Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty

26 listopada 2010

Nie-Moja Coma

Ostatni raz, kiedy napisałem na tej stronie relację z koncertu, był ponad dwa lata temu - była to relacja ze współorganizowanego przeze mnie festiwalu RAIN. Na samym początku muszę zaznaczyć, że ten tekst będzie dość długi i  dopiero na samym końcu znajdzie się relacja z wczorajszego koncertu oraz że należę do tej chyba coraz liczniejszej grupy, która uważa, że Coma skończyła się po drugiej płycie. Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków zawierała utwory, o których można było powiedzieć, że jeśli nie wszystkie (mnie osobiście nie przypadły do gustu tylko "Nie ma Joozka" i "Schizofrenia"), to większość utworów była naprawdę dobra i osiągnęła wysoki poziom swojej poprzedniczki-debiutantki, Pierwszego wyjścia z mroku, albumu Demo (który również posiadam, jak wszystkie inne wydawnictwa zespołu) nie liczę. Jednocześnie był to ostatni album, na którym mogliśmy usłyszeć po raz ostatni tego Piotra Roguckiego. Dla mnie osobiście niezrozumiałe jest to, co się stało później, jak i dlaczego tak się zmienił, i co mogliśmy usłyszeć na Hipertrofii i kolejnych płytach - całkowicie zmieniony głos, w którym nie dało się już usłyszeć tego młodzieńczego buntu i pasji w jego głosie, którą zarażał wszystkich słuchaczy. Zmieniła się także muzyka - miejsce zasłużonego Tomasza Stasiaka zajął perkusista Normalsów, Adam Marszałkowski, teoretycznie dopiero przed Hipertrofią, a praktycznie już w czasie nagrywania partii bębnów na ZSWAŚZ, a okoliczności rozstania można określić jednym słowem - niesmaczne i niepasujące do wieloletnich kolegów, ale cóż, biznes to biznes.

Hipertrofia była dla mnie płytą, w porównaniu z poprzednimi, łagodnie mówiąc bardzo słabą - nieudane eksperymenty muzyczne, przeciętne teksty, niezrozumiała "fabuła" albumu i spośród wszystkich utworów na tym dwupłytowym wydawnictwie, zaledwie kilka na poziomie poprzednich albumów. Później była Coma Live, następnie Symfonicznie - przyznaję, udany projekt i bardzo widowiskowy - oraz anglojęzyczna płyta Excess, przeznaczona na zagraniczny rynek, zawierająca anglojęzyczne wersje wcześniej znanych utworów, z trzema nowościami. Zwłaszcza jedna z tych premier wzbudziła moje kontrowersje - utwór "F.T.P.", czyli "Fuck The Police". Dla mnie była to już naprawdę przesada, rozumiem, że muzycy prawdopodobnie chcieli zrobić sobie żart muzyczny, ale zupełnie im to nie wyszło - utwór muzycznie świetny, ale treścią idealnie wpasowujący się w idee "pokolenia JP100%", która odebrała ten utwór całkiem serio, nie mówiąc nawet o tym, jaki obraz tworzy Coma za granicami naszego kraju, nie tylko sobie, ale także między innymi mieście Łodzi - niedoszłej Europejskiej Stolicy Kultury.

Osobnym tematem jest reakcja publiczności przez te wszystkie lata. Zacznę od mojej skromnej osoby - na koncerty Comy chodziłem już dziewięć lat temu, kiedy bilety były po 3zł lub 5zł, albo nie było ich wcale. Pamiętam cotygodniowe słuchanie Listy Przebojów Radia Łódź Adama Kołacińskiego, który tak naprawdę jest ojcem sukcesu Comy - co tydzień, najpierw w Liście Niezależnych, a później po wydaniu PWZM, w regularnym głosowaniu Coma nie miała konkurencji, a głosami łódzkich słuchaczy "Sto tysięcy jednakowych miast" przez 53 tygodnie - ponad rok! - o ile mnie pamięć nie myli, było na pierwszym miejscu tejże listy, ustanawiając rekord notowań. Pamiętam także zaproszenie na koncert Comy w studiu Radia Łódź, byłem także w pierwszej setce fanów w pierwszym fanklubie Comy, "Onlyway", liczbę koncertów Comy, na których byłem można określić już na ponad trzydzieści. Ważna jest w tym wszystkim dla mnie także pewna osoba, nieobecna już w moim życiu, ale która sprawiła, że słuchanie Comy było wtedy tak wyjątkowe... Dlaczego to piszę? Nie, nie żeby się chwalić, bo z perspektywy czasu uważam, że nie ma już czym. Piszę to, aby przedstawić obraz kogoś, kto był z Comą niemal od samego początku i był także emocjonalnie związany z jej twórczością, i który nie rozumie co się stało z tym zespołem...

Do czasu Hipertrofii wszystko było w porządku, później to wszystko wybuchło. Rozmawiałem ze znajomymi, wielu z nich miało podobne zdanie do mojego, przeglądałem także forum Comy - zdania były bardzo podzielone, a ja sam zastanawiałem się, gdzie podział się ten chłopak, który nie tak dawno sam grał na gitarze i śpiewał poezję... Pomimo niezadowolenia "starych" fanów, Coma zyskała tysiące nowych, którzy usłyszeli o tej Comie, którzy wszyscy słuchają i jest taka fajna, a reszta się sama potoczyła. Kolejne płyty tylko powiększyły ten rozłam - osoby takie jak ja słuchały Comy głównie tylko z powodu dawnego przywiązania lub innych podobnych przyczyn, powodów zdobywania nowych fanów, oprócz popularności i braku porównania do dawnych koncertów i nagrań, ja osobiście nie jestem w stanie zrozumieć. Dla mnie takim swoistym "zapalnikiem" do napisania tej notki był wczorajszy koncert Comy w Wytwórni.
Przyznam szczerze, zaskoczyła mnie idea trasy akustycznej z asystą symfoników, co prawda tylko siedmiu, ale jednak, i to głównie ciekawość zawiodła mnie na ten koncert. Ceny biletów na występ łódzkiego zespołu już dawno przestały mnie dziwić - 65 złotych za bilet to dla mnie zdecydowanie za dużo, ale cóż, miałem nadzieję że będzie warto, ba! przed rozpoczęciem koncertu brałem pod uwagę możliwość kupienia biletu na drugi koncert w Łodzi, 18. grudnia...

