Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Villa David. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Villa David. Pokaż wszystkie posty

16 maja 2010

Jeden z najsmutniejszych dni na Erasmusie...

...a wszystko przez futbol.
Zacznę może od małego wstępu. Kiedy wiele lat temu, paradując jeszcze wtedy w koszulkach Juventusu i Borusii Dortmund, ja i mój brat zaczynaliśmy interesować się piłką nożną, nasi rodzice nie przypuszczali, że kilkanaście lat później dla jednego z nas jednym z najsmutniejszych dni w życiu (wybacz Braciszku jeśli przesadziłem) będzie odejście trenera pewnego klubu do innego, a dodatkowo obaj będą prawie co tydzień jeździć na mecze w Anglii i Hiszpanii, pracując jednocześnie dla piłkarskich e-zinów.

Ale tak właśnie się stało, i dziś, pomimo faktu iż dzień minął po prostu fenomenalnie, to dzięki ostatniej kolejce hiszpańskiej Primera Division na skutek przytłaczającej ilości wydarzeń ogarnął mnie ogromny smutek. Wiadomo, w futbolu już tak musi być - aby ktoś wygrał, ktoś musi przegrać. Byłem dzisiaj na Mestalli, oglądając pojedynek Valencii z Tenerife. Ci pierwsi grali tylko o godne pożegnanie z kibicami, dla niektórych piłkarzy było to pożegnanie szczególne, ale o tym za chwilę. Ich rywalem był zespół, który potrzebował zwycięstwa, aby po raz pierwszy od kilkunastu lat utrzymać się w najwyższej klasie rozgrywkowej. Niespodzianki jednak nie było, i po golu w doliczonym czasie gry to Nietoperze wygrały ten mecz, posyłając rywali do drugiej ligi. Najsmutniejsze było to, co wydarzyło się chwilę wcześniej, i chwilę potem. Kilka minut wcześniej trener zdjął z boiska Davida Villę, żywą legendę klubu, najlepszego strzelca ostatnich dekad nie tylko w klubie, ale także w reprezentacji. 166 goli w 274 meczach klubu i 36 goli w 55 meczach kadry uczyniło z niego najjaśniejszą gwiazdę tego klubu, i kiedy dziś schodził z boiska każdy z wypełnionego po brzegi stadionu zdawał sobie doskonale sprawę, że jest to ostatni mecz tego gracza na Mestalli. Szedł powoli do linii końcowej, sędzia zdając sprawę co się dzieje nie poganiał zawodnika. Tak ogłuszających braw nie słyszałem od dawna, a co miało się okazać - następna okazja była już kilkanaście minut później. Ruben Baraja zagrał dziś ostatni mecz w barwach Nietoperzy i pożegnanie Valencii z kibicami po tym sezonie stało się tak naprawdę pożegnaniem jednego aktora, wieloletniego kapitana drużyny. 10 sezonów, 355 meczy, zdobywca obydwu mistrzostw Hiszpanii w ostatniej dekadzie (po 30-letniej przerwie), Pucharu Króla, Pucharu UEFA i Superpucharu Europy - Baraja był symbolem tych wszystkich triumfów, i odchodząc (a raczej będąc zmuszonym do odejścia, ponieważ klub nie przedłużył z nim kontraktu jako piłkarzem, oferując inną posadę) sprawił, że wielu kibiców poczuło, że właśnie zakończyła się pewna era. Runda dookoła boiska na barkach kolegów, płynący z głośników hymn klubu, oklaski na stojąco strwające kilka długich minut - tak, ten piłkarz zasłużył na takie pożegnanie. Jak