Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barcelona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barcelona. Pokaż wszystkie posty

27 listopada 2009

Gran Derbi

Choć do Gran Berdi Europa zostały jeszcze 2 dni, pozwoliłem sobie na tymczasowe zakończenie futbolowego wątku na moim blogu - zapewniam, że następne notki będa już dotyczyć innych aspektów hiszpańskiego życia, a sprawy sportowe będę poruszał już w innym miejscu, o czym poinformuję już wkrótce. Jednak każdy kto choć przez chwilę był w Hiszpanii wie, jak wiele znaczy piłka nożna dla Hiszpanów i "to jedno" spotkanie, rozgrywane zazwyczaj dwa razy do roku - wielkie derby Hiszpanii.
Przyznam się, że oglądając transmisje czy to z Ligi Mistrzów, czy to z Primera División, zaczynam mieć już powoli dość komentatorów. Dlaczego? Ponieważ średnio podczas jednej transmisji (oczywiście najczęściej Realu Madryt lub FC Barcelony) potrafią kilkadziesiąt razy przypomnieć, że oglądamy mecz reprezentanta najlepszej ligi ba! nie tylko Europy, ale i świata! Można z tym polemizować, można się zgadzać, ale jedno jest pewne - powtarzanie tego zwrotu jest dla oglądających obcokrajowców (a szczególnie Anglików) bardzo irytujące.
Nie będę pisał o tym, kto zagra, jakim ustawieniem etc., skupię się na czymś innym - na podtekście historycznym czekającego nas meczu. Mało kto wie, że Real został oficjalnie założony przez Katalończyka, Juana Padrósa Rubió, ale o powiązaniach politycznych Realu z polityką wie już większość kibiców. Wdałem się niedawno w interesującą dyskusję z kilkoma moimi znajomymi Hiszpanami, którzy kibicują różnym drużynom, nie tylko Realowi czy Barcelonie. Jednak na pytanie: Real czy Barça, prawie nikt nie odpowiedział wymijająco i tak właśnie przedstawia się sytuacja w Hiszpanii - można być albo za Realem, albo za Barcą, dopiero dalej są inne kluby.
"Nienawiść" Katalończyków do Królewskich (i vice versa) rozpoczęła się tak naprawdę w 1936 roku, kiedy w Hiszpanii zaczęła się wojna domowa, rozpoczęta i wygrana dzięki wstawiennictwu wojsk Hitlera i Mussoliniego przez generała Franco. W czasie trzyletniej wojny Real stracił w walkach wielu działaczy i piłkarzy, a sam stadion Estadio Santiago Bernabeu został przekształcony w więzienie. Jednak dzięki wstawiennictwu "największego fana" to Real najszybciej podniósł się sportowo po zakończonej wojnie. Franco nie szczędził ogromnych (czyt. państwowych) funduszy na rzecz klubu i to za jego sprawą do klubu przybyły takie gwiazdy jak Alfredo Di Stefano, Ferenc Puskas (najlepszy strzelec XX wieku z 512 golami w 528 meczach), Raymond Kopa i inni. Sprawa Alfredo Di Stefano była największą wojną między Realem a Barceloną do czasu Luisa Figo - oba kluby zapłaciły zaliczkę za tego piłkarza, a spór musiała rozwiązywać FIFA. Alfredo jednak w tamtym okresie celowo zaczął grać poniżej swoich oczekiwać i Barcelona, do której początkowo trafił Argentyńczyk, zrezygnowała z jego usług i trafił on do Realu, z którym 8-krotnie zdobywał Mistrzostwo Hiszpanii, 5-krotnie wygrał Puchar Europy i dwukrotnie został wybrany najlepszym piłkarzem Europy, dla Realu zdobył 216 goli w 282 meczach.
