Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Normalsi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Normalsi. Pokaż wszystkie posty

10 maja 2009

Muzyka i ja

Długo mnie tu nie było, proszę o wybaczenie, ale działy się w moim życiu ważne rzeczy - ustalania szczegółów wyjazdu na program Erasmus. Może trochę wybiegnę myślami naprzód, pomimo iż nie jest jeszcze pewne czy uda mi się wyjechać na rok do wymarzonej Valencii, ale mam zamiar w niedalekiej przyszłości zmienić cel tego bloga. Z tematyki muzycznej przekształci się on w coś na kształt pamiętnika z Erasmusa właśnie... Ale to jeszcze myśl przyszłości. Dodatkowo spotkała mnie niezbyt przyjemna kontuzja, mianowicie pękła torebka stawowa we wskazującym palcu prawej ręki i mam ograniczone pole manewru jeśli chodzi o pisanie.
Póki co chciałbym odbyć podróż do przeszłości, mianowicie do czasów, kiedy to moja muzyczna kariera rozwijała się obiecująco, jeszcze miałem wystarczająco czasu aby móc realizować bez stresu swoją pasję. Dlaczego akurat o tym chciałbym napisać? Powód jest bardzo prosty - obejrzałem właśnie kilka koncertów mojego zespołu (podziękowania dla taty za ich uwiecznienie) i aż miło mi się na duszy zrobiło jak to oglądałem, aż chciało się powiedzieć "to były czasy" ;-) Będzie to coś na kształt podsumowania mojej muzycznej kariery, stosunkowo krótkiej, ale z której jestem dumny.


Zacznę od tego, co w graniu było, jest i będzie najważniejsze. Koncerty to była kwintesencja wszystkich prób, ćwiczeń w domu, poświęcania swojego czasu dla zespołu, dla wspólnego grania... I kiedy widziało się, że choć kilka osób słuchających i oglądających nas na scenie chce nas dalej na tej scenie widzieć - było warto to wszystko robić. Łącznie podczas mojej muzycznej kariery zagrałem niewiele ponad czterdzieści koncertów, każdy na swój sposób wyjątkowy... Pierwsze koncerty to zawsze był największy stres, czy to w pierwszej kapeli która swój żywot zakończyła stosunkowo szybko, czy to w ostatniej, Statystach, z którymi zagrałem najlepsze z moich koncertów. Dla mnie to była raczej kwestia rutyny - im więcej koncertów grałem, tym bardziej byłem pewny że zagramy bez (większych) wpadek i tym mniej się stresowałem, choć zawsze był ten dreszczyk emocji, podniecenie i entuzjazm, że to już dziś wieczorem będziemy oceniani przez każdą osobę z osobna na widowni...
Z koncertami najczęściej wiązało się jeszcze jedno raczej pozytywne zjawisko, mianowicie poznawało się dziesiątki nowych osób, z których można było zapamiętać na raz góra trzy i to tylko te, które czymś się naprawdę wyróżniały. Jeśli pojawiły się więcej niż raz czy dwa na koncercie to oczywiście prawdopodobieństwo zapamiętania danej osoby wzrastało. Później jednak często dochodziło do sytuacji kiedy szło się ulicą, robiło zakupy w galerii, było się na jakimś koncercie lub gdziekolwiek indziej i ktoś podchodził i się ze mną witał, a ja nie miałem najmniejszego pojęcia skąd mógłbym znać tę osobę... Nie mówię, że było to niefajne, ale były to sytuacje podobne do sytuacji, kiedy rano budzisz się a obok leży zupełnie nieznajoma osoba... Na szczęście takich "atrakcji" w życiu nie miałem ;-)
Na samym początku na koncerty oczywiście przychodzili głównie znajomi, jednak porównując liczbę znajomych do całkowitej ilości osób na koncertach to liczba ta była odwrotnie proporcjonalna do liczby zagranych koncertów i to pokazywało nam, że coraz to nowi ludzie słyszeli o zespole i przychodzili z ciekawości posłuchać nas na żywo. Było to bardzo pozytywne zjawisko... nawet jeśli tymi nowymi osobami byli znajomi znajomych ;-)