Pierwsze co poczułem, wchodząc na salę, to zdziwienie - po raz pierwszy przyszło mi słuchać rockowego koncertu... na siedząco. Na scenie już czekały instrumenty, jednak co ciekawe, akustyczne. Przed sceną w rzędach były ułożone krzesła, wznoszące się coraz wyżej, aby fani z dalszych miejsc także dobrze widzieli scenę, a rzędy były w połowie "przecięte" przez drogę do tychże miejsc. Dodatkowo jedyne wyjście prowadziło przez przód sceny - aby wejść lub wyjść, słuchacze musieli przejść przed sceną - dziwne, ale i ciekawe rozwiązanie, gdyż kto chciał mógł usiąść na podłodze tuż przed sceną. Muzycy nie kazali na siebie długo czekać - najpierw weszli symfonicy, po chwili zespołowi instrumentaliści - Marszałkowski, Kobza, Witczak, Matuszak - a na samym końcu, już przy akompaniamencie muzyki, Piotr Rogucki. Zaczęli od "Turn Back The River", ale szczerze powiem, że rozpoznałem ten utwór dopiero po słowach - aranżacje utworów były tak różne w porównaniu z oryginałami, że trudno je było rozpoznać, ale było to zdecydowanie in plus - muzyka tego wieczoru była najlepszą rzeczą, jaką spotkała publiczność, co innego można natomiast powiedzieć o śpiewie. Dla mnie forma Roguca tego dnia była po prostu bardzo słaba - nie śpiewał normalnie, tylko momentami, kiedy się wydzierał do mikrofonu, dało się usłyszeć jego dawne "ja", albo po prostu śpiewał... normalnie, jeśli przyjmiemy za wzorzec jego aktualne brzmienie, tak różne od tego sprzed kilku lat. Wiele dźwięków nie był w stanie wyciągnąć, a dodatkowo był bardzo zdekoncentrowany i czuł się nienaturalnie na scenie - czy aż tyle kosztowała go kariera aktorska? Później było "Zero osiem wojna", "Świadkowie schyłku...", "Trujące rośliny", "Popołudnia bezkarnie cytrynowe" i  feralna "Tonacja", podczas której zawinił sprzęt i muzycy musieli po kilkunastu sekundach przerwać występ. Między utworami Roguc zabawiał publikę dowcipnymi uwagami, i było to chyba najciekawsze, co tego wieczoru zaprezentował. Po chwili panowie zaczęłl grać dalej, później przeszli do "Pierwszego wyjścia z mroku", kiedy to wokalista zaczął śpiewać tekst do... innego utworu! Po chwili przerwał po raz kolejny tego wieczoru występ i dopiero po chwili muzycy zaczęli grać ponownie, tym razem z właściwymi słowami. Jak dla mnie bardzo źle zachował się w tej sytuacji Roguc, tłumacząc się, że to ciągle przechodzący pod sceną fani (cytat) "idący na siku" tak go rozpraszają. Dla mnie ta argumentacja była po prostu śmieszna - nieraz potrafił opanować tysięczny tłum, nie zwracać uwagi na wspinających się na scenę nietrzeźwych fanów, a teraz nagle zaczęli mu przeszkadzać spacerujący fani? Absurd. Niepewność widać było także na twarzach samych instrumentalistów, którzy sami nie wiedzieli, czego spodziewać się po ich liderze. Dalej zagrali "Transfuzję" z tradycyjnie wyklaskanym początkiem, "System", rewelacyjną (!), gdyby nie wokal, "Daleką drogę do domu", "F.T.P." (podczas którego na scenie pojawił się nauczyciel angielskiego wokalisty, bez komentarza), "Zamęt", przeciętne "Spadam", "Nie ma Joozka", "Świętą", po czym zeszli ze sceny. Na bisy pod sceną pojawiła się grupka fanów, którym w ogóle nie przeszkadzała słabsza forma wokalisty. Bisy zaczęły się od "Pasażera", później było "F.T.M.O." i koncert zakończyło "Sto tysięcy jednakowych miast", podczas których lekko zawiodła łódzka publika - przyjęło się, że nawet na "normalnych" koncertach ludzie siadają przy tym utworze, choćby i na podłodze - wczoraj Roguc musiał przypomnieć o tym fakcie publiczności, która dopiero wtedy usiadła, ale może to także wina samego zespołu, który już bardzo rzadko bywa w rodzinnym mieście? Koniec koncertu bardzo mnie zaskoczył, in minus - zacząłem zdawać sobie sprawę, że takich osób jak ja, które potrafią obiektywnie, a przynajmniej krytycznie spojrzeć na formę zespołu/wokalisty danego dnia, jest bardzo mało pośród kilkusetosobowego grona na sali. Zabrakło przede wszystkim najważniejszego dla mnie "Leszka Żukowskiego" i "Cisza i Ogień", ale cała reszta setlisty została przeze mnie przyjęta pozytywnie. Po samym koncercie, wychodząc z sali, mogłem głównie usłyszeć "Ale było zajebiście!", "Odjazd!", etc... i powiem szczerze, zasmuciło mnie to bardzo. Dla mnie świadczy to o tym, że Coma doczekała się już takich fanów, którzy nie dbają o to, czy zespół zagrał super, przeciętnie czy żenująco, dla których zespół mógłby zagrać i kolędy, a byłoby cudownie, bo zagrała przecież sama Coma... Na szczęście w kolejce do szatni usłyszałem mimochodem także opinie podobne do mojej, a nawet ostrzejsze, jak chociażby że (cytat) "to była parodia, nie koncert", ale były to tylko nieliczne przypadki...

Ja nie mam już żadnych wątpliwości - przy tym łódzkim zespole trzyma mnie już teraz tylko samo wspomnienie dawnych, młodzieńczych, pięknych czasów oraz ogromny sentyment, nic więcej. Z przyjemnością będę wkładał do odtwarzacza płyty Pierwszego Wyjścia Z Mroku i Zaprzepaszczonej Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków, oraz nie będzie mi przeszkadzać, że pozostałe płyty będą zakurzone leżały na półce... Szkoda. Wielka szkoda.
A tymczasem szykuję się na koncert Normalsów - już za trochę ponad tydzień, w tym samym miejscu, przynajmniej w tym przypadku wiem, że po zbliżającym się koncercie nie będę miał powodów do napisania podobnej notki. Do usłyszenia!
P.S. Wszystkie zdjęcia autorstwa yakrisa.