wiele znaczył ten piłkarz dla tego klubu niech poświadczy dziewczyna, która stała obok mnie kiedy to się działo - miała na sobie koszulkę Valencii z sezonu 2000/01, kiedy to Baraja przybył do klubu, z jego właśnie nazwiskiem, i łzy ciekły jej po policzkach prawie strumieniem. Tak, tyle ten jeden człowiek znaczył dla tych tysięcy zebranych na stadionie i kibicującym Nietoperzom w innych miejscach. Patrząc na to wszystko, co dzieje się przed moimi oczami, uświadomiłem sobie, że tylko prawdziwy kibic piłki nożnej jest w stanie doświadczyć czegoś takiego, jak tych 55.000 ludzi zebranych na stadionie.
Drugi czynnik smutku to zespół Tenerife. Patrząc na ich kibiców, tak licznie zgromadzonych na Mestalli, którzy przybyli tysiące kilometrów z Wysp Kanaryskich, aby być świadkami jak ich zespół utrzymuje się w Primera Division - naprawdę, chciałem aby Valencia przegrała ten mecz. Dopingowali swoich bez przerwy, i kiedy w 93' Alexis strzelił zwycięską bramkę dla Valencii, oznaczającą spadek Tenerife do Segunda Division, całkowicie zrozumiałem ich rozpacz. i żałowałem, że nie myliłem się, kiedy prorokowałem wczoraj kto spadnie. Po końcowym gwizdku piłkarze ze łzami w oczach schodzili z boiska, ja natomiast po meczu widziałem twarze kibiców. Pusty wzrok, załamanie, na wielu twarzach kibicek ślady po rozmazanym makijażu, wielu nawet kilkadziesiąt minut po końcowym gwizdku ciągle płakało. Nikt nic nie mówił. A to nie był koniec smutku na ten dzień...
Po meczu udałem się do przystadionowego baru, aby upewnić się, że FC Barcelona wygrała z Realem Valladolid i zdobyła zasłużony mistrzowski tytuł. Jednak to co innego najbardziej na mnie wpłynęło - twarze piłkarzy rywala Barcy, dla których porażka, podobnie jak dla Tenerife, oznaczała spadek. Twarz ich trenera, Javiera Clemente, tak zasłużonego człowieka dla hiszpańskiej piłki, wyrażała totalny smutek, żal, bezradność... Był naprawdę bliski płaczu, nie reagował już tak naprawdę na to co dzieje się na boisku. A pikarze znieśli to jeszcze gorzej - leżeli na boisku z twarzami ukrytymi w dłoniach, nie chcąc patrzeć jak obok nich cały stadion cieszy się z mistrzostwa. Ktoś musiał spaść, niestety, trafiło akurat na nich - zarówno Tenerife, jak i Valladolid do utrzymania zabrakło jednego punktu. Nawet nie jedno zwycięstwo więcej. Jeden remis.
I ostatni, najbardziej personalny czynnik. Przez cały ten sezon 2009/10 byłem wielokrotnie na Mestalli, pełną listę można znaleźć po prawej stronie. Zżyłem się z tym klubem, żżyłem się z tymi ludźmi dookoła, o czym w materialnym sensie mogą świadczyć koszulki, szaliki i flaga klubu w szafie oraz inne rzeczy, porozwieszane po pokoju. Kiedy stałem obok płaczącej kibicki, ludzie oklaskami żegnali swoich bohaterów, a z głośników leciał hymn "Amunt Valencia!"... Tego się nie da opisać. Trzeba być kibicem piłki nożnej, żeby TO poczuć. I druga sprawa - dla mnie koniec sezonu to coś symbolicznego. Zaczęło się odliczanie rzeczy z określeniem "ostatni". Koniec Erasmusa coraz bliżej.