Próba
Kończąc temat koncertów muszę napisać o swoim ostatnim zagranym koncercie, który był ukoronowaniem trzyletniej gry z zespołem Statyści. 28.12.2007, Funaberya 2, support przed zespołem Normalsi, półtora tysiąca ludzi pod sceną. Możliwość zagrania supportu przed tym cenionym w łódzkim świecie muzycznym zespole była nagrodą za zajęcie I miejsca na Festiwalu FETA. Tak jak pisałem wcześniej, nerwów było nie mniej niż podczas każdego innego koncertu, ale co innego było wtedy ważne. Jeden moment zapamiętam do końca życia. Oświetlenie na tym koncercie było bardzo dobre, tzn. oślepiało wykonawców skutecznie i praktycznie nie mieliśmy możliwości zobaczenia nawet publiki, którą skrywał mrok, jedynie po odgłosach, brawach, gwizdach, krzykach wiedzieliśmy że tam są. I nagle po którymś z utworów światło zwrócono na publikę właśnie. Dla mnie był to szok absolutny, zamurowało mnie wtedy. Może na ekranie "półtora tysiąca osób" nie wygląda tak imponująco, ale można mi wierzyć - zobaczyć tyle ludzi zgromadzonych i słuchających Twojej muzyki, reagujących na nią... coś niesamowitego. Nie będzie mi dane zapewne w przyszłości już w takich okolicznościach występować, dlatego tym bardziej ta data i to wydarzenie tak zapadły mi już na zawsze w pamięć. Każdemu życzę, aby kiedyś coś takiego przeżył. Do końca koncertu grałem już na ogromnym luzie, szczęśliwy, spełniony...
Dlaczego musiałem porzucić zespół? Głównie z powodu zbyt wygórowanych jak na tamten czas żądań dotyczących udzielania się w zespole. Mimo iż bardzo chciałem dalej to ciągnąć, to jaki student I roku Politechniki oraz aktywny członek organizacji studenckiej miałem bardzo dużo na głowie, zbyt dużo. Trzy próby w tygodniu? Niemożliwe... Czas był największą przeszkodą, a dodatkowo decyzja o odejściu Crisa, wokalisty, który razem ze mną ukierunkowywał tworzoną muzyką na cięższe rejony. Bez niego Statyści byli skazani na bluesowe granie, które niestety ale mnie po tylu latach grania kojarzy się już teraz tylko ze "smęceniem"... Nie było energii, brakowało tego "czegoś", co sprawiłoby że publika mogłaby skakać pod sceną, zamiast siedzieć przy stolikach i kontemplować muzykę. Cris poświęcił się swojemu drugiemu zespołowi, ja nadrabianiu zaległości na studiach. Śmieszne w tej całej sytuacji jest to, że moje miejsce na basie zajął inny Tomek, a za mikrofonem stanął inny Krzysiek... Czyli w sumie załoga bez zmian ;-)
Pomijając teraz moją kontuzję palca, gitara nadal zajmuje honorowe miejsce w moim życiu. Wiem, że nigdy nie sprzedam mojego Corta GB34A, nadal w wolnych chwilach (których mam ostatnio aż za dużo) często sięgam po moją przyjaciółkę i dalej jesteśmy w stanie grać muzykę, ku nieszczęściu sąsiadów. Miałem po odejściu od Statystów naprawdę wiele propozycji gry w innych zespołach, ale odmawiałem każdemu, jednak za każdym razem z coraz mniejszym przekonaniem, bo i tęsknota do występów coraz bardziej rośnie... Naprawdę, bardzo łatwo można uzależnić się od występów. Nie tak dawno temu byłem już prawie zdecydowany żeby dołączyć do składu, grającego melodyjny metal (rewelacyjny głos wokalistki, Duńczyk na perkusji, muzycy po szkołach muzycznych na gitarach), ale ostatecznie po dwóch próbach odmówiłem. Dlaczego? Z powodu wyjazdu na Erasmusa - postanowiłem że nie ma sensu angażować się w zespół, kiedy za pół roku nie będzie Cię już w Polsce i to przez cały następny rok, nawet jeśli zespół gra muzykę która najbardziej Ci odpowiada. Takie życie - sztuka wyborów.