27 października 2010

Zwykła rozmowa przez telefon w tramwaju

Zdaję sobie sprawę, że bardzo dawno mnie tu nie było. Zdaję sobie sprawę, że na pewno są ważniejsze tematy do poruszenia, niż ten, o którym pragnę napisać. Dlatego też proszę o cierpliwość - dopiero niedawno udało mi się tak naprawdę ogarnąć samego siebie po powrocie z Valencii, i jak tylko uda mi się całkowicie wyjaśnić moją sytuację na uczelni, to zacznę regularnie pisać i nadrabiać zaległości, bo trzeba przyznać - nagromadziło się ich sporo.
Ale zanim do tego przejdę, opiszę tutaj jedną historię, która przytrafiła mi się... nie, której byłem świadkiem podczas mojej codziennej podróży na wcześniej wspomnianą uczelnię. Jadąc tramwajem, mój wzrok padł na dwudziestokilkuletnią dziewczynę, która rozmawiała przez telefon. Dziewczyna niczym szczególnym się nie wyróżniała, ale nie piszę tutaj, aby ją oceniać, tylko opisać. Niegdyś szatynka, obecnie z zafarbowanymi na ciemny blond długimi włosami z odrostami, średniego wzrostu, czarna kurtka - słowem, dziewczyna jakich wiele, nie będę tutaj aż tak bardzo skupiał się na detalach, bo też nie o to mi chodzi. Moją uwagę zwróciło to, co robiła - rozmawiała przez telefon, ale właśnie tym jak rozmawiała zwróciła moją uwagę. W prawej dłoni trzymała bilet oraz jednocześnie trzymała się nią poręczy, w lewej natomiast trzymała telefon, który miała przytknięty do... prawego ucha. Była bardzo pochłonięta rozmową, podejrzewam, że nawet gdyby coś się wydarzyło na ulicy, nawet nie byłaby tego świadoma. Wyglądało to wszystko na początku dość... normalnie, dopiero po chwili zorientowałem się, dlaczego "coś mi tu nie gra" - właśnie ten dziwny układ rąk, zupełnie jakby nie mogła przyłożyć telefonu do lewego ucha. Dodatkowo, trzymała telefon tak, że kciukiem zasłaniała częściowo obudowę, i na początku rozmowy wyjaśniła, że jej rozmówca może ją słabo słyszeć, bo jest w tramwaju...
Ale dlaczego ta właśnie dziewczyna tak zwróciła moją uwagę? Nie, nie była zupełnie w "moim typie", nie powiedziała też nic niezwykłego. Zacząłem o niej myśleć, bo w myślach posłużyła mi za przenośnię prezentującą swoją postawą, tym jak trzymała zwykły telefon, wielu z nas, zwykłych ludzi. Wielu z nas, zamiast szukać drogi do najprostszego, często najlepszego rozwiązania (czyt. przełożenia telefonu do drugiej ręki, ew. przyłożenia do drugiego ucha) decyduje się na to trudniejsze rozwiązanie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nie widzi prostszego rozwiązania, komplikuje sobie życie, podejmując błędne i dla osoby postronnej być może nawet błędne decyzje. Zamiast zatrzymać się na chwilę, przemyśleć całą sytuację, decydujemy się na rozwiązania trudniejsze, wymagające użycia bardziej zaawansowanych środków, marnujemy nasz czas i energię - często niepotrzebnie. Nie widzimy, że kiedyś już ktoś miał podobną sytuację, lekceważymy doświadczenia innych. Często też sami jeszcze bardziej utrudniamy sobie nasze zadania, tak jak i ona nieświadomie zasłaniała sobie mikrofon. Dopiero kilka przystanków dalej, kiedy zwolniło się miejsce, usiadła i przełożyła sobie telefon do prawej ręki, kończąc moje rozmyślenia... Wiem, że może przesadzam, ale czy naprawdę nie zdarza się Wam mieć podobnych sytuacji? Kiedy nawet nie w jakichś skomplikowanych procesach, ale w najprostszych czynnościach widzicie, jak osoby z naszego otoczenia komplikują sobie wydawałoby się proste życiowe sytuacje... Jak tak odebrałem tę sytuację w tramwaju, i na tyle dało mi to do myślenia, że postanowiłem na ten temat napisać, tak do zastanowienia się, do przemyślenia.

10 marca 2009

Relacja: Coma

Kto: Coma (support: Lemon Dog)
Kiedy: 07.03.2009
Gdzie: Wytwórnia, Łódź

Relacje lecą jedna za drugą, jednak pomiędzy koncertami był tydzień czasu, który spędziłem głównie lecząc swoje zjechane po opisanym wcześniej koncercie Happysadu & Much gardło oraz zdając egzamin językowy z hiszpańskiego na wspaniałą ocenę 4,5 (musiałem się pochwalić ;-) ). Podczas tego tygodnia przerwy przygotowywałem się na koncert Comy, przesłuchując kilkukrotnie Hipertrofię, i patrząc z perspektywy minionego koncertu widzę że nie było to potrzebne działanie. Ale o szczegółach za chwilę...