20 listopada 2009

W cieniu wielkiego sąsiada

Oglądając niedawny pogrom w meczu Austria - Hiszpania, po raz kolejny życzyłem sobie, aby to reprezentacja Polski grała w takim stylu jak wczoraj España. Nieważne jaka ekipa stanęłaby przeciwko Hiszpanii - żadna ekipa na świecie nie byłaby w stanie wygrać z tak grającą drużyną gości. Nie chcę usprawiedliwać Austryjaków ani szukać wymówek, że może gdyby nie czerwona kartka w pierwszej połowie to mecz wyglądałby inaczej - Fabregas, Villa, Xavi, Iniesta, Ramos i spółka grali futbol na najwyższym poziomie i tylko dzięki szczęściu i egoizmowi niektórych graczy (m.in. Silvy w pierwszej połowie oraz uniknięciu dwóch bramek samobójczych) Austria może się cieszyć że skończyło się tylko na 1-5. Z kolei dziwię się Del Bosque, że zostawił na placu gry Fabregasa (Arséne Wegner gdyby oglądał mecz Hiszpanii to pewnie rwałby o niego włosy z głowy, zamiast tego pewnie oglądał jak jego rodak Thierry Henry po raz kolejny rozpoczyna burzliwą dyskusję nad powtórkami telewizyjnymi w trakcie meczu) oraz że zdjął z placu Villę, który prawdopodobnie ustrzeliłby hat-tricha i jeszcze bardziej zbliżyłby się do pozycji najlepszego strzelca w historii Hiszpanii - w wieku 27 lat zaliczył 55 występów i strzelił 35 goli w kadrze (2. miejsce za Raúlem - 102 występy i 44 gole)...
(David Villa świętuje swojego pierwszego gola przeciwko Austrii)
Bilans Hiszpanii 2007-... : 44 mecze, 40 zwycięstw, 3 remisy, 1 porażka, bilans bramek 104-22, i moim zdaniem to nie Christiano Ronaldo, nie Lionel Messi, ale Cesc Fabregas jest obecnie prawdopodobnie najlepszym piłkarzem świata... Szczerze zazdroszczę Hiszpanom.
Ale chciałem pisać o czymś innym - o związkach futbolu z polityką w Hiszpanii. Pierwszym oczywistym przykładem jest Real Madryt i generał Franco i późniejsza wojna z FC Barceloną, ale wiele innych klubów także ma zapisaną w historii niechlubną kartę pozaboiskowej gry. Jednym z takich przykładów jest miasto Valencia i grające tam kluby - Valencia Club de Fútbol i Levante Unión Deportiva. Od lat zwykło się uważać (zgodnie z prawdą), że to klub z Mestalli jest największym i najbardziej załużonym przedstawicielem tego miasta, jednak mało kto wie, że bez wybitnej pomocy polityków, większość z tych sukcesów nigdy nie zostałaby osiągnięta, jak chociażby dwa kolejne finały Pucharu Europy, przegrane z Realem Madryt i Bayernem Monachium. Jednak wracając jeszcze głębiej do historii - rywalizacja Valencii z Levante zaczęła się już od chwili powstania klubu z Mestalli w 1919 roku, 10 lat po powstaniu Levante UD. Od samego początku klub to Nietoperze (przydomek Valencia CF) zaczęły gromadzić więcej kibiców, a przez to także i lepszych graczy i szybko wyprzedził Żaby (przydomek Levante UD) pod względem ważności w regionie, a jej uczestnictwo w rozgrywkach Pucharu Hiszpanii w roku 1923, jako pierwszego klubu w regionie, tylko ten status potwierdziło.

Przełomową datą był właśnie rok 1923 - to wtedy ówczesny prezes Valencia CF, Ramón Leonarte, podpisał dokument, na mocy którego kupiono tereny pod budowę powstałego w styczniu 1923 roku Estadio Mestalla. Kwota zapłacona za gruny w tamtym okresie była astronomiczna - 316.439 peset, jednak co warte podkreślenia ogromna większość środków pochodziła z pożyczek, w większości poręczonych przez miasto. Dziś sytuacja się powtarza - Valencia znajduje się już bliżej końca niż początku budowy nowego stadionu, o którym pisałem w poprzedniej notce. Nou Mestalla także powstaje z pożyczek, które wpędziły klub w ogromne długi, porównywalne z kłopotami Arsenalu po budowie Emirates Stadium.

Ale przenieśmy się na moment na północ Valencii, do Levante. Przez wiele lat klub miał problemy finansowe, ale jakakolwiek pomoc ze strony miasta nie wchodziła w grę, ponieważ to inny klub był "oczkiem w głowie" włodarzy. Aby ratować się przed likwidacją, klub połączył się z innym miastem regionu, Gimnástico, i w 1942 roku otrzymał aktualną formę. Jednak nie można było mówić o żadnej wojnie pomiędzy klubami - aż do roku 1969 obie ekipy grały na powstałej 10 lat wcześniej "starej" Mestalli i dopiero budowa Estadi Ciutat de València (aktualnego stadionu Levante) trwale oddzieliła obydwa kluby. Kto wie, czy gdyby nie inne koleje losu Valencia nie doczekałaby się tandemu godnego Interu i Milanu?