Chyba wystarczy na dziś... W najbliższych dniach postaram się napisać więcej o ostatnich wydarzeniach w moim życiu, bo idąc dziś o godzinie 6 rano 4,5km spacer znad rzeki Pilicy na najbliższy przystanek PKS-u stwierdziłem, że żyję zbyt intensywnym życiem kosztem obowiązków i rzeczy naprawdę ważnych. Czas przystanąć i spojrzeć dookoła, nie tylko przed siebie.

22 listopada 2008

Coma - Hipertrofia

Coma - Hipertrofia (Sony BMG)



  • CD1: Party; Wola istnienia...; After party; Lśnienie; Diagnoza; Transfuzja; Przesilenie; Nadmiar; Nowe tereny migreny; Trujące rośliny; Ciągi i pociągi; Osobowy; Loty i odloty; Emigracja; Stosunek do służby wojskowej; Zero osiem wojna; Polish Ham; Pożegnanie z mistrzami; Chrum!; Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopów; Koniec pewnego etapu;
  • CD2: Początek pewnego etapu; Enhart; Na na na na; Zamęt; Zwalniamy; Widokówka; Przestrzeń nie-rzeczywista; Parapet; Popołudnia bezkarnie cytrynowe; Ślimak; Cisza i ogień; Epilog ze starym prykiem; Archipelagi; Recykling;
Skład:
  • Piotr Rogucki - voc
  • Marcin Kobza - g
  • Dominik Witczak - g
  • Rafał Matuszak - b, voc
  • Adam Marszałkowski - dr
Produkcja: Tomasz Zalewski, Coma
Ciężko jest mi napisać obiektywną recenzję najnowszej płyty Comy z dwóch powodów. Pierwszy z nich to mój osobisty stosunek do Comy – ich muzyka, a zwłaszcza wydanie dwóch poprzednich płyt zbiegło się w czasie z bardzo ważnymi wydarzeniami w moim życiu. Powód drugi to fakt, że znam ten zespół od wielu lat, z Piotrem Roguckim rozmawiałem już w 2002 roku, kiedy to w moje ręce wpadło demo zespołu Coma, i można powiedzieć że byłem naocznym świadkiem, jak przez te lata ewoluowała muzyka tej piątki chłopaków z Łodzi. Przez dziesiątki koncertów Comy na których byłem oraz setki odsłuchać nagrań Comy wyrobiłem sobie bardzo pozytywne i subiektywne zdanie o tym zespole. Pomimo tego spróbuję najobiektywniej jak potrafię zrecenzować najnowszą, trzecią płytę Comy – Hipertrofię.
Łatwo znaleźć tę płytę na półce w sklepie. Projekt graficzny płyty wyróżnia ją na tle innych wydawnictw, zazwyczaj ozdobionych zdjęciami wykonawców w dziwnych sytuacjach. Tym razem cała szata graficzna okładki, książeczek (dwóch, bo każdy krążek ma swoją własną) i płyt utrzymana jest w dwóch kolorach: czarnym i żółtym. Odpowiedzialny za projekt graficzny Rafał Matuszak wykonał kawał dobrej roboty, a spiralnie ułożone kwadraty na okładce zapraszają nas do blisko dwugodzinnej podróży z Comą.
To, co odróżnia ją od poprzednich wydawnictw to fakt, że jest to album dwupłytowy. Jak przyznał sam Piotr Rogucki w wywiadzie dla listopadowego „Teraz Rocka”, tym razem zespół nie pokusił się o kolejną, nie dla wszystkich zrozumiałą długą nazwę i postawił na jednowyrazową „Hipertrofię”, która oznacza (cytuję P. Roguckiego): „nadmiar, przerost, ale w humanistycznym ujęciu – wybujałość, nadmiar uczuć”. Po wielokrotnym odsłuchaniu albumu nie da się ukryć, że te słowa bardzo trafnie oddają klimat tej płyty – przerost owszem jest, ale... formy nad treścią.