(fot. M. Kucharczyk)
Najpierw wspomnę kilka zdań o miejscu i organizacji koncertu. Odbył się on w klubie Wytwórnia działającym przy studiu filmowym Toya, byłem tam pierwszy raz po bardzo długiej przerwie, podczas której wyremontowano cały obiekt i nadano mu zupełnie inny wymiar. Zaskoczyłem się bardzo pozytywnie, bo lokal przygotowano perfekcyjnie do pełnienia roli hali koncertowej. Przede wszystkim - RE-WE-LA-CYJ-NA akustyka. Podczas grania zarówno supportu, jak i samej Comy słychać było każdy dźwięk. Pod względem aranżacji dźwięku był to koncert ze ścisłej czołówki w moim osobistym rankingu koncertów.
(fot. Bloo & kASj0)
Dalej kolejne plusy o miejscu koncertu - wysoki strop, dwa rzędy balkonów dookoła sali, rewelacyjne oświetlenie sceny i umiejętne wykorzystanie tego w czasie koncertu. Inną bardzo ważną sprawą dla mnie był zakaz palenia i picia na sali, sam widziałem jak ochroniarze w zdecydowany, ale i grzeczny sposób wyprosili kilka osób z papierosami na zewnątrz, a napić się można było w każdej chwili, ale tylko w cichym barze. Zwróciłem na to uwagę dopiero po powrocie, kiedy to z ogromnym zaskoczeniem odkryłem, że moje ubranie nie jest przesiąknięte dymem nikotynowym jak to zawsze wcześniej bywało.
Kolejną bardzo pozytywną rzeczą było świeże powietrze w sali, w której znajdowało się około dwóch tysięcy ludzi. Ze sprawnym opuszczeniem lokalu także nie było żadnych problemów i to pomimo faktu, że otwarte były tylko wąskie drzwi. Naprawdę mam ogromny podziw dla osoby zarządzającej Wytwórnią, rewelacyjna praca i mógłbym tak wychwalać jeszcze długo.
Ale żeby nie było tak kolorowo, były także uchybienia. Przede wszystkim brak szatni - mnie to problemu nie robiło żadnego, bo nakrycie zostawiłem w samochodzie, ale dla wielu osób był to duży problem, który uniemożliwił zabawę. Drugim negatywem była wysokość sceny, która jest ustawiona po prostu za nisko. Całe szczęście że jestem wysoki i stałem bardzo blisko sceny, dlatego nie miałem problemu z obejrzeniem całego koncertu, ale już osoby średniego wzrostu stojące nawet stosunkowo blisko barierek miały z tym niemały problem.
Ok, dość o samym lokalu, czas przejść do tego, po co ci wszyscy ludzie zgromadzili się w jednym miejscu - koncertu Comy, a przed nim innej łódzkiej kapeli Lemon Dog. Zacznę od supportu właśnie.
Szczerze powiem że sam zespół mnie nie zachwycił, ale także nie rozczarował. W skrócie ich styl mógłbym opisać zbliżonym do Normalsów, ale o wiele mniej zróżnicowani w swej twórczości, jednakowi w każdym kawałku, chociaż nie można im odmówić melodyjności. Występ kapeli Lemon Dog jako support ani na plus, ani na minus. Bywały gorsze supporty, także i przed Comą ;-)
Słuchając w przerwie Nickelback ciągle zastanawiałem się, jak publiczność przywita Comę. Wprawdzie był po drodze jeszcze jeden koncert w Łodzi, ale i tak patrząc na twarze ludzi zgromadzonych w wytwórni widziałem, że przyszli oni posłuchać po-hipertroficznej Comy po raz pierwszy. Zastanawiające było to, że stosunkowo bardzo długo trzeba było czekać, aż publiczność zaczęła wywoływać sam zespół, bo pierwsze okrzyki pojawiły się dopiero po około 20 minutach od zejścia Lemon Doga ze sceny, kiedy większość sprzętu już tylko czekała na muzyków.Ale w końcu pojawili się na scenie, i od samego początku zaskoczyli wszystkich którzy byli na Comie po raz pierwszy tej wiosny. Na scenie pojawił się Piotr Rogucki i zaczął... gotować rosół. Wrzucił do przygotowanego garnka warzywa, kurczaka i chwilę później chłopaki zaczęli koncert.
(fot. M. Kucharczyk)
Mimo wszystko w poprzednim zdaniu słowo "koncert" przyszło mi z trudem. Dlaczego? Bo publiczność była raczej świadkami spektaklu, na który nie miała żadnego wpływu niż pełnego energii i interaktywnego koncertu. Zerowy kontakt z publicznością aż do bisów. To było doskonale zaprogramowane widowisko, z wyświetlanymi na ogromnym ekranie za sceną grafikami, z rewelacyjną grą świateł, ale mimo wszystko - spektakl, nie koncert. Praktycznie dźwięk w dźwięk był to ten sam materiał, który Coma zarejestrowała w studiu. Każdy przerywnik, każdy utwór - to co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie to moment, w którym w czasie grania "Zero Osiem Wojna" na ekranie puszczono teledysk do tego właśnie utworu, który szedł idealnie jednocześnie z tym, co grali panowie z zespołu. Pierwszy raz w życiu widziałem coś takiego, a takich momentów tego wieczora było więcej.
(fot. M. Kucharczyk)
Napisałem że zagrali cały materiał z Hipertrofii, zatem przytoczę setlistę, przerywników nie liczę jako utworów:
- Wola istnienia...
- Lśnienie
- Transfuzja
- Nadmiar
- Trujące rośliny
- Osobowy
- Emigracja
- Zero Osiem Wojna
- Pożegnanie z mistrzami
- Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopców
- Ekhart
- Zamęt
- Widokówka
- Parapet
- Popołudnia bezkarnie cytrynowe
- Cisza i ogień
- Archipelagi
--
- Pierwsze wyjście z mroku
- Tonacja
- System
- Skaczemy
- Zbyszek
Zanim przejdę do ostatnich pięciu utworów to opiszę krótko swoje (i z tego co zdołałem zaobserwować dookoła siebie także wielu innych osób) spostrzeżenie dotyczące samego hipertroficznego repertuaru. Przede wszystkim odczucia co do trzeciej płyty Comy mam takie same jak przed tym koncertem - tak jak pisałem wcześniej w ogóle nie przypadła mi do gustu, a co więcej, uważam że jest po prostu słaba, a podczas jej tworzenia zabrakło choćby jednej takiej osoby (np. od wydawcy), która spojrzałaby na płytę obiektywnym okiem i powiedziała wprost "ten utwór nie wchodzi na płytę", a pewnie nieraz by to zdanie padło. Ale nie ma co gdybać, płyta już dawno ukazała światło dzienne, jednak na koncertach również nie można powiedzieć że ta muzyka broni się sama. Momentami było po prostu... nudno, co jest nawet dla mnie czymś niespotykanym, żeby użyć te dwa słowa - "Coma" i "nudno" - w jednym zdaniu, ale to prawda. Chwilami większą atrakcją niż to co działo się na scenie, zwłaszcza dla męskiej części publiczności (a działo się poza grą świateł niedużo), była dziewczyna na balkonie tańcząca w samym staniku... Widziałem także grymas niedowierzania i zniesmaczenia, kiedy w utworach "Nadmiar", "Osobowy" i "Parapet" gitarzysta Marcin "Kobez" Kobza zamiast grać na gitarze... skreczował.
(fot. Bloo & kASj0)
Podobnie odczucia tyczą się gitary basowej - przed wydaniem Hipertrofii bas był jednym z najważniejszych instrumentów, obecny w każdym kawałku, bardzo wybijał się ponad muzykę. Jako basista zwracam na to szczególną uwagę i podczas tego koncertu na grę basu zwróciłem dopiero przy... "Zbyszku", czyli ostatnim utworze, przy solówce Matuszaka, swoją drogą niesamowitej. Co do samego basisty jeszcze to muszę wrócić do jego wokalu w "Emigracji". Na płycie wykonuje on chórki do śpiewu Roguca, natomiast podczas samego koncertu miał możliwość samodzielnego zaśpiewania i przyznam szczerze że jestem w szoku. Mało kto chyba wiedział, że Rafał Matuszak ma tak rewelacyjny głos... Szkoda tylko że dostał tak niewdzięczny tekst do zaśpiewania, bo "z niewiadomych mi powodów" kiedy rozglądałem się na boki kiedy on śpiewał, nikt więcej nie śpiewał razem z nim "chciałbym homo się stać seksualny". Dodatkowo jeszcze w tamtym momencie te różowe oświetlenie sceny...
Zanim przejdę do bisów, jeszcze tylko kilka komentarzy o tych milszych momentach koncertu. "Trujące rośliny" wypadły, podobnie jak na płycie, rewelacyjnie; "Ekhart" - w końcu przekonałem się do tego utworu; "Popołudnia bezkarnie cytrynowe" - rewelacyjny utwór; "Transfuzja", podobnie jak jeszcze przed wydaniem Hipertrofii, została świetnie zagrana podczas koncertu; i na koniec "Cisza i ogień" - pomimo chorego gardła nie mogłem się powstrzymać i musiałem odśpiewać całość...
Po zagraniu całej płyty panowie zeszli ze sceny i po długim czasie nawoływania pojawili się na scenie i zagrali 5 utworów z pierwszych dwóch płyt. Przyznam szczerze, że zarówno dla mnie, jak i dla ogromnej większości zgromadzonych osób koncert zaczął się dopiero w tym momencie. A i tak nie zagrali skandowanego "Leszka Żukowskiego", "100 tysięcy jednakowych miast" czy "Spadam"...
Wychodząc z koncertu i zaczynając analizę tego koncertu musiałem go porównać z innymi koncertami Comy na których byłem, a "trochę" się tego nazbierało przez 8 lat słuchania tego zespołu. Naprawdę mała grupa osób skakała podczas koncertu, a bywały takie koncerty kiedy choćby bez minuty przerwy wypełniona po brzegi cała sala skakała w rytm muzyki... Ludzie się nudzili lub stali w skupieniu, kontemplując... Nie wiem czy bardziej doświadczeni fani Comy chcą doświadczać takich koncertów. Osoby, które przyszły pierwszy raz na pewno były zachwycone tym koncertem. Cała reszta miała bardzo mieszane uczucia. Podsumuję jednym zdaniem, które znalazłem na oficjalnym forum Comy jako podsumowanie tego koncertu - "koncert udany, naprawdę, ale moje serce biło trochę zbyt wolno. Jednak." Zgadzam się z tym w 100%.
P.S. Więcej zdjęć tutaj i tutaj.