Oba kluby przez następne dekady radziły sobie wg. możliwości. Levante głównie lądowało w środku Segunda División, grając 5-krotnie w najwyższej klasie rozgrywkowej (najwyższe miejsce - 10., notując swoje najwyższe zwycięstwo w Primera División 5-1 z... FC Barceloną, 1964/65). Natomiast gdyby nie spadek w sezonie 1985/86, Valencia znalazłaby się obok Realu Madryt, FC Barcelony i Athletic Bilbao w gronie klubów, które nigdy nie spadły do drugiej ligi. Roczny pobyt w Segunda mobilizująco wpłynął na 4. najlepszą drużynę Hiszpanii w historii i już nigdy więcej nie zaliczyła ona pobytu w niższej klasie rozgrywkowej. I tutaj dochodzimy właśnie do punktu zwrotnego w naszej historii, który na trwałe podzielił Valencię na część Levante UD i część Valencia CF.

Początek lat 80. XX wieku w Hiszpanii to także początek kryzysu, który dotknął całą gospodarkę Hiszpanii, w tym także kluby piłkarskie. Valencia CF zapłaciła degradacją do Segunda División, Levante również znalazło się na krawędzi bankructwa i spadku do Segunda B (trzecia liga). Jednak wtedy zdarzył się przełom - politycy sprawujący władzę nakłonili bogatych sponsorów do pomocy, a ci postanowili wyłożyć miliony peset na pokrycie długów Valencia CF oraz na zakup nowych piłkarzy, którzy mieli przywrócić klub na jego prawowite miejsce w Primera Division. Cel udał się już po roku, jednak mniejszy brat - Levante UD - zostało pozostawione ze swoimi długami i problemami same sobie, co zakończyło się 8-letnią tułaczką tego klubu po boiskach trzeciej ligi, jednym z najgorszych okresów w historii klubu. Podczas gdy Valencia wstępowała na drogę do największych sukcesów klubu w historii (Puchar UEFA, mistrzostwa Hiszpanii), Levante systematycznie odbudowywało się i w końcu osiągnęło swój cel - w sezonie 2004/05 awansowało do Primera División, z której spadło sezon później.

(Valencia CF świętuje zdobycie mistrzostwa Hiszpanii, 2004)

Nie oznacza to jednak, że Levante całkowicie wyszło z problemów. Aktualnie sponsorem głównym klubu jest... Generalitat Valenciana, czyli Urząd Miasta Valencii - nie udało się znaleźć żadnego innego sponsora, a po kolejnym sezonie w Primera w sezonie 2006/07 klub spadł z niej sezon później z jeszcze większymi kłopotami ogranizacyjnymi. Sezon ten musiał się tak zakończyć: w połowie sezonu miało przerażający bilans: 19 meczów, 8 punktów, 9 punktów straty do przedostatniego Deportivo La Coruña, bilans bramkowy 11-35, brak strzelonego gola w przeciągu ubiegłego miesiąca (!), najdłuższa seria zwycięstw - jedno, najdłuższa seria bez porażki - jeden mecz, najdłuższa seria porażek - osiem, najlepszy strzelec Włoch Christian Rigano strzelił na półmetku sezonu cztery bramki, w dodatku trzy z nich w wygranym 3:0 meczu z Almerią, ale inaczej nie mogło to wyglądać, kiedy każdy bez wyjątku uciekał z tonącego okrętu. Polecam lekturę ciekawego artykułu, że nie tylko w Polsce może dochodzić do takich anormalnych sytuacji, ale nawet w ekipie, w której grali tacy piłkarze jak Sávio, Szota Arweładze, Lauren Robert, a wiele lat wcześniej Johan Cruyff. Jeśli dodać to tego ogromne kłopoty finansowe, które zmusiły klub do sprzedaży stadionu miastu w zamian za częściowe umorzenie długów, kształtuje się nam obraz totalnej katastrofy.