Płyta w zamyśle miała być concept-albumem przedstawiającym życie człowieka od narodzin do śmierci, a nawet po niej. Pomimo iż cały album przesłuchałem od pierwszego do ostatniego dźwięku kilkakrotnie, pomysł tej płyty musi być ukryty naprawdę głęboko. W przeszłości nieraz zdarzało mi się interpretować utwory Comy na swój sposób, doszukiwać się głębszego sensu tam, gdzie wielu go nie znajdywało, jednak w tym przypadku nawet moja skromna osoba nie była w stanie rozgryźć na czym polegała ta idea, jaka przyświecała albumowi.
Mimo to postaram się podążać za tą myślą przewodnią albumu, recenzując kolejne utwory. Całość rozpoczyna „Party, jeden z osiemnastu utworów „instrumentalnych”. Celowo napisałem to określenie w cudzysłowie, bo tak naprawdę nie można powiedzieć, że są to przerywniki czysto muzyczne – większość z nich składa się z odgłosów ludzi, dźwięków poruszania się, odbywania stosunku, płaczu, nawet modlitwy. Przyznam szczerze, że większość tych przerywników uważam za zbędne, często za długie, nic nie wnoszące do samej treści albumu. Przypomina mi się w tej chwili poprzedni album Comy, Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków, na której również znalazły się podobne przejścia między utworami, jednak wtedy nie stanowiły one osobnych utworów, tak jak na „Hipertrofii”, oraz nie było ich aż tyle. Inną sprawą związaną z tymi przerywnikami są ich nazwy – naprawdę ciężko jest zrozumieć, jaki głębszy sens mają nazwy np. „Nowe tereny migreny”, „Polish Ham”, „Chrum!” czy „Ślimak”. Rozumiem, że wszystkie 17 utworów właściwych nie zmieściłoby się na jednej płycie, ale wydawanie dwóch dopełnionych tymi „zapychaczami”, bo tak w większości przypadków trzeba je interpretować, całkowicie rozbiło płytę.
O tych utworach instrumentalnych jeszcze będę pisał, teraz przejdę do kolejnego utworu - „Wola istnienia...”. Próbując pójść drogą concept-albumu zacząłem się zastanawiać, czy Comie chodziło o to, że bohater albumu został poczęty na imprezie (co sugerowałyby dźwięki w pierwszym utworze „Party”) i teraz rodzicielka bohatera rozważa, czy pozwolić nowemu istnieniu przyjść na świat? Innej interpretacji nie byłem w stanie się doszukać. „Wola istnienia...” to bardzo ważny utwór, słuchacz po raz pierwszy może usłyszeć to, na czym zastanawiał się od poprzedniej płyty – jak teraz brzmi Coma. Odpowiedź na to pytanie jest ciężka, bo z jednej strony to ciągle ten sam Rogucki na wokalu, ci sami muzycy na instrumentach (tak, bo „nowy” Adam Marszałkowski nagrywał z Comą już poprzednią płytę), ale jednak coś zupełnie innego. Piątka Łodzian nie zapomniała, jak tworzy się melodie, ani jak tworzyć dobre utwory, ale słychać poszukiwanie nowego stylu, nowej jakości grania.
Mijamy kolejny przerywnik - „After party” - i idziemy do kolejnego utworu, „Lśnienie”. Porównując ten utwór do wcześniej twórczości Comy to coś zupełnie nowego, utwór, który nie miałby prawa znaleźć się na poprzednich albumach. Spokojny głos Piotrka, zupełnie jakby opowiadał bajkę na dobranoc oraz subtelna gitara w tle na początku utworu, później już bardziej „comowo” - mocniej, wyraźniej, ale ciągle melodyjnie. Niestety, w tym utworze już nie jestem w stanie opisać odniesienia do idei podróży człowieka, widać natomiast podróż, jaką odbył Piotr Rogucki pod względem wokalnym – często zmienia intonację, sposób śpiewu, modulacje głosu, widać w jego śpiewie wyraźne wpływy jego aktorskiej kariery, pytanie tylko czy takie „udziwnienia” korzystnie wpływają na całokształt utworu...