(tablica upamiętniająca Ferenca Puskasa na Estadio Santiago Bernabeu)
Rywalizacja Realu z Barceloną często rozgrywała się poza boiskiem, jak chociażby w półfinale Pucharu Króla w 1943 roku, w którym Los Blancos trafili na Barceloną. W pierwszym meczu na swoim boisku w Madrycie przegrali 0:3, jednak w rewanżu odnieśli najwyższe zwycięstwo w historii, wygrywając na Camp Nou 11:1. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt że przed rozpoczęciem meczu rewanżowego do szatni Katalończyków wszedł dyrektor służb specjalnych i przypomniał zawodnikom, że wielu z nich dopiero co wróciło do Hiszpanii na mocy amnestii ogłoszonej przez generała Franco, która wybaczała ucieczkę. Sprawiedliwości stało się zadość w finale, kiedy Athletic Bilbao pomścił Katalończyków i wygrał 1:0.
Przez cały okres rządów generalicji Katalończycy musieli znosić kompromitujące porażki, ale mogli odgryzać się na arenie międzynarodowej, gdzie wpływy polityki nie sięgały, jednak nie znaczyło to, że gra była czysta. Tak było w sezonie 1960/61, kiedy to w 1/8 Pucharu Europy los połączył Real i Barcę. W Madrycie padł remis 2:2, natomiast w Barcelonie padł wynik 2:1 dla gospodarzy i Real znalazł się za burtą rozgrywek. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w pierwszym meczu angielski sądzie Arthur Ellis podyktował wątpliwy rzut karny dla Barcelony, a w drugim jego rodak Reg Leafe nie uznał aż 4 (!) goli strzelonych przez zawodników Realu na Camp Nou. Barcelona w tamtym sezonie doszła do finału, gdzie przegrała z Benfiką Lizbona 2:3.
Historia samego kraju także odcisnęła swoje piętno na rywalizacji obu ekip. Genrał Franco był zwolennikiem centralizacji kraju i tłumił w zarodku jakiekolwiek próby ogłoszenia Kraju Basków czy Katalonii choćby autonomiami. Przez cały okres rządów generalicji mecze pomiędzy Realem a Barceloną i Ahtletic nabierały nowego znaczenia - wojny między autonomistycznymi dążeniami regionów i zcentralizowanej stolicy. Dopiero po upadku rządów Franco, król Hiszpanii Juan Carlos I (łamiąc przysięgę daną Franco) zdemokratyzował kraj i ogłosił Katalonię i Kraj Basków regionalnymi wspólnotami autonomicznymi, jednak ten podtekst jest obecny do dnia dzisiejszego.
Jednak wracając do czysto sportowych spraw - na przestrzeni lat nie brakowało podobnych, dodających smaczku rywalizacji obu drużyn zdarzeń, jak chociażby ubiegłoroczna porażka Królewskich 2-6 czy końcówka sezonu 2007/08, kiedy to zgodnie ze zwyczajem po zapewnieniu sobie mistrzostwa kraju następny przeciwnik tworzy korytarz ze swoich zawodników i gratuluje mistrzowi - w tamtym sezonie to Real został mistrzem, a Katalończycy musieli gratulować rywalom. Obecnie to Barcelona dzierży tytuł najlepszej drużyny Europy (aczkolwiek patrząc na ubiegłoroczny półfinał z Chelsea znowu przypomina się pomoc międzynarodowych sędziów), jednak tegoroczna rywalizacja Królewskich z Katalończykami zapowiada się ciekawiej niż zwykle, nie tylko jako pojedynek wielkich Ronaldo-Messi, ale także innych gwiazd, którymi naszpikowane są obie ekipy.
Będzie co oglądać!

17 listopada 2009

El futból español

Jednym z moich postanowień przed przyjazdem do Hiszpanii było poznanie kultury kibicowania i zapoznania się z całą kulturą pilkarską panujacą w Hiszpanii. Swój plan póki co konsekwentnie realizuję i o tym właśnie będzie ta notka.