7 grudnia 2008

Okiem widza - XVI Festiwal Plus Camerimage

(fot. Michał Justyna)

No i po XVI Festiwalu Plus Camerimage...

O Camerimage można znaleźć wszystkie oficjalne informacje np. tutaj, ja natomiast skupię się na ocenie tego wydarzenie z punktu widza, przedstawiając kilka opinii, których na oficjalnych stronach festiwalu raczej się nie znajdzie.

Był to już szósty Festiwal Camerimage, na którym byłem i po raz kolejny nie rozczarował mnie, ba, wręcz zachwycił. Jak przystało na prestiżowy i największy na świecie festiwal filmowy poświęcony sztuce operatorów filmowych, tak i w tym roku rozmach imprezy przerósł oczekiwania fanów kina. Przede wszystkim ilość filmów – grubo ponad 200 filmów z całego świata oraz w pełni wykorzystanie wszystkich centrów filmowych – Teatru Wielkiego, multipleksu Silver Screen, kina Charlie oraz Łódzkiego Domu Kultury. Rok temu owszem, projekcje odbywały się we wszystkich tych miejscach, jednak w tym roku napięto grafik do granic możliwości – filmy były puszczane niemal ciągiem z krótkimi przerwami. Jednak trzeba nadmienić, że jedna rzecz się w porównaniu z ubiegłym rokiem nie zmieniła – o Łódzkim Domu Kultury można powiedzieć tyle dobrego, co i złego. Pomimo faktu, że wyświetlano w nim znaczną część repertuaru (m.in. wszystkie filmy w konkursie filmów dokumentalnych), to jakość obrazu i dźwięku odstawała mocno od tego, co można było oglądać i słyszeć w Teatrze Wielkim czy Silver Screenie, w kinie Charlie w tym roku ani razu się nie pojawiłem. Przykład: film „Senność”, podczas którego nagle zniknął dźwięk...

Z innych wpadek organizatorskich trzeba nadmienić największą z nich podczas projekcji filmu „Tulpan” z autorką zdjęć Jolantą Dylewską. Film, mimo iż produkcji niemiecko-polskiej, jest rosyjskojęzyczny. Spore zaskoczenie na widowni wywołał fakt, że... nie pojawiły się napisy. Po 10 minutach film przerwano na kilkanaście minut w celu naprawienia usterki, ale to co wydarzyło się w trakcie tego czasu sprawiło, że upewniłem się dlaczego ten festiwal powinien się odbywać i to właśnie w Łodzi. W czasie tej wymuszonej przerwy najpierw na scenę wyszedł Michał "Lonstar" Łuszczyński, od lat główny prowadzący i tłumacz imprezy (o którym jeszcze więcej poniżej) i przeprosił publiczność za tę nieprzyjemną niespodziankę, po czym na scenę weszła autorka zdjęć, pani Jolanta Dylewska, która łamiącym się głosem powiedziała, że ten film należy traktować jako jeden ciągły akt i wobec zaistniałego problemu wycofuje ona film z konkursu... I kiedy ona ledwo co mogła powstrzymać się od łez, reakcja publiczności sprawiła że poczułem się dumny z tego, że ten festiwal ma miejsce w Łodzi. Jedno głośne „Nie!” od widowni, wyjście p. Marka Żydowicza (pomysłodawcy i dyrektora festiwalu od początku jego istnienia) przeprosiny i podziękowanie dla publiczności... Piękna scena, naprawdę. I choć film przyznam szczerze mocno mnie rozczarował, to i tak dla takich scen warto było zjawić się w Teatrze Wielkim.