Po kolejnym przerywniku, „Diagnozie”, czas na jeden z dwóch wcześniej znanych utworów Comy - „Transfuzję”. Pomimo iż we wcześniej wspomnianym wywiadzie Piotrek mówi, że tylko „Cisza i ogień” to utwór powstały przed tworzeniem materiału na nowy album, to mija się z prawdą. Już rok temu w łódzkiej Dekompresji usłyszałem ten utwór i szczerze przyznam, że nie powalił mnie na kolana. Nie wyróżnia się na tle płyty i mimo że zapewne będzie silnym punktem podczas trasy koncertowej to jednak na płycie wypada niezwykle blado. Podobnie jak dwa kolejne utwory – krótkie „Przesilenie” i „Nadmiar”, utwór, który nie zapada w pamięci. Jednak po kolejnym przejściu - „Nowe tereny migreny” - trafia się nam prawdziwa perełka na pierwszej płycie - „Trujące rośliny”, obok „Zero osiem wojna” najlepszy utwór na pierwszym krążku. Wciągająca linia melodyczna wokalu, mocny refren... Słuchając tego utworu czułem to, czego brakowało mi w początkowych utworach – dobrze znanego klimatu Comy. Szkoda tylko że tego typu utworów jest na płycie tak mało...
Przez kolejny utwór o (nie)wiele znaczącym tytule „Ciągi i pociągi” trafiamy na krótki utwór „Osobowy”, który jest utworem tragicznym i bynajmniej nie mówię o tematyce utworu. Wybijany na perkusji beat, tekst o „obsranych przedziałach jak ul” i sposób śpiewu Roguckiego sprawiają, że do tego utworu nie potrafię się przekonać, zresztą podobnie jak i do kolejnych utworów - „Loty i odloty” oraz „Emigracja”, utworu, którego również nie chciałbym znaleźć na tej płycie. Manieryczny wokal, pstrykanie palcami, wybijany na basie rytm, tekst o tym, że w naszej ojczyźnie zostały już tylko najbrzydsze kobiety i o marzeniach Roguckiego i Matuszaka (jako chórek) że chcieliby się stać homoseksualni – żenujące. Nawet jeśli utwór ten miał zostać potraktowany jako żart, to po prostu chłopakom nie wyszło. Na szczęście chwilę później, po „Stosunku do służby wojskowej”, przychodzi rehabilitacja – pierwszy singiel, „Zero osiem wojna”. Ciekawa lina melodyczna, świetne instrumentarium, może odrobinę niezrozumiały sens tekstu – wszystko to sprawia, że pochwalam decyzję Comy o tym, że właśnie ten utwór poszedł na „pierwszy ogień”, czyli na listy przebojów.
Niestety, potem do końca płyty nie jest już tak pięknie – totalnie bezsensowne „Polish Ham” z odgłosami zarzynanej świni, „Pożegnanie z mistrzami” (z wybitnym tekstem „świnia pozostanie świnią i nie zmieni tego nic”), „Chrum!” to utwory, które w pamięci nie pozostają ani chwilę dłużej niż tyle ile trwają. Nieco lepiej sytuacja wygląda z „Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopów”, jak widać Coma mimo wszystko nie zapomniała jak nazywać utwory. Pomimo usilnych prób i w tym utworze trudno było mi doszukać się głębszego sensu odnośnie woli istnienia i zmieniając płytę na drugi krążek czułem się bardzo rozczarowany tym, co usłyszałem. Na całe szczęście druga płyta poprawiła moją opinię o tej płycie.