Po prawej stronie dodałem zakładkę "International games", póki co nie jest ona zbyt okazała, ale mam nadzieję, że pod koniec mojego pobytu lista ta będzie dłuższa. Najczęściej bywam na Mestalli, stadionie Valencia Club de Fútbol, z oczywistych powodów - na sam stadion mam kwadrans spacerkiem, jest to największy klub w regionie i chyba każdy w mojej sytuacji zacząłby kibicować tej właśnie drużynie. Jednak byłem już także na meczu drugoligowego Castellón Club de Fútbol w mieście... Castellón de la Plana, stolicy prowincji Castellón, należącej do wspólnoty autonomicznej Valencia, leżącej ponad godzinę pociągiem na północ od Valencii, w najbliższy weekend wybieram się na mecz innego drugoligowca, Levante Unión Deportiva, którego stadion Estadi d'Ciutat d'Valencia znajduje się 20 minut spacerem od mojego domu, albo do Villareal, położonego tuż pod Castellónem innego pierwszoligowca, słynnego ze swojego stadionu El Madrigal. Dlaczego nie ma mecz Valencii? Ponieważ Levante i Valencia nigdy nie grają w swoim mieście jednego dnia - identycznie jak w Madrycie, Barcelonie czy w jakimkolwiek innym mieście, gdzie rywalizują dwie drużyny. Szczęściem dla mojego portfela jest fakt, że Levante i Villareal zawsze grają tego samego dnia, dlatego też nie mogę choćby dzień po dniu obejrzeć dwóch meczy, tylko muszę cierpliwie czekać na kolejną kolejkę, aby obejrzeć następne spotkanie.
Właśnie, może pora przejść do kwestii cen. Ostatni mecz obejrzałem za darmo (a nawet zarobiłem, gdyż miałem trzy zaproszenia i dwa z nich sprzedałem po dobrej cenie :-) ), jednakże cały czas staram się zdobyć akredytacje jako dziennikarz na każde kolejne spotkanie - pracowałem już jako el periodista w minione wakacje, bardzo chciałbym to kontynuuować jako korespondent z Hiszpanii. Ale wracając do tematu. Bilety na mecz przecwko pierwszoligowcowi (czyt. Sevilli czy Villareal) kosztują od 20€ do 55€. Jeśli zdarza się mecz z rywalem ze strefy pucharowej (np. Atlético Madrid, Villareal, Sevilla), cena wzrasta nieznacznie, ~5/10€, jednak dwa razy do roku zdarza się tak, że ceny rosną kosmicznie - kiedy zbliża się mecz z Barceloną czy Realem Madryt. Najtańsze wejściówki kosztują wtedy od 65€ do 125€ i żeby je dostać trzeba stać kilka godzin w kolejce do kas. Co ciekawe - na każdym innym meczu na jakim byłem nie było pełnych trybun, zapełniają się całkowicie tylko na te dwa mecze w sezonie. Swoją drogą patrząc wstecz - uważam że obejrzałem o wiele lepszy mecz za 10€, kiedy rywalem Valencii był trzecioligowe Alcoyano (2:2 i trzymający do ostatnich sekund mecz w Pucharze Króla), niż 0:0 z Barceloną... Ciekawostka - bilety na Camp Nou na mecz z Realem kosztują od 75€ do 225€, przeciwko Interowi - od 52€ do 138€, a na "zwyczajny" mecz przeciwko derbowemu rywalowi Españolowi - od 41€ do 124€.
Ale wracając do cen biletów. Zaskoczyło mnie to, że w Hiszpanii wszystkie spotkania pucharowe są... tańsze niż bilety ligowe. Na mecze w Europa League bilety kosztują od 15€ do 35€ - wynika to z tego, że Hiszpanie uważają (i słusznie), że to w ich kraju gra się najlepszą piłkę w Europie i nie ma takiego rywala, który byłby wart większych pieniędzy... Dla porównania - na meczu z Atlético stadion był prawie pełen, na meczu z Genuą czy Slavią Praga - nie był zapełniony choćby w połowie.