Inną chwilą, której wcześniej nie doświadczyłem przez tyle lat festiwalu, były owacje na stojąco dla filmu „Slumdog Millionare” aż do końca trwania napisów końcowych. Przyznam szczerze, dawno nie widziałem tak fantastycznego filmu, może sam koniec filmu owszem, przypomina typowe bollywoodzkie kino, ale tuż po obejrzeniu tego filmu nie miałem wątpliwości kto zdobędzie Złotą Żabę w konkursie głównym festiwalu, i tak też się stało. „Slumdog Millionaire” był poza wszelką konkurencją, gorąco polecam obejrzeć ten film.

A propos widowni, i w tym roku należą się jej wielkie pochwały. Każdy film był doceniany brawami, sale były bardzo często zajęte do ostatniego miejsca, widać było że widzowie przeżywają ten festiwal nie mniej niż twórcy, którzy przyjechali na ten festiwal do Łodzi. Właśnie, do miasta Łodzi... Jak powszechnie wiadomo, Łódź może pochwalić się najlepszą szkołą filmową w Polsce, która wydała na filmowy świat takich reżyserów jak m.in. Andrzej Wajda, Roman Polański, Krzysztof Kieślowski, Krzysztof Zanussi, Stanisław Bareja, Piotr Trzaskalski, Jerzy Skolimowski, nie zapominając o aktorach: Janusz Gajos, Małgorzata Foremniak, Cezary Pazura, Zbigniew Zamachowski, Jan Machulski, Agnieszka Dygant i wielu innych... Podczas Ceremonii Otwarcia tegorocznego festiwalu, na sam koniec ceremonii nie obyło się bez zgrzytu. Na scenie pojawił się Marek Żydowicz, który powiedział:

"Jesteśmy coraz lepsi, gala jest coraz krótsza. A teraz z Lonstarem będziemy się Państwu starali coś wytłumaczyć. Kraków ma Andrzeja Wajdę, który przekonał Japończyków, by wybudowali Centrum Manggha. Łódź ma wielu przyjaciół, jednym z nich jest David Lynch. Wielu z nich widzę tu na sali. Jest tu wielu przyjaciół z Rady Miasta, którzy popierają festiwal Plus Camerimage. Ale Łódź ma również pecha. Ponieważ leży w specyficznym, biednym regionie. Do tego stopnia biednym, ze władze regionu nie potrafią albo nie chcą pomóc w budowaniu Centrum Festiwalowego. Będę się przez ten tydzień zastanawiał, czy festiwal ma jeszcze rację bytu, nawet nie w innym mieście, ale w ogóle."

Przykre słowa, ale prawdziwe. Łódź kandyduje do miana Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku, a zabija się takie inicjatywy jak wybudowanie Centrum Festiwalowego, które może stać się wielką szansą Łodzi na rozwój, na przyciągnięcie inwestorów, na nowe miejsca pracy. Pozostaje mieć nadzieję, że zarówno prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki (o którego kompromitacji podczas Ceremonii Otwarcia nawet szkoda mi czasu pisać), jak i inni włodarze mojego miasta pójdą po rozum do głowy i zmienią swoje podejście. Podobnie mam nadzieje, że pan Marek również zmienił swoje podejście na nieco bardziej przychylne po chwilach takich jak podczas przerwy w filmie „Tulpan” - Łódź jest filmowo naprawdę wyjątkowym miastem i szkoda, gdyby ponownie trzeba było przenosić festiwal do innego miasta.

Mam świadomość, że w tej notce może panuje lekki chaos, ale jeszcze tylko dwie uwagi. Pierwsza z nich to niestety krytyka tegorocznej oprawy festiwalu.
Z całym szacunkiem dla twórcy, który zaprojektował ten layout – moim zdaniem jest on tragiczny. Rozumiem, że nie dało się osiągnąć ubiegłorocznego, jubileuszowego wzoru, ale żeby tak okaleczyć festiwal? Co on w ogóle przedstawia? W poprzednich latach owszem, może i projekty nie były piękne, ale też ani razu nie słyszałem tak wielu krytycznych opinii co w tym roku.

Druga uwaga to już pochwała dla osoby prowadzącej praktycznie cały festiwal, Michała Lonstara, odpowiedzialnego za tłumaczenie „na żywo” wypowiedzi polskich artystów na język angielski i vice versa. Ile ten człowiek znaczy od lat dla tego festiwalu niech sama za siebie mówi sytuacja wręczenia nagrody za Wybitne Osiągnięcia w Filmie Dokumentalnym dla Kazimierza Karabasza. Ten starszy artysta po odebraniu nagrody z rąk Bogdana Zdrojewskiego, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, przemawiał długo, kilka minut, a tuż przed nim przemawiał jeszcze Minister – Lonstar nie miał okazji w międzyczasie tłumaczyć. Przyznam, że pod koniec podziękowań p. Karabasza nie miałem pojęcia jak zaczął on swoje przemówienie, a co dopiero słowa ministra Zdrojewskiego, jednak w tym momencie praktycznie każdy na sali przeżył szok, kiedy Lonstar zaczął tłumaczyć obie wypowiedzi, przytaczając naprawdę każde zdanie. Coś niesamowitego, nawet współprowadząca z nim ceremonię Hanna Lis musiała pochwalić pamięć kolegi.

(fot. Michał Justyna)

I na sam koniec pozostaje mi życzyć wszystkim fanom sztuki filmowej jednego - do zobaczenia za rok (oby) w Łodzi na XVII Festiwalu Camerimage!

30 listopada 2008

RAIN

Druga recenzja, tym razem nie płyty, ale koncertu, a nawet cyklu koncertów. Pomimo szczerych chęci jednak i tym razem ciężko mi obiektywnie zrecenzować to wydarzenie - cykl koncertów RAIN w łódzkim klubie Luka. Ciężko mi recenzować do końca obiektywnie nawet nie z powodu bliższej znajomości z główną organizatorką koncertu, co faktu że chcąc nie chcąc w pewien sposób i ja zaangażowałem się w przygotowania do tego wydarzenia. Ale pomimo to, tak jak i w poprzedniej recenzji, postaram się o jak najobiektywniejsze spojrzenie.
RAIN był cyklem trzech koncertów, które począwszy od 13. listopada co czwartek odbywały się w łódzkim klubie Luka. Każdego wieczora szansę zaprezentowania się dostawały trzy zespoły prezentujące często zupełnie inne style muzyczne, ale właśnie o to chodziło podczas tej imprezy – akronim RAIN powstał od Rock Alternatywa Indie Numetal. Zespoły prezentowały zróżnicowany poziom – od starych wyjadaczy po zjadanych przez tremę początkujących muzyków – ale pomimo to nie można powiedzieć, że któryś z zespołów zawiódł publikę... no właśnie, publikę, największy problem wszystkich trzech koncertów. Poza pierwszym koncertem dawna sala nieistniejącego kina Zachęta przerobiona na klub muzyczny świeciła pustkami – poza pozajmowanymi stolikami rzadko można było ujrzeć kogoś pod sceną, nawet gdy muzyka ledwo co pozwalała wytrzymać w miejscu. Wielka szkoda.
Na pierwszym koncercie zaprezentowały się zespoły Changes, Spine i Coffee Radio. Nie ukrywam, że poza Spine'm, który ma już wyrobioną markę w Łodzi, o pozostałych dwóch zespołach nie słyszałem nawet, ale jak to się mówi po takich koncertach – shame on me.

Zespół Changes z Łodzi i Zgierza zaskoczył mnie przede wszystkim... składem. Niczego nie ujmując reszcie zespołu, naprawdę rzadko zdarza się, aby na jednej z gitar występowała osoba płci pięknej, a gdy jeszcze za mikrofonem staje druga przedstawicielka owej płci może z tego wyjść tylko coś dobrego, i tak było tym razem. Dobrze zapowiadająca się młoda kapela z uzdolnionymi, pełnymi energii muzykami – mam nadzieję, że w przyszłości będą dalej grać i występować, bo choć nie są bardzo doświadczoną kapelą, to kiedy słuchałem ich utworów i patrzyłem na nich, pełnych energii na scenie, odniosłem wrażenie, że jedyne czego brakuje tej kapeli to więcej ogrania, bo pomysłów mają pewnie mnóstwo. Mam nadzieję że przyszłość potwierdzi moje przewidywania, bo solidnych, grających dobrego rocka kapel nigdy za mało.

Kolejną kapelą był dobrze znany w Łodzi Spine. Nie ukrywam, że tego wieczora czekałem przede wszystkim na ich występ i nie zawiodłem się. Chłopaki zagrali świetnie, prezentując przede wszystkim utwory dobrze znane już łódzkiej publice, która bawiła się wybornie. Godzinny set minął błyskawicznie i aż żal, że zespół nie wyszedł ponowne na bisy. Pisząc o Spine nie mogę nie napisać jednej bardzo ważnej uwagi – po koncercie Maciej „Mac” Wdowiak zaprezentował swoje niesamowite umiejętności beatboxerskie, ale nawet pomimo tego nie potrafię zmienić swojego odczucia, że korzystniej dla Spine'u wyszłoby, gdyby główna rola wokalisty pozostała w rękach, a raczej gardle Pawła „Łany” Wankiewicza, któremu umiejętności wokalnych mógłby pozazdrościć niejeden zawodowiec. Wystarczy posłuchać utworów „Ja”, „Nieważne” z EP-ki Nowe uderzenie czy największego dotychczas przeboju zespołu, utworu „Sueno”, aby wyrobić sobie podobne zdanie.

(fot. Piotr "Gruby" Milczarek)
Na koniec na scenie pojawił się zespół Coffee Radio, także z Łodzi. Słuchając tego zespołu trudno nie zauważyć bardzo silnych wpływów muzyki brytyjskiej. Krótkie, żywiołowe kompozycje przeplatane konferansjerką wokalisty sprawiły, że publika została do samego końca koncertu. Pomimo stosunkowo niewielkiego doświadczenia scenicznego chłopaki zagrali jak zawodowcy, i mam nadzieję, że i w ich przypadku wyniknie z tego coś poważniejszego... Ale mają jeszcze czas.
Opisując bardziej generalnie pierwszy koncert z perspektywy czasu trzeba nadmienić, że przyszło na niego najwięcej ludzi – nie dociekam czy była to kwestia większej liczby znajomych tych zespołów czy też może skuteczniejszej promocji koncertu, ważne że po pierwszym koncercie można było mieć powody do optymizmu.
Drugi koncert 20. listopada był dniem zespołów Anima, Humanick i Ultima. Pierwszy z wymienionych nie zachwycił, ale też nie było najgorzej. Można było niestety zauważyć, że był to dopiero drugi koncert w historii kapeli, co było widać przede wszystkim przez ogromne zdenerwowanie podczas tego występu. Jednak na usprawiedliwienie można dodać, że zespół ten składa się z bardzo młodych muzyków i jestem pewny, że jeszcze w przyszłości u nich usłyszymy, ale do tego przed zespołem Anima jeszcze długa droga, przede wszystkim w tworzeniu nowego, bardziej urozmaiconego materiału – kompozycje, które mogliśmy usłyszeć na RAIN były owszem, zagrane poprawnie, ale jednak w kwestii różnych „udziwnień”, wplecenia dodatkowych elementów, które podniosłyby jakość muzyki wypadło to blado.

(fot. Piotr "Gruby" Milczarek)
Drugą kapelą tego wieczoru był zespół Humanick z Koluszek, moim skromnym zdaniem najlepsza kapela dnia. Pomimo iż oficjalnie zespół istnieje dopiero od roku, to wyraźnie po ich zachowaniu i pewności na scenie widać było, że składa się z doświadczonych muzyków. Równy, hardrockowo-metalowy materiał, który miał jedną tylko wadę – wszystkie utwory były na podobnym poziomie, ciężko było wybrać chociażby jeden wyróżniający się utwór, jeśli nie liczyć coveru „I'm so excited”, w którym aż prosiło się, żeby Kinga Bartczak, wokalistka grupy, weszła na wyższe rejestry swojego głosu. Dużym plusem było bogate instrumentarium muzyków – czasem wpleciony orientalny motyw, czasem dobre solo na gitarze. Nie da się jednak pisząc o tym zespole nie odnieść wrażenia, że muzycznie jest to zespół bliski zespołom typu Closterkeller. Duży plus zdobyli u mnie faktem, że po ich występie można było dostać ich najnowsze demo.
Na sam koniec na scenie pojawił się zespół Ultima z Piotrkowa Trybunalskiego. Mam bardzo mieszane uczucia po tym koncercie z powodu zmiany w składzie zespołu w środku koncertu. Na chwilę obecną nie wiem kto śpiewał przez pierwszą część koncertu a kto w drugiej, ale wyszło to bardzo niekorzystnie dla całego występu. Dlaczego? Ponieważ pierwsza część była bardzo dobrze zagrana, ciężkie melodie i zawodowy wokalista sprawili, że publika bawiła się więcej niż dobrze. Natomiast po kilku utworach nastąpiła zaskakująca zmiana i za mikrofonem zameldował się inny osobnik i można śmiało powiedzieć, że zburzył cały dotychczasowy pozytywny wizerunek tego występu. Jeśli to jest nowy wokalista zespołu, to radzę chłopakom poszukać jeszcze raz, bo ten, który prezentował się do końca występu był po prostu fatalny – nieczysty głos, źle dobrana skala, nieudane próby growlingu/krzyku – chyba nie o to chodziło. Mnie osobiście występ Ultimy nie przekonał, zwłaszcza wspomniana druga część występu.