W tym samym czasie zupełnie inne nastroje panowały w drugim klubie Valencii. Klub może nie zdobył kolejnego tytułu mistrza Hiszpanii, ale miasto w 2006 roku zgodziło się na plany budowy nowego stadionu, co wywołało prawdziwą aferę. Jak się później okazało, radni zasiadający w komisji decydującej o zgodzie na budowę stadionu (a konkretniej przedstawiciele Partido Popular, rządzącej partii), doskonale wiedzieli, że Valencia CF nie posiada wykupionych wszystkich terenów, na których miał powstać (i powstaje) Nou Mestalla. Na nic zdały się sprzeciwy opozycji, mieszkańców (mało kto chciał zgodzić się na tak ogromny stadion w obrębie miasta) i w cieniu łapówkowego skandalu stadion jest już praktycznie gotowy, a miasto za swoją decyzję musiało zapłacić ogromne odszkodowania właścicielom niewykupionych wcześniej działek, a urzędnicy oczywiście stracili pracę i czekają na wyroki za niegospodarność. Nou Mestalla miała zostać oddana do użytku już we wrześniu tego roku, jednak z powodu kryzysu termin ten odłożono do sierpnia 2010, jednak już teraz częściej mówi się o lutym 2011. Valencia CF boryka się w tym momencie z ogromnymi długami, jednak prezes Valencii, Manuel Llorente, zdecydowanie zaprzecza, że będzie zmuszony sprzedać jakichkolwiek piłkarzy, aby załatać klubową dziurę budżetową, sięgającą kilku setek milionów euro.

A co z Levante? Na tym samym posiedzeniu rady, na którym decydowały się losy Nou Mestalla, miała zostać podjęta również zgoda na budowę nowego stadionu Levante, o który klub zabiegał od lat. Skończyło się na gwarancji, że "w niedługiej przeszłości" taka zgoda zostanie wydana, ale przede wszystkim nie jest jasne czy wszystkie tereny pod nowy stadion są w posiadaniu klubu i dopiero w 2008 roku potwierdzono, że wszystko jest w porządku, mimo iż Valencia CF nie musiała czekać na taką zgodę w ogóle (ponieważ wykrytoby nieprawidłowości). Oczywiście Levante nie otrzymało zgody na budowę stadionu w obrębie miasta i jego budowa zacznie się niedalego obecnego stadionu, na obrzeżach północnej części miasta. Smutna historia faworyzowania jednego klubu kosztem drugiego...

(gracze Levante UD świętują gola - strzelec Pedro León pokazuje koszulkę z napisem "Rozwiążcie to JUŻ!" z motywem kryzysu ekonomicznego klubu, kwiecień 2008)

Jednak w samym mieście i regionie pamięta się o tych wszystkich wydarzeniach z historii. Zapytałem niedawno znajomego, oddanego fana Levante, co sądzi o tym wszystkim i ku mojemu zaskoczeniu pierwsze co powiedział to... dumę, że to jego klub, mimo tylu problemów, potrafił, potrafi i będzie potrafił walczyć. Drugą rzeczą było to poczucie jedności, kiedy zasiada z przyjaciółmi na swoim stałym miejscu na stadionie i wie, że większość zebranych na 25-tysięcznym stadionie ludzi czuje to samo co on.


Na stulecie istnienia Levante UD w tym sezonie spisuje się rewelacyjnie. Aktualnie zajmuje 4. miejsce w Segunda División, z 3 punktami straty do liderującącej Cartageny i, mimo wysprzedania prawie wszystkich najlepszych zawodników (głównie obcokrajowców), ma wyrównaną kadrę, mogącą przy odrobinie szczęścia wywalczyć awans. Buduje się nowy stadion, klub powoli wychodzi na prostą, i tylko brakuje odrobinę pomocy od tych "z góry", aby klub ten zaczął odnosić sukcesy na miarę drugiego miasta Valencii.