Właśnie, stadion. Do tej pory odwiedziłem Mestallę, Estadio Santiago Bernabeu oraz kilka mniejszych stadionów, aczkolwiek określenie "mniejszych" chyba nie za bardzo tutaj pasuje - przykładowo stadion Castellónu. Ostatnia drużyna Segunda División, ostatni raz w Primera División grała w latach 30-tych XX, a może pochwalić się zadaszonym stadionem na 16.000 miejsc. Mało? Po pierwsze, więcej naprawdę nie potrzeba aby zapewnić doskonały doping, po drugie - ostatni zespół w polskiej I lidze, Motor Lublin, może pochwalić się stadionem na 13.000 miejsc, z czego 10.000 to miejsca... stojące, o zadaszeniu lepiej nie mówmy. Podobnie jest w całej Hiszpanii - stadiony są stosunkowo nowe, mają pojemność kilkanaście tysięcy, zazwyczaj należą do miasta, które oddaje je do użytku drużynom za symboliczną cenę. Valencia CF jest właśnie w trakcie budowania nowego stadionu, Nou Mestalla, który będzie miał pojemność 75.000 i tym stanie się ex aequo drugim co do wielkości stadionem w Hiszpanii, ustępując tylko Camp Nou z 98.000 miejsc i równając się z Estadio Santiago Bernabeu.
Nou Mestalla
A co się stanie z obecną Mestallą? Najrozsądniejszym rozwiązaniem byłoby przekazać ją Levante, ale primo, rywal zza miedzy nie chciałby grać na dawnym stadionie odwiecznego rywala, segundo, kibice Valencii rzadko kiedy mogą zapełnić Mestallę, to nie można przypuszczać żeby kibice Levante mogliby zapełnić większą część stadionu, tercero, Levante także rozbudowywuje swój stadion i wątpliwe, aby chciało grać na 50-letniej staruszce. Do przemyślenia - czy w Polsce stadion taki jak Mestalla, o pojemności 55.000 miejsc, zostałby prawdopodobnie zamknięty i uznany za zbyt stary aby rozgrywać na nim mecze? Ostatni raz reprezentacja Hiszpanii gościła na nim w czerwcu 2005 roku - na przestrzeni dwóch dni rozegrano dwa mecze eliminacyjne do MŚ w Niemczech, z Litwą (1:0) i Bośnią i Herzegowiną (1:1) i było to oficjalne pożegnanie Mestalli z kadrą. Co ciekawe - ostatniego gola dla kadry na Mestalli strzelił Machena, obecny zawodnik Valencii.
"stara" Mestalla

Skończmy z cenami i stadionami i przejdźmy do tego, od czego chciałem zacząć - o kulturze kibicowania. Różni się ona ogromnie od tego, co widziałem w Anglii, Stanach czy Polsce. Napisałem, że w Hiszpanii gra się najlepszą piłkę, jednak o kibicach nie można tego powiedzieć. Dla przykładu, na Wyspach doping dla zespołu trwa nieprzerwanie cały mecz, najlepszym tego przykładem byli dla mnie fani Glasgow Rangers podczas Emirates Cup podczas okresu przygotowawczego. Mimo iż po 15 minutach ich zespół przegrywał z Arsenalem 0-2 (ach ten Wilshere...), to aż do ostatniego gwizdka kibicowali tak, jakby to ich zespół wygrywał i grał rewelacyjną piłkę (a nie grał). W Hiszpanii jest zgoła inaczej. Za doping odpowiedzialne są małe grupki kibiców, których sektory znajdują się zazwyczaj w rogach boiska (Valencia) czy też za jedną z bramek (Castellón). Ciężko to nawet nazwać tak naprawdę dopingiem, ponieważ są oni głośni tylko sporadycznie, czasem próbują poderwać stadion do wspólnego klaskania, ale naprawdę rzadko kiedy to się udaje. Na mecze przychodzą całe rodziny, łącznie z małymi dziećmi, którym wpaja się miłość do "tego jednego" klubu. Nie ma przemocy, ale co ciekawe, nie ma także prawdziwej ochrony. Na meczu z Atlético siedziałem dosłownie dwa rzędy pod kibicami przyjezdnych, od których dzieliła mnie tylko... metrowa barierka. Żadnych ochroniarzy, policji, barier, podobnie rzecz się ma przy wejściu na stadion - tak naprawdę kontrole są sporadyczne, raz udało mi się wnieść bez problemu 1,5-litrową butelkę wody - w innym kraju rzecz nie do pomyślenia.