(fot. Piotr "Gruby" Milczarek)
Patrząc całościowo na drugi koncert z cyklu można mieć duże zastrzeżenia co do wyboru zespołów tego dnia. Wszystkie były spoza Łodzi, a wiadomo, że większą część publiki dla takich zespołów stanowią, nie oszukujmy się, znajomi, którzy tego dnia nie dopisali w dużej liczbie.
I przed nami ostatni koncert z cyklu – 27. listopada, pierwszy występował zespół The Washing Machine z Łodzi. Przyznam, że nie był to mój pierwszy koncert tego zespołu na jakim byłem i także tym razem się nie rozczarowałem, choć nie było mi dane z powodów organizacyjnych wysłuchać całości występu. Gitary inspirowane nową falą brytyjskiej muzyki, żywiołowa perkusja niczym Arctic Monkeys, wyrazisty bas i charyzmatyczny wokalista – przy takim połączeniu naprawdę ciężko było usiedzieć w miejscu. Świetny koncert. Pod koniec panowie zagrali instrumentalnie i trzeba powiedzieć, że umiejętności mają naprawdę niemałe, podobnie jak szanse na przebicie się do szerszego grona odbiorów, czego szczerze zespołowi życzę, choć patrząc po ilości koncertów oraz ich lokalizacji (trasa po UK, występ w Studiu A. Osieckiej w Programie III Polskiego Radia, występ na festiwalu w Jarocinie) chyba to już staje się faktem.
Jako drugi zaprezentował się zespół Sickbag z Tomaszowa Mazowieckiego. Przyznam się na wstępie, że po usłyszeniu ich pierwszego utworu nie stałem się od razu ich fanem. Modne ostatnio połączenie ciężkich riffów z rapowanym wokalem to nie jest dla mnie ulubione połączenie, zwłaszcza kiedy słaba akustyka sali nie pozwala na usłyszenie wyraźnie o czym wokalista śpiewa. Jednak dalej już było pod tym względem lepiej. Cover Green Day - „When I come around” wypadł naprawdę dobrze, co zmyło w dużej mierze mylne wrażenie o tym zespole po pierwszym utworze. Kolejne utwory coraz bardziej tworzyły pozytywne wrażenie tego występu, zwłaszcza utwór „Szklanka” (?), w którym ciekawa kompozycja oparta na wyrazistej perkusji świetnie potęgowała narastające napięcie utworu. Kolejnych wyraźnym punktem był utwór „Norvesky”, później jeden z lepszych utworów grupy - „Wiele prawd” z gościnnym udziałem Moniki Kalmus z zespołu Dive oraz długo wyczekiwany przez fanów grupy, zagrany na bis utwór „Goła Jola”, prezentujące szeroki zakres możliwości muzycznych tej grupy. Przykuwająca uwagę była na pewno puszczana w tle prezentacja, opisująca dokonania zespołu oraz styl muzyków, którzy mają za sobą już ponad setkę koncertów, także na wielkich imprezach, jednak jedna rzecz wyglądała odrobinę śmiesznie – mówienie „Dzięki Łódź!” po każdym utworze owszem, ma swój cel gdy gra się dla setek fanów, którzy przyszli na koncert, a nie dla garstki kilkudziesięciu osób zebranych na sali...
Zaraz po Sickbag na scenie miał stawić się zespół Ahead z Łodzi, jednak ku zaskoczeniu wszystkich już w trakcie (!) występu poprzedniej kapeli zaczęli oni rozmontowywać ustawioną na scenie perkusję a następnie zadeklarowali się, że „o tej porze to my już powinniśmy schodzić ze sceny, a nie zaczynać”. Wielce rozczarowujące zachowanie, zwłaszcza że ani pora nie była późna zważywszy że przed nimi grały dwie inne kapele (było to przed godziną 23:00), a także brak szacunku dla osób, które przyszły i zapłaciły za wejście także na ich koncert, zwłaszcza że chyba nikt poza zespołem nie wiedział o co tak naprawdę im chodzi. Ale cóż, zachowanie i takich „gwiazd rocka” się zdarza i nie da się temu zaradzić.
(fot. Piotr "Gruby" Milczarek)
Gdyby pominąć kwestię zespołu Ahead to cały koncert trzeba by ocenić bardzo pozytywnie. Zarówno The Washing Machine, jak i Sickbag to zespoły prezentujące bardzo wysoki poziom i tylko szkoda że zespół Ahead do tego poziomu się nie dostroił swoim zachowaniem.
Warto także nadmienić, że na okazję cyklu RAIN wydana została sumptem organizatorki składanka RAIN, na której można znaleźć utwory wszystkich wykonawców, którzy wzięli udział w tym projekcie. Oprócz tego można było także dostać od zespołów ich EP-ki, ja sam stałem się szczęśliwym posiadaczem płyt zespołów Humanick, Sickbag i Ultima.
Na zakończenie chciałbym pochwalić organizatorkę cyklu RAIN, Anię Zawadzką, która poświęciwszy czas z pomocą sponsorów stworzyła wyżej wymienionym zespołom szansę na zaprezentowanie się publiczności – niektóre zespoły tego potrzebowały bardziej, innym na tym niekoniecznie zależało, ale nie da się ukryć, że tego typu imprezy są Łodzi potrzebne i oby było ich jak najwięcej.
A na sam koniec życzę Ani żeby nie zrażała się nie do końca satysfakcjonującą ilością publiki, która przyszła na koncerty i dalej realizowała swój pomysł. Warto mieć pomysł na siebie i go konsekwentnie realizować.