorowo, były także uchybienia. Przede wszystkim brak szatni - mnie to problemu nie robiło żadnego, bo nakrycie zostawiłem w samochodzie, ale dla wielu osób był to duży problem, który uniemożliwił zabawę. Drugim negatywem była wysokość sceny, która jest ustawiona po prostu za nisko. Całe szczęście że jestem wysoki i stałem bardzo blisko sceny, dlatego nie miałem problemu z obejrzeniem całego koncertu, ale już osoby średniego wzrostu stojące nawet stosunkowo blisko barierek miały z tym niemały problem.
Ok, dość o samym lokalu, czas przejść do tego, po co ci wszyscy ludzie zgromadzili się w jednym miejscu - koncertu Comy, a przed nim innej łódzkiej kapeli Lemon Dog. Zacznę od supportu właśnie.
Szczerze powiem że sam zespół mnie nie zachwycił, ale także nie rozczarował. W skrócie ich styl mógłbym opisać zbliżonym do Normalsów, ale o wiele mniej zróżnicowani w swej twórczości, jednakowi w każdym kawałku, chociaż nie można im odmówić melodyjności. Występ kapeli Lemon Dog jako support ani na plus, ani na minus. Bywały gorsze supporty, także i przed Comą ;-)
Słuchając w przerwie Nickelback ciągle zastanawiałem się, jak publiczność przywita Comę. Wprawdzie był po drodze jeszcze jeden koncert w Łodzi, ale i tak patrząc na twarze ludzi zgromadzonych w wytwórni widziałem, że przyszli oni posłuchać po-hipertroficznej Comy po raz pierwszy. Zastanawiające było to, że stosunkowo bardzo długo trzeba było czekać, aż publiczność zaczęła wywoływać sam zespół, bo pierwsze okrzyki pojawiły się dopiero po około 20 minutach od zejścia Lemon Doga ze sceny, kiedy większość sprzętu już tylko czekała na muzyków.Ale w końcu pojawili się na scenie, i od samego początku zaskoczyli wszystkich którzy byli na Comie po raz pierwszy tej wiosny. Na scenie pojawił się Piotr Rogucki i zaczął... gotować rosół. Wrzucił do przygotowanego garnka warzywa, kurczaka i chwilę później chłopaki zaczęli koncert.
(fot. M. Kucharczyk)
Mimo wszystko w poprzednim zdaniu słowo "koncert" przyszło mi z trudem. Dlaczego? Bo publiczność była raczej świadkami spektaklu, na który nie miała żadnego wpływu niż pełnego energii i interaktywnego koncertu. Zerowy kontakt z publicznością aż do bisów. To było doskonale zaprogramowane widowisko, z wyświetlanymi na ogromnym ekranie za sceną grafikami, z rewelacyjną grą świateł, ale mimo wszystko - spektakl, nie koncert. Praktycznie dźwięk w dźwięk był to ten sam materiał, który Coma zarejestrowała w studiu. Każdy przerywnik, każdy utwór - to co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie to moment, w którym w czasie grania "Zero Osiem Wojna" na ekranie puszczono teledysk do tego właśnie utworu, który szedł idealnie jednocześnie z tym, co grali panowie z zespołu. Pierwszy raz w życiu widziałem coś takiego, a takich momentów tego wieczora było więcej.
(fot. M. Kucharczyk)
Napisałem że zagrali cały materiał z Hipertrofii, zatem przytoczę setlistę, przerywników nie liczę jako utworów:
- Wola istnienia...
- Lśnienie
- Transfuzja
- Nadmiar
- Trujące rośliny
- Osobowy
- Emigracja
- Zero Osiem Wojna
- Pożegnanie z mistrzami
- Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopców
- Ekhart
- Zamęt
- Widokówka
- Parapet
- Popołudnia bezkarnie cytrynowe
- Cisza i ogień
- Archipelagi
--
- Pierwsze wyjście z mroku
- Tonacja
- System
- Skaczemy
- Zbyszek
Zanim przejdę do ostatnich pięciu utworów to opiszę krótko swoje (i z tego co zdołałem zaobserwować dookoła siebie także wielu innych osób) spostrzeżenie dotyczące samego hipertroficznego repertuaru. Przede wszystkim odczucia co do trzeciej płyty Comy mam takie same jak przed tym koncertem - tak jak pisałem wcześniej w ogóle nie przypadła mi do gustu, a co więcej, uważam że jest po prostu słaba, a podczas jej tworzenia zabrakło choćby jednej takiej osoby (np. od wydawcy), która spojrzałaby na płytę obiektywnym okiem i powiedziała wprost "ten utwór nie wchodzi na płytę", a pewnie nieraz by to zdanie padło. Ale nie ma co gdybać, płyta już dawno ukazała światło dzienne, jednak na koncertach również nie można powiedzieć że ta muzyka broni się sama. Momentami było po prostu... nudno, co jest nawet dla mnie czymś niespotykanym, żeby użyć te dwa słowa - "Coma" i "nudno" - w jednym zdaniu, ale to prawda. Chwilami większą atrakcją niż to co działo się na scenie, zwłaszcza dla męskiej części publiczności (a działo się poza grą świateł niedużo), była dziewczyna na balkonie tańcząca w samym staniku... Widziałem także grymas niedowierzania i zniesmaczenia, kiedy w utworach "Nadmiar", "Osobowy" i "Parapet" gitarzysta Marcin "Kobez" Kobza zamiast grać na gitarze... skreczował.
(fot. Bloo & kASj0)
Podobnie odczucia tyczą się gitary basowej - przed wydaniem Hipertrofii bas był jednym z najważniejszych instrumentów, obecny w każdym kawałku, bardzo wybijał się ponad muzykę. Jako basista zwracam na to szczególną uwagę i podczas tego koncertu na grę basu zwróciłem dopiero przy... "Zbyszku", czyli ostatnim utworze, przy solówce Matuszaka, swoją drogą niesamowitej. Co do samego basisty jeszcze to muszę wrócić do jego wokalu w "Emigracji". Na płycie wykonuje on chórki do śpiewu Roguca, natomiast podczas samego koncertu miał możliwość samodzielnego zaśpiewania i przyznam szczerze że jestem w szoku. Mało kto chyba wiedział, że Rafał Matuszak ma tak rewelacyjny głos... Szkoda tylko że dostał tak niewdzięczny tekst do zaśpiewania, bo "z niewiadomych mi powodów" kiedy rozglądałem się na boki kiedy on śpiewał, nikt więcej nie śpiewał razem z nim "chciałbym homo się stać seksualny". Dodatkowo jeszcze w tamtym momencie te różowe oświetlenie sceny...
Zanim przejdę do bisów, jeszcze tylko kilka komentarzy o tych milszych momentach koncertu. "Trujące rośliny" wypadły, podobnie jak na płycie, rewelacyjnie; "Ekhart" - w końcu przekonałem się do tego utworu; "Popołudnia bezkarnie cytrynowe" - rewelacyjny utwór; "Transfuzja", podobnie jak jeszcze przed wydaniem Hipertrofii, została świetnie zagrana podczas koncertu; i na koniec "Cisza i ogień" - pomimo chorego gardła nie mogłem się powstrzymać i musiałem odśpiewać całość...
Po zagraniu całej płyty panowie zeszli ze sceny i po długim czasie nawoływania pojawili się na scenie i zagrali 5 utworów z pierwszych dwóch płyt. Przyznam szczerze, że zarówno dla mnie, jak i dla ogromnej większości zgromadzonych osób koncert zaczął się dopiero w tym momencie. A i tak nie zagrali skandowanego "Leszka Żukowskiego", "100 tysięcy jednakowych miast" czy "Spadam"...
Wychodząc z koncertu i zaczynając analizę tego koncertu musiałem go porównać z innymi koncertami Comy na których byłem, a "trochę" się tego nazbierało przez 8 lat słuchania tego zespołu. Naprawdę mała grupa osób skakała podczas koncertu, a bywały takie koncerty kiedy choćby bez minuty przerwy wypełniona po brzegi cała sala skakała w rytm muzyki... Ludzie się nudzili lub stali w skupieniu, kontemplując... Nie wiem czy bardziej doświadczeni fani Comy chcą doświadczać takich koncertów. Osoby, które przyszły pierwszy raz na pewno były zachwycone tym koncertem. Cała reszta miała bardzo mieszane uczucia. Podsumuję jednym zdaniem, które znalazłem na oficjalnym forum Comy jako podsumowanie tego koncertu - "koncert udany, naprawdę, ale moje serce biło trochę zbyt wolno. Jednak." Zgadzam się z tym w 100%.
P.S. Więcej zdjęć tutaj i tutaj.

9 marca 2009

Relacja: Happysad & Muchy (Eska Rock Tour)

Kto: Happysad, Muchy
Kiedy: 28.02.2009
Gdzie: Dekompresja, Łódź
Nie był to mój pierwszy koncert Happysad, ale z całą pewnością mogę po nim powiedzieć że także i nie ostatni. Chciałem najpierw zrecenzować płytę dvd tego zespołu - Live in Studio - ale jednak
tamta recenzja będzie musiała jeszcze troszkę poczekać...
Mimo iż koncert ten odbył się w ramach Eska Rock Tour, wspólnej trasy koncertowej Happysadu i zespołu Muchy, to przyznam szczerze że szedłem głównie dla tego pierwszego zespołu, a drugi przy okazji poznać, może się przekonać do ich twórczości. Znałem wcześniej kilka utworów Much, ale dobrym znawcą ich twórczości nazwać się nie mogłem. Nastawiałem się że oba zespoły zaprezentują się podobną ilość czasu, traktowane podczas występów jednakowo, jednak kiedy po niecałej godzinie Muchy skończyły grać a publika zaczęła już skandować "Happysad" zrobiło mi się żal Much. Zagrali naprawdę dobry koncert z prawie najlepszym setem jaki tylko mogli ułożyć, ale co z tego? 3/4 sali przyszło posłuchać Happysad i pewnie nawet gdyby przed tym zespołem występowała Metallica to nie chcieliby bisów... Choć trasa zapowiadana była jako wspólna, to w rzeczywistości tylko jeden zespół mógł być tego wieczora gwiazdą.
A set zespołu Muchy wyglądał następująco:
- ?
- Najważniejszy dzień
- Wyścigi ?
- 21 dni
- Państwa miasta
- Pięć po wpół
- Fototapeta
- Miasto doznań
- Zapach wrzątku
- W zasięgu ramion
- Galanteria
- Górny taras
Znaki zapytania przy pierwszym i trzecim utworze oznaczają że albo nie wiedziałem jak dany utwór się nazywa i prawdopodobnie będzie to utwór na kolejną płytę, albo nie jestem do końca pewny czy to był na pewno ten utwór.
Zaczęli z bardzo wysokiego c - już drugi utwór, ich największy dotychczasowy przebój powinien był porwać publikę, ale niestety zrobił to tylko częściowo. Wspólne klaskanie publiki przy "21 dni" także nie wciągnęło tyle osób, ile zespół pewnie by sobie życzył, jednak kiedy chłopaki zaczęli grać "Miasto doznań" publika w końcu pokazała że naprawdę żyje. Kilka papierowych samolotów puszczonych w kierunku sceny pokazało zespołowi, że w sali były i osoby, które przyszły właśnie dla zespołu Muchy. "W zasięgu ramion" to kolejny nowy utwór, który jeśli ukaże się na kolejnej płycie to zapewne z miejsca stanie się jednym z najlepszych utworów w dyskografii zespołu, bo na koncercie zaprezentował się naprawdę rewelacyjnie.
I gdy jak już wspomniałem minęła godzina grania i muzycy zeszli ze sceny, naprawdę zrobiło mi się ich żal. Część publiki zaczęła co prawda wywoływać zespół z powrotem na bisy, ale grupa osób wzywająca kolejny zespół była zbyt głośna, a naprawdę szkoda. Jak opisał tę sytuację później sam zespół na jednym z for internetowych "koncert Much = 0 okrzyków i wywołań (słyszalnych) na bis - koncert HS = conajmniej 500 osób wrzeszczących nazwę zespołu. Wybacz, ale nie wychodzi się na bis do milczącej sali... Nie dlatego, żę się jest bufonem, tylko dlatego, że to głupio wygląda. Nie mówi się "na zdrowie" osobie, która nie kichnęła:) ". Nie pozostaje mi nic innego jak się z tym zgodzić i życzyć chłopakom, że kiedy wrócą do Łodzi to zagrają już dla publiki, która będzie im bardziej przychylna, bo zagrali naprawdę świetny koncert, a potwierdzeniem tego niech będzie choćby to, że dzień później nabyłem ich jedyny póki co album, "Terroromans", i mam nadzieję że już na jesieni będę mógł oglądać ten zespół na ich własnej trasie promującą drugą płytę. Na pewno się wybiorę.
Po krótkiej przerwie na scenie pojawił się wywołany przez ok. półtoratysięczny tłum zespół Happysad. Zacznę może od setlisty:
- Nie wiem
- Jeśli nie rozjadą nas czołgi
- Noc jak każda inna
- Słońce
- Ja do Ciebie
- Jałowiec
- Tak się boję
- Ojczyzna
- Nic tu po nas
- Taka historia
- Bakteryja
- Czarownicy pies
- Jeszcze jeszcze
- IQ
- To miejsce na mapie
- Psychologa!!!
- Styrana
- Nieprzygoda
- Undone
- Piękna
- Zanim pójdę
- Milowy las
- Damy radę
--
- Długa droga w dół
- Łydka
- Hymn 78
- Wrócimy tu jeszcze
--
- W piwnicy u dziadka (ze wstawką "Take Me Out" Franz Ferdinand)
- Nasza wioska płonie (ze zwrotkami "Piła tango" Strachy na lachy, "Dziewczyny lubią brąz" R. Rynkowski, "Susana" The Art Company, "Policeman" Jamal, "Konstytucje" L. Janerka, "Get up, stand up" Bob Marley).
Łatwo można się zorientować że krótki koncert to nie był, ale ten kto był już poprzednio na występach hs właśnie tego się spodziewał. 29 utworów wliczając ostatni, blisko 20-minutowy utwór złożyło się na fantastyczne 2,5h koncertu. Kuba z zespołem zagrali prawie wszystkie najlepsze utwory grupy, po raz kolejny zabrakło "Z pamiętnika młodej zielarki", ale ten utwór chyba już na stałe wypadł z koncertowego repertuaru, bo nie słyszałem go ani na poprzednich koncertach ani nie ma go na niedawno wydanej płycie live. Wielka szkoda, zapewne jest to także związane z dużą ilością nastolatków na koncertach tej kapeli. (?)
Już od pierwszych dźwięków wiadomo było, że koncert ten to będzie "ostra jazda". Pamiętam swój poprzedni koncert hs bodajże z listopada zeszłego roku w Funaberii - myślałem że był to jeden z najlepszych koncertów hs na jakich byłem... a jednak można zagrać jeszcze lepiej, i tak właśnie chłopaki zagrali.
Nie będę wdawał się w opis poszczególnych utworów. Każdy kto choć raz był na koncercie hs wie jak świetna jest to zabawa. Gdy w uszach pobrzmiewał jeszcze ostatni utwór, chłopaki już zaczynali kolejny, aby zagrać jak najwięcej utworów tego dnia dla jakże wymagającej, ale jednocześnie świetnie bawiącej się publiki. I w naprawdę małym stopniu dało się zauważyć brak na scenie któregokolwiek z dwóch trębaczy. Zabawa była niesamowita od pierwszego utworu po sam koniec, mocno zaimprowizowany "Nasza wioska płonie", pokazujący szeroki wachlarz muzycznych zainteresowań Kuby Kawalca i ekipy. Wstawienie zwrotek z "Policemana" czy "Piły tango" bardzo łatwo było zrozumieć, ale już zaśpiewanie "Dziewczyny lubią brąz" to już było wyzwanie ;-)
Jedną z głównych myśli które krążyły mi po głowie po finalnym zejściu muzyków ze sceny było "jeszcze! jeszcze!", ale z drugiej strony zjechane gardło także dawało o sobie znać, potwierdzając jednocześnie jak świetny koncert to był. Happysad potwierdził, że stanowi obecnie najwyższą półkę na polskiej scenie muzycznej, i to bez wybitnej promocji, bez lansowania utworów na listach przebojów potrafi odnieść ogromny sukces i za każdym razem wyprzedawać każdą salę koncertową w Polsce.
Z niecierpliwością będę wypatrywał kolejnych koncertów obydwu tych kapel, bo naprawdę warto choć raz przeżyć taki koncert. Żeby wiedzieć, że polska scena muzyczna trzyma się bardzo dobrze.
P.S. Przepraszam za pewną nieobiektywność w tej relacji, ale wynika to z prostego powodu - świetne zespoły, świetna muzyka, świetna zabawa - czego chcieć więcej? ;-)
P.S.S. Nie jestem do końca zadowolony z tej notki, ale zrzucę to na późną porę.... ;-)
P.S.S.S. Na dniach pojawi się kolejna relacja, tym razem z koncertu Comy.

13 lutego 2009

Magia odkryć

Szczęściem człowieka jest posiadać znajomych, którzy wyciągają Cię na koncerty różnych zespołów, o których wcześniej nie miało się zielonego pojęcia że istnieją. Oczywiście, aby ten warunek został spełniony trzeba mieszkać w miejscu, gdzie takie koncerty mają szansę się odbyć, a mnie właśnie takie szczęście spotkało. Ostatni tego podobny przypadek miałem ok. 4 lata temu, kiedy nie znając jakiejkolwiek twórczości Starego Dobrego Małżeństwa poszedłem na ich koncert w Teatrze Muzycznym w Łodzi... i do dziś z przyjemnością lubię czasem wrócić do ich utworów.
Ale wracając do tematu - kilka tygodni temu byłem na koncercie grupy Shannon, olsztyńskiej formacji grającą muzykę... celtycką (irlandzką, szkocką, bretońską), wymieszaną z nowoczesnymi stylami muzycznymi. Do momentu kiedy pierwsze dźwięki dotarły do moich uszu nie miałem zielonego pojęcia ani co to jest ten Shannon ani czego się mogę spodziewać, jednak to co zobaczyłem/usłyszałem przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania.
Koncert miał miejsce w oberży folkowej Zapiecek. Dla tych, którzy nie znają Łodzi albo Zapiecka przedstawię obraz, jaki widziałem. Wyobraź sobie że siedzisz w piwnicy małego lokalu, pogrążonej w ciemnościach. Jedyne światło to płomienie świec, po jednej na każdym stoliku. Panuje absolutna cisza, każdy w skupieniu oczekuje... i na małej scenie zapala się światło i zaczynają z niej płynąć delikatne dźwięki gitary akustycznej a chwilę później melodyjny głos...
Uwierz mi, można się rozpłynąć, tak jak i ja się rozpłynąłem.
Drugim zespołem, który odkryłem dzięki temu samemu znajomemu to Balkan Sevdah. Tak, wiem, wszystko ta nazwa każdemu mówi. :-)
Balkan Sevdah to warszawska grupa posiadająca w swoim repertuarze pieśni wywodzące się z różnych rejonów Bałkanów. Przyznam się że słysząc jaką muzykę wykonuje ta grupa miałem duże obawy czy na pewno przypadnie mi ona do gustu, jednak moje obawy okazały się płonne.
Znów trafiłem do Zapiecka, tym razem jednak takiej magicznej atmosfery jak poprzednio nie było, ale i tak warto było się pojawić. Zespół swoją muzyką wprost hipnotyzował słuchaczy, i choć praktycznie nikt na sali nie miał pojęcia o czym jest dany utwór, to wszyscy pochłaniali dźwięki, rozumiejąc utwór... sercem. Bo właśnie o tym były te utwory - o miłości, samo słowo "sevdah" znaczy w języku krajów bałkańskich właśnie "miłość", "kochanie".
Skład tej oryginalnej grupy to Marcin Zadronecki (śpiew, tambura, buzuki, instrumenty perkusyjne), Marcin Pukaluk (akordeon, śpiew, instrumenty perkusyjne), Oliwier Andruszczenko (klarnet, instrumenty perkusyjne, śpiew) oraz Kasia Zadora (djembe, darabuka, riqq, śpiew). I to właśnie na tej ostatniej postaci zatrzymam się na chwilę dłużej. Podczas owego koncertu tak bardzo Katerina wczuła się w grę, że od gry na djembe pękł jej naskórek na palcu i zespół nie przerwał gry, tylko zachował się jak profesjonaliści i zaczęli grać utwór bez djembe, aby pozwolić koleżance dojść z kłopotliwym palcem do porządku. Po ratunku ze strony publiczności (czyt. pomocy plastrem) zespół mógł dalej snuć swoje opowieści po Bałkanach...
W deezerze obok możecie posłuchać kilka utworów tego właśnie oryginalnego wykonawcy, nie pytajcie się mnie o czym są bo... nie mam pojęcia :-) Ale przyznam się że wychodziłem z tego koncertu oczarowany, głównie tym, jaka bałkańska muzyka może być wciągająca, także w wykonaniu Polaków. Szacunek.
Jakie będzie następne "odkrycie"? Tego nie wie nikt ;-)
Na końcu deezera utwór Happysad, który chodzi mi od kilku dni po głowie... Zresztą jest poniekąd zapowiedzią nowej notki, ale to dopiero za jakiś czas.

P.S. deezer odmawia mi aktualnie współpracy, postaram się jak tylko będzie działał uaktualnić playlistę.

25 stycznia 2009

Muzyka zagraniczna a sprawa polska

Wracając kilka dni temu do domu słuchałem audycji w radiowej Trójce o projekcie ustawy określającej konkretne prawa twórcy i odtwórcy oraz o promowaniu zagranicznych twórców w rozgłośniach kosztem rodzimych muzyków. Jako że zbiegło się to w czasie z moim esejem na przedmiot Economic Law o ZAiKS-ie, słuchałem z uwagą i postanowiłem wyrazić moją opinię na ten temat.
Owszem, słuchając dowolnej rozgłośni łatwo dojść do wniosku, że częściej odtwarza się utwory zagranicznych wykonawców. Zapewne nikt nie miałby nic przeciwko temu, gdyby te utwory były naprawdę dobre, jednak niestety często zmusza się słuchaczy do słuchania naprawdę przeciętnych piosenek, które puszcza się nawet po kilkadziesiąt razy dziennie, licząc na wylansowanie tych właśnie utworów. Poniekąd rozgłośniom udaje się ta sztuka - na jakąkolwiek listę przebojów spojrzeć, od najpopularniejszych stacji w Polsce - Trójki, Radia Zet, RMF FM - po mniej popularne Radio Złote Przeboje - prawie wszędzie widać zagraniczne przeboje. Wyjątkiem od tej zasady jest Radio Wawa, nadające tylko polską muzykę, jednak "jedna jaskółka wiosny nie czyni" i poruszony problem faktycznie jest poważny. Na ile zagraniczne utwory (utwory, bo niekoniecznie muszą to być przeboje) są na tyle godne ucha polskich słuchaczy, że większość czasu antenowego, a co za tym idzie pieniędzy z tantiem, idzie do zagranicznych słuchaczy?
Ze strony ZAiKS-u możemy dowiedzieć się o niepokojącym trendzie, mianowicie od lat zwiększa się różnica pomiędzy wartością honorariów wypłacanych polskim i zagranicznym artystom. Na swojej stronie ZAiKS próbuje wyciągnąć pozytywne aspekty tego procesu - o ile takowe istnieją - m.in. takie, że to dzięki skuteczniejszym kontrolom tej organizacji ta dysproporcja powiększa się, jednak nie da się uciec od innego wniosku - jeśli ten proces będzie się pogłębiał, polski rynek muzyczny oraz polskie zespoły nigdy nie będą odgrywać znaczącej roli choćby na europejskim rynku. I znowu są chlubne wyjątki, choć niekoniecznie znane szerszemu gronu słuchaczy ze względu na rodzaj muzyki, jaki grają - trasy koncertowe deathmetalowego Vadera i Behemotha są często wyprzedane na kilka tygodni przed gdziekolwiek się odbywają, jednak znalezienie innych takich przypadków graniczy już niemal z cudem. Dlaczego?
Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to zapewne chodzi o pieniądze... i tak jest w tym przypadku. Rozgłośnie radiowe dostają często dofinansowanie od wytwórni płytowych z nakazem puszczania danych utworów określoną ilość razy na dobę. Rozgłośniom radiowym zatem opłaca się odtwarzać dany utwór częściej, bo koszta opłat za tantiemy ponosi w pewnej części sam wydawca... Z punktu widzenia przeciętnego słuchacza taka taktyka może wydać się idiotyczna - po co wytwórnie płacą za nagranie danej płyty a potem jeszcze drugi raz za odtwarzanie tejże, zamiast liczyć, że muzyka sama się obroni? Jest w tym jednak sens - odsetek ludzi, którzy po usłyszeniu n-razy danego utwory w radiu kupią daną płytę jest o wiele wyższy od odsetka ludzi, którzy sami "odnajdą" danego wykonawcę i jego dzieło, a później może kupią. Tak czy inaczej, mimo iż wytwórnie płytowe płacą niemałe pieniądze za odtwarzanie ich muzyki, i tak im się to opłaca. Pozostaje jednak pytanie - dlaczego w takim razie lansuje się w ogromnej większości zagranicznych wykonawców, a nie polskich? Prościej jest wypromować kogoś, o kim jest już głośno za granicą, o kim można przeczytać w nagłówkach amerykańskich serwisów muzycznych niż mało komu znanych polskich artystów, których muzyka niekoniecznie musi być gorsza. Zresztą wystarczy spojrzeć na typ zagranicznej muzyki, jaką jesteśmy zalewani - ile już było tych samych artystek typu Rihanna, Beyonce etc., jedna mniej różna od drugiej? Mimo iż każda znalazła w naszym kraju fanów, to jednak szkoda że odbywa się to kosztem naszych kapel, które często wiele lat walczą o choćby szansę przebicia się.
Nie jestem zupełnym wrogiem promowania zagranicznej muzyki w Polsce. Owszem, przyznam że brakuje mi czasem w czasie najlepszej słuchalności polskich utworów, które są przesuwane na gorszy czas antenowy. Skrajnym przypadkiem jest tutaj radio Eska Rock - w ciągu dnia przeplatają utwory rodzime z zagranicznymi (ze wskazaniem na te drugie), natomiast od północy do godziny 6 rano puszcza tylko i wyłącznie polską muzykę. Ponieważ jestem studentem nierzadko uczyłem się w takiej porze dnia (a raczej nocy), jednak wystarczy raz odbyć taką "sesję" z tylko i wyłącznie polską muzyką aby się przekonać na własnej skórze, że słuchanie przez tyle czasu tylko rodzimej muzyki jest niezwykle trudne, ja osobiście po dwóch godzinach musiałem przerzucić się na zagraniczną muzykę. Nie bez znaczenia jest dla mnie fakt, że na co dzień studiuję w języku angielskim oraz mówię płynnie językiem hiszpańskim i uważam, że nie wolno się zamykać na jeden język. Często zagraniczni wykonawcy są jednak wybitniejsi, za pomocą innego języka potrafią zupełnie inaczej wyrazić podobne słowa... Obecnie na mojej playliście znajduje się 29 utworów, z czego niestety tylko 3 są polskie, 3 hiszpańskie, a cała reszta - angielska.
Wiele osób znających polski rynek muzyczny mówi, że taka sytuacja z dysproporcją pomiędzy polskimi a zagranicznymi artystami była, jest i będzie i nie da się tego zmienić. Ja jednak tak nie uważam i zawsze przytaczam przykład Finlandii. Niby mały kraj, nie żadne Stany czy Wielka Brytania, w której rynek muzyczny jest potężniejszy od samochodowego, tylko mały kraj na północy Europy a może poszczycić się naprawdę niesamowitą ilością znanych i cenionych wykonawców, którzy zaczynali podobnie jak polscy artyści - musieli walczyć o swoje, przebijać się, ale jedna znacząca różnica sprawiła, że im się udaje - mają wsparcie rodzimych mediów, są traktowani na równi z zagranicznymi gwiazdami. Przykłady - HIM, The Rasmus, Nightwish, Bomfunk MC's (każdy chyba pamięta "Freestyler"), Apocalyptica, Sunrise Avenue czy choćby nawet Lordi, zespół, który wygrał Eurowizję. Mimo iż są to zespoły grające cięższą muzykę, to jednak są sławne nawet nie tylko w Europie.
Czyli jednak można...

29 grudnia 2008

Kings of Leon - Only by the Night

Kings of Leon - Only by the Night (Sony Music)





  • Closer; Crawl; Sex on Fire; Use Somebody; Manhattan; Reverly; 17; Notion; I Want You; Be Somebody; Cold Desert;
  • DVD: Use Somebody; On Call; Sex on Fire; Crawl; Manhattan;
Skład:
  • Caleb Followill - voc, g
  • Nathan Followill - dr, voc
  • Jared Followill - b, voc
  • Matthew Followill - g, voc
Produkcja: Angelo Petraglia i Jacquire King

Kolejna recenzja, tym razem płyty anglojęzycznej. Przyznam się szczerze, że sięgnąłem po nią głównie za sprawą moim zdaniem najlepszego singla roku 2008 - "Sex on Fire" - i nie rozczarowałem się, aczkolwiek najwyższej noty także ten album ode mnie nie dostanie, nawet pomimo faktu, że już po raz drugi Amerykanie z Kings Of Leon znaleźli się dzięki Only by the Night na pierwszym miejscu UK Charts (brytyjskiej listy sprzedaży).

Według samych twórców, w sensie tekstowym płyta ta miała być bardziej "polityczna" od wszystkich poprzednich, jednak dopiero za n-tym razem kiedy zwróciłem uwagę na teksty w tym świetle nabrały one dla mnie znaczenia prawdziwie politycznego, jednak pomimo tego nie przeszkadza ona po prostu cieszyć się z samej muzyki.

Mimo iż staram się unikać takich porównań, nie sposób pisząc o Only by the Night nie odnieść się do jej poprzednika, Because of the Times z zeszłego roku. Nie chcąc bynajmniej krytykować zespołu, pierwsza i najważniejsza różnica pomiędzy tymi płytami to fakt, że w końcu można... usłyszeć wyraźnie słowa wokalisty, Caleba Followilla, który dojrzał do bycia prawdziwym liderem zespołu.

Całość zaczyna "Closer", spokojny utwór oparty na gitarze i perkusji, z charakterystyczną barwą głosu wspomnianego wokalisty. Ten utwór wprowadza nas w styl tej płyty - prostota, melodyjność, zapadająca barwa głosu wokalisty.

Następny utwór, "Crawl", to pierwszy utwór z tego albumu, który ujrzał światło dzienne. Po umożliwieniu ściągnięcia tego utworu z oficjalnej strony zespołu, spotkał się on z tak pozytywnym odzewem że jeszcze bardziej zmotywowany muzycy wrócili do komponowania materiału, czego owocem był "Sex on Fire", pierwszy oficjalny singiel z Only by the Night, po raz kolejny powtórzę - utwór moim zdaniem genialny. Jest w nim wszystko, co być powinno - intrygujący początek, wciągający wokal, snująca się cicho w tle gitara, prosta, ale chwytliwa sekcja rytmiczna i przede wszystkim - ten refren, który moi sąsiedzi chcąc nie chcąc już na pewno znają na pamięć. Całkowicie zasłużenie singiel ten zadebiutował na pierwszym miejscu w UK Charts, niebawem całoroczne podsumowanie i jestem pewien że i w nim zajmie wysokie miejsce.

Kto myślał, że po takim utworze musi być już tylko gorzej jest w błędzie. Następny utwór to kolejny singiel - "Use Somebody". Temu zespołowi nie powiodło się już tak dobrze w notowaniach, zajął "tylko" drugie miejsce w UK Charts.

"Manhattan" najbardziej kojarzy się z twórczością U2, zwłaszcza dzięki linii gitary, którą wielu porównuje do gitar Edge'a. Nieprzypadkowo Kings of Leon najwięcej porównań mają do tej właśnie kapeli oraz The Strokes - dużą sławę zdobyli dzięki pierwszej trasie koncertowej właśnie z tymi zespołami, co skutecznie umożliwiło im wypłynięcie na międzynarodowe wody. "Reverly" to najbardziej "balladowy", bluesowy utwór na płycie - słychać, że panowie rzeczywiście powrócili do południowych "korzeni". Następnym utwór, "17", opowiada nam również w podobnym bluesowym stylu historię poznania 17-latki z hiszpańskim rodowodem, i choć utwór nie jest wybitnie skomplikowany, to i tak słucha się go z przyjemnością, podobnie jak i kolejny, "Notion".

"I Want You" pozostaje w pamięci dzięki pulsującej linii basu, natomiast "Be Somebody" za sprawą porywającej gry perkusji na początku i stopniowanemu napięciu ze strony gitar. Na sam koniec albumu dostajemy utwór o specyficznym znaczeniu - jeśli wierzyć plotkom, "Cold Desert" został zaśpiewany przez Caleba w stanie upojenia alkoholo-narkotycznego, ale ja jednak tym plotkom wiary nie daje, bo jest zaśpiewany w sposób rewelacyjny i sprawia, że z utęsknieniem będę czekał na następną płytę Kings of Leon.



Do polskich sklepów trafiła tylko edycja studyjna, natomiast w moje ręce wpadła wersja brytyjska z bonusowym dodatkiem - płytą dvd opisaną jako "Live in London Featuring live performances". Po przesłuchaniu albumu studyjnego z wielką nadzieją włączyłem i tę płytę, licząc na fragment koncertu z Londynu, jednak przeżyłem duże rozczarowanie. Wersja live wg. braci Followillów to po prostu wykonanie pięciu utworów - "Use Somebody", "On Call", "Sex on Fire", "Crawl" oraz "Manhattan" - owszem, na scenie, ale w jakimś studiu, bez udziału jakiejkolwiek publiki, bez jakichkolwiek emocji. Naprawdę nie rozumiem jaki sens miało nagranie takiego krążka - chcieli pokazać fanom jak wyglądają? Że stać ich na dobry sprzęt i światła? Sama jakość nagrania także pozostawia wiele do życzenia - bas momentami brzęczy (zwłaszcza w "On Call"), perkusja zlewa się z resztą instrumentów, wokal kilkukrotnie spóźnia się z wejściem (wyjątkowo drażniące w "Sex on Fire"), sami muzycy nie wyglądają także zbyt przekonywująco, może i im brakuje właśnie samej publiki? Zawiodłem się na tej płycie "live".

W ocenie końcowej pominę tę dodatkowy dysk, traktując go jako prezent i ciekawostkę dla fanów, i skupię się na samym właściwym albumie. Jednym zdaniem - jeden z albumów roku, choć zapewne przegra z Oasis, AC/DC, Stereophonics czy Leoną Lewis, ale pewne jest to, że album ten pokazał że stać tych panów na kawał porządnej, przystępnej dla wielu muzyki, jednocześnie wysoko podnosząc im poprzeczkę, bo niełatwo będzie przebić im sukces singla "Sex on Fire"... Ale i tak będę trzymał za chłopaków kciuki.

I na sam koniec jedna rzecz której nie mogę zrozumieć, mianowicie jakim cudem twórczość Kings of Leon jest tak nisko oceniana nie tylko przez recenzentów, ale i przez samych słuchaczy za oceanem, w ich ojczystym kraju. Czy to może przez utwory typu "Crawl", który to pokazuje pokonaną Amerykę, która wywołała wszystkie kataklizmy, jakie spadły na ówczesny świat? Raczej nie. Naprawdę ciężko jest mi to zrozumieć, że podczas gdy na Wyspach czy w Australii Only by the Night zadebiutowało na 1. miejscu i pokryło się wielokrotną platyną, to w Stanach "peak position" było dopiero 5. miejscem na liście Billboardu, a w innych rankingach było jeszcze gorzej, np. singiel "Sex on Fire" zajął 56. miejsce na tej samej liście.