Najbardziej hiszpańską rzeczą, jaką zaobserwowałem była przede wszystkim pora o której rozgrywa się mecze - zazwyczaj jest to 22:00, tylko niektóre mecze są rozgrywane wcześniej (transmitowane w telewizji), nie widziałem jeszcze choćby jednego meczu, który zakończył się przed zapadnięciem zmroku. Inną sprawą jest zwyczaj jedzenia podczas meczu lub w przerwie. Najczęściej kibice przynoszą opakowania ziaren słonecznika (pipas de girasol) czy orzeszków ziemnych - póki co moje opakowanie jadłem przez trzy mecze i jeszcze go nie skończyłem :-) Inną typową comidą jest oczywiście kanapka typu bagietka (barra de pan) - ogromna ilość ludzi przychodzi na mecz zaopatrzona własnie w ten posiłek, spożywany w czasie przerwy.
Genialną dla mnie sprawą jest transmitowanie wszystkich rozgrywek (La Liga, Champions League, Europa League, Copa del Rey i reprezentacja) przez publiczne stacje. Co niedzielę w TVE o 22:55 zaczyna się Estudio Estadio, odpowiednik Match of the Day w BBC, podsumowywujący minioną kolejkę La Ligi, ale także Premiership czy pokazujący skrót meczu najbliższego rywala Barcelony i Realu w Lidze Mistrzów. Tym dwóm drużynom poświęca się oczywiście najwięcej miejsca, w miniony weekend mogłem nawet w publicznej telewizji obejrzeć pojedynek Barcelona - Cultural Leonesa, innego trzecioligowca. Najczęściej można oczywiście obejrzeć mecze Liverpoolu i Arsenalu, a jeśli Torres lub Fabregas strzelą gola - prawdopodobieństwo jest stuprocentowe, jednak zdarzają się też transmisje "normalnych" meczy, jak np. ostatnio Tottenham - Sunderland. Podobnie jest z Canal Nou, regionalnej telewizji walenciańskiej - programy nadawane są tylko w valenciano, języku wspólnoty autonomicznej Valencia, która transmituje także każdy mecz Valencii (najczęściej), Levante i Villareal (retransmisje).
Podsumowywując, Hiszpanie naprawdę żyją piłką i ciężko tego nie zauważyć. W następnym poście postaram się opisać stosunki panujące między klubami w Hiszpanii - kto kogo lubi, kto kogo nie i dlaczego, mam nadzieję że będzie warto trochę poczekać... ¡Hasta luego!
P.S. Przepraszam, że nie wrzuciłem żadnych swoich zdjęć ale mój laptop wrócił tymczasowo do Polski, mam nadzieję że wkrótce go odzyskam i wtedy załaduję zdjęcia.

30 lipca 2009

Dziennikarzem być

Zaczynam (oby) serię trzech notek opisujących kilka spraw najbardziej interesujących w ostatnim czasie, z mojego punktu widzenia oczywiście. Pierwsza z nich będzie najbardziej osobista i opisze ostatni weekend, który spędziłem (głównie dzięki mojemu Bratu) jako dziennikarz/korespondent na Wembley Cup, towarzyskim turnieju piłkarskim rozgrywanym na tym słynnym stadionie w północnym Londynie.