Obie płyty scalają dwa utwory. Pierwszy krążek kończy „Koniec pewnego etapu”, natomiast drugi rozpoczyna „Początek pewnego etapu”. Dalej mamy najdłuższy utwór tego wydawnictwa, ponad dziesięciominutowy „Ekhart”, utwór, który jednak wkomponowuje się w styl Comy i daje nadzieję, że jednak może być lepiej. Po krótkim pseudo-koncertowym przerywniku „Na na na na” kolejny nowy stylowo utwór, „Zamęt” – połowę tekstu Rogucki wyśpiewuje przez syntezator, co akurat w tym przypadku korzystnie wpłynęło na utwór, oraz sama końcówka – ostra jazda z wykrzyczanym tekstem. Mijamy kolejny przerywnik „Zwalniamy” i przechodzimy do utworu o zabarwieniu balladowym - „Widokówki”. Wolny, melodyjny wstęp gitary i perkusji, liryczny śpiew Roguckiego i przejmująca końcówka sprawiają, że ogólne odczucia odnośnie Hipertrofii stają się pozytywniejsze. Po kolejnym przejściu, „Przestrzeni nie-rzeczywistej”, słyszymy jednak ponownie utwór bardzo zbliżony stylistyką do „Osobowego” - zmanierowany, nijaki wokal i prosty beat na perkusji to wszystko, co składa się na ten utwór. Jednak tuż za nim (o dziwo bez żadnego przerywnika) zaczyna się najlepsza część całego albumu, która trwa już do końca płyty. „Popołudnia bezkarnie cytrynowe” - w skrócie mogę napisać, że właśnie taką Comę chciałbym słyszeć. Charakterystyczna melodia gitary, wciągająca linia wokalna, interesujący refren i zapadający w pamięć koniec – o tym utworze mógłbym wypowiadać się tylko w samych superlatywach, ale może jest to kwestia także tego, że porównuję go do niestety bardzo słabej reszty płyty, co nie zmienia tego, że refren nuciłem sobie przez ostatnie kilka dni. A dalej jest jeszcze lepiej. Po „Ślimaku” starsi fani Comy dostali to, o czym mogli wcześniej tylko pomarzyć, mówię o prośbach nagrania starszych utworów typu „Anioły” czy Piosenka pisana nocą” na regularnych wydawnictwach. „Cisza i ogień” doznała tego zaszczytu i chwała Comie za to, bo nie znam fana Comy, który nie lubiłby tego utworu. Pamiętam, kiedy to 24 stycznia 2004 roku na koncercie w łódzkiej Funaberii 2 usłyszałem ten utwór po raz pierwszy (Coma zagrała go tego dnia po raz pierwszy w historii na koncercie) i już wtedy poczułem, że ten utwór zasługuje, żeby go nagrać. Piękny, „bujający się” utwór, który na koncertach wszyscy odśpiewują, odpływając gdzieś daleko, i podobnie jest z tą wersją, studyjną. Wystarczy usiąść wygodnie w ciemnym pokoju, zgasić wszystkie światła, podgłośnić muzykę, poczekać na solo na gitarze i... cały świat dookoła przestaje mieć znaczenie, można się zapaść w myślach. Przepraszam za takie osobiste opisanie wrażeń odnośnie tego utworu, ale ciężko jest mi inaczej odbierać jeden z najlepszych utworów Comy. Dla samego tego utworu warto było zakupić ten album.
Po przedostatnim już przerywniku, „Epilogu ze starym prykiem”, w którym to możemy usłyszeć modlitwę, zaczyna się przedostatni utwór, „Archipelagi”. Charakterystyczne intro na basie, trafiający do wnętrza refren, klimatyczna gitara sprawiają, że dzięki końcówce tej płyty, razem z kończącym „Recyklingiem” (w którym słyszymy m.in. fragment „Dalekiej drogi do domu” z Zaprzepaszczonych sił...), można częściowo zapomnieć o rozczarowywującym pierwszym krążku i wydać bardziej pozytywną ocenę Hipertrofii. Jednak nie można uciec od kilku wniosków, które bardzo nasuwają się po przesłuchaniu tych 35 utworów.
Pierwszy z nich to fakt, że Coma dostała absolutnie wolną rękę przy tworzeniu materiału. Podczas nagrywania nie było żadnej osoby „spoza”, z wytwórni, która, tak jak miało to miejsce przy nagrywaniu poprzednich dwóch płyt, powiedziałaby że ten a ten utwór nie brzmi dobrze, że to i to nadaje się do poprawy albo w ogóle lepiej tego nie nagrywać. Zespół Coma wypowiada się na temat tej nieograniczonej wolności nagrywania jako o wielkiej zalecie albumu, ja jednak muszę ocenić to jako ogromną wadę. Wiele utworów, zwłaszcza tych instrumentalnych, ma się nijak do muzyki i nie pozwala ocenić pozytywnie tej płyty. Może gdyby podczas nagrań była jakaś obiektywna osoba spoza zespołu, która powiedziałaby w odpowiednim momencie tym eksperymentom „stop”, otrzymalibyśmy wydawnictwo wybitne. Jednak nikogo takiego nie było i muszę stwierdzić, że pomimo iż muzycy dysponują nieprzeciętnymi umiejętnościami i pomysłami, to do rąk słuchaczy trafiło wydawnictwo zaledwie przeciętne, często niezrozumiałe, zwłaszcza jeśli chodzi o ideę concept-albumu.
Pisząc o Comie nie mogę także nie napisać o jeszcze jednej bardzo ważnej sprawie, mianowicie (nie)oficjalnej zmianie perkusisty. Adam Marszałkowski, jak każdy łódzki muzyk wie, to jeden z najlepszych perkusistów w Łodzi, istnieje nawet żart, że połowa młodych łódzkich perkusistów uczy się prywatnie, druga połowa u Marszałkowskiego właśnie. Nie mogę się do samej gry perkusji na płycie przyczepić, chodzi mi tu raczej o aspekt ludzki i szacunek dla fanów. Adam to (były?) perkusista innego świetnego łódzkiego zespołu Normalsi, z którym to wypłynął na szerokie wody polskiej sceny muzycznej. Jednak jeszcze przed wakacjami nieoficjalnie niektóre osoby związane bliżej z zespołami zaczęły mówić o przenosinach z Normalsów do Comy, a fani szukali informacji potwierdzającej lub zaprzeczającej tym plotkom. Po dziś dzień, koniec listopada, nie ma żadnej oficjalnej informacji odnośnie zmiany na miejscu perkusisty, jest jedynie krótkie napomknięcie w zakładce Historia na oficjalnej stronie Comy, że w 2008 roku do zespołu dołączył Adam Marszałkowi. Panowie, tak się nie traktuje fanów, a tym bardziej swoich kolegów po fachu. Nie chcę dociekać powodów i okoliczności tej zmiany, ale dla informacji ciekawych powiem, że na oficjalnej stronie zespołu Normalsi w zakładce Skład ciągle widnieje Adam Marszałkowski. Jedno jest pewne – ta zmiana na pewno wyjdzie Comie na dobre.
Kończąc tę przydługą recenzję muszę napisać, że Hipertrofia mnie rozczarowała. Po tak dobrych poprzednich płytach, na których Coma bardzo wysoko podniosła sobie poprzeczkę, spodziewałem się czegoś znacznie lepszego niż eksperymentowanie przez większą część albumu, nadawanie sensu czemuś, co dla przeciętnego słuchacza zapewne tego sensu mieć nie będzie. Pomimo świetnej końcówki drugiego krążka oraz (zaledwie) dwóch interesujących utworów („Trujące rośliny” i „Zero osiem wojna”) moja ocena końcowa nie może być korzystna. Nie mogę się doczekać grudniowego koncertu w Łodzi, na który stawię się obowiązkowo. Wtedy będę mógł zweryfikować swoją opinię. Na samo zakończenie z żalem stwierdzam, że patrząc na program trasy koncertowej widać wyraźnie, że Coma chyba przestaje już traktować Łódź, jako rodzinne miasto, wyjątkowo. Do dziś pamiętam trasę promującą Pierwsze wyjście z mroku i ostatni, kończący koncert trasę koncert w Funaberii 2, podczas którego panowała magiczna wręcz atmosfera. Oby te czasy jeszcze kiedyś wróciły.