(wszystkie zdjęcia mojego autorstwa)
Powinienem zacząć od tego, dlaczego w ogóle znalazłem się na tak wielkiej imprezie jako dziennikarz. Moje jedyne rodzeństwo jest od kilku lat jednym z redaktorów e-zinu igol.pl, magazynu piłkarskiego. Pisze sporadycznie artykuły, głównie na temat piłki brytyjskiej. Tym razem postanowił spróbować dostać akredytacje na Wembley Cup i, ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu, akredytację tę dostał nie tylko on, ale i moja skromna osoba. Co ciekawsze, byliśmy w piątek (pierwszy dzień turnieju) jedynymi przedstawicielami polskich mediów. W niedzielę, drugiego dnia trwania turnieju, do polskiej reprezentacji dołączyła do nas ekipa Polsatu News oraz jeden młody niezależny dziennikarz.
Dla mnie było to pierwsze zetknięcie się z profesjonalnym dziennikarstwem, w tym przypadku sportowym, zatem nie wiedziałem do końca czego mam się spodziewać. Byłem już w Polsce na lożach prasowych (m.in. Widzew - Legia), jednak jak można się domyślić porównanie tych dwóch przypadków to jak niebo i ziemia... Była to moja pierwsza wyprawa na Wembley, jedynie w sieci mogłem się dowiedzieć czegoś o tej największej sportowej arenie w Europie. Przede wszystkim zwróciłem uwagę na pojemność stadionu - 90.000 ludzi w jednym miejscu, to musi robić wrażenie, jednak (jeszcze) się o tym nie mogłem przekonać, gdyż najwyższa frekwencja podczas tego turnieju wyniosła "zaledwie" 57.100 i było to aż nazbyt widoczne na trybunach i w dopingu. "Jeszcze", bo już za półtora tygodnia ponownie zamelduję się na Wembley, tym razem już tylko jako kibic podczas meczu o Tarczę Dobroczynności, odpowiedniku angielskiego Superpucharu. Wtedy jestem pewny że stadion zapełni się do ostatniego krzesełka i komplet kibiców będzie wspierać Chelsea lub Manchester United w walce o to prestiżowe trofeum (ja znajdę się w niebieskiej części widowni).
Ale wracając do Wembley Cup. Pierwsze wrażanie - niezapomniane. Już sam widok stadionu zapiera dech, a co dopiero możliwość zobaczenia go od środka. Odprawa dziennikarska - kilka minut w kolejce po odbiór akredytacji, kontrola osobista, podróż windą, przejście kolejnymi korytarzami, odbiór materiałów prasowych i oto jesteśmy w loży. Sala pierwsza - kilkadziesiąt stanowisk, każdy z dostępem do internetu, na ścianie ogromny ekran ze SkyNews, stacją, która miała prawa do transmisji Wembley Cup. Póki co sala jeszcze pusta - zapełni się dopiero pod koniec dnia, kiedy redaktorzy będą prześcigać się w tym, kto pierwszy opublikuje relację. Przez oszklone drzwi przechodzimy do następnej sali, "kawiarni". Około dwudziestu stolików, przy każdym po cztery krzesła. Na ścianie kolejny ogromny ekran, ciągle nadający najświeższe wiadomości sportowe. Na środku sali bufet - przed pierwszym gwizdkiem jest to ogromny bukiet kanapek, w przerwie między meczami zmienia się w dania gorące. Jednak napisać "kanapek" to jak obrazić firmę cateringową... Dość powiedzieć, że były to jedne z najlepszych kanapek jakie w życiu jadłem. Napoje? Oczywiście, trzy lodówki z colą, colą light, spritem, fantą, wodą + napoje gorące: kawa, herbata, ilość nieograniczona. Po otrzymaniu godzinę przed meczem wyjściowych jedenastek można przejść na część właściwą loży prasowej.
Kilka rzędów krzesełek, każdy po około czterdzieści miejsc z dostępem do bezprzewodowej sieci, na każde dwa siedzenia przypada jeden ekran, na którym można z kilkusekundowym opóźnieniem oglądać trwający mecz, transmitowany przez sieć która akurat wykupiła prawa do transmisji. To kilkusekundowe opóźnienie jest wspaniałe - najpierw oglądasz wydarzenia na żywo, chwilę potem na ogromnych ekranach na stadionie (sygnał jest wysyłany bezpośrednio tam, bez opóźnienia), a potem oglądasz akcję "na żywo" na swoim ekranie i chwilę potem w kolejnej powtórce (sygnał wraca z rozdzielni). System ten jest idealny dla dziennikarzy - ma kilka szans na wychwycenie kto strzelał, kto podawał, kto... etc., aczkolwiek i tak nadal nierzadko zdarza się pytanie osoby obok o powyższe niejasności. Dla porównania - na polskich stadionach na porządku dziennym są okrzyki wśród dziennikarzy "wiecie kto podawał?" i odpowiedzi przesyłane tę samą drogą, głównie z powodu złej widoczności tego co się dzieje na boisku oraz braku telewizyjnych powtórek. Co do montażu ekranów dla dziennikarzy - Wembley jest specyficznym miejscem, ponieważ nie ma najmniejszego ryzyka, że jakiekolwiek wydarzenie (nie mówię o koncertach) rozgrywane na tej arenie nie będzie transmitowane przez jakąkolwiek telewizję.
Bycie korespondentem na takiej imprezie w dwójkę przynosi wiele korzyści. Największa jest taka, że jedna osoba na bieżąco pisze relację, uzupełnia składy etc., podczas gdy druga skupia się na oglądaniu meczu i gdy zapowiada się na ciekawą akcję z której coś może wyniknąć, informuje o tym osobę obok, która odrywa wzrok od ekranu notebooka i także podąża za akcją, by po chwili opisać wydarzenia sprzed chwili w relacji.
Ale przejdźmy do samego turnieju. Przede wszystkim to co zrobiło na mnie największe wrażanie to nie same zespoły i ich gra na tym turnieju, ale sam stadion. On jest naprawdę niesamowity, nie ma drugiego takiego na świecie, aczkolwiek np. na Maracanie jeszcze nie byłem. Druga sprawa to jednak ekipy, które walczyły i ich poziom, nieosiągalny dla jakiejkolwiek ekipy z Polski. Udział w turnieju wzięły:
  • 1st place: Celtic Glasgow - z dwoma polskimi bramkarzami w składzie, Arturem Borucem i Łukaszem Załuską. Zwycięzca turnieju, który swoje mecze rozgrywał w najsilniejszym składzie. Turniej ten ekipa ze stolicy Szkocji potraktowała głównie jako sprawdzian generalny przed eliminacjami do Ligi Mistrzów. Co ciekawe, była to pierwsza drużyna szkocka która zagrała na Wembley.
  • 2nd place: FC Barcelona - ekipa której chyba nikomu przedstawiać nie trzeba, jednak ku zaskoczeniu wszystkich trener Pepe Guardiola wziął ze sobą na turniej drugi i trzeci skład Barcelony i to on głównie wspaniale zaprezentował się na tym turnieju, wspierany przez graczy z pierwszego składu jak Leo Messi, Eidur Gudhjonsen, Bojan Krkic czy Victor Valdes. Co ciekawe, w obydwu meczach na drugą połowę wybiegała zupełnie inna jedenastka - trener dokonywał wszystkich jedenastu zmian.

  • 3rd place: Tottenham Hotspur, który był w pewnym sensie gospodarzem imprezy, jako team z Londynu. Również zagrał w możliwie najsilniejszym składzie, jednak na skutek licznych kontuzji nie prezentował pełni swoich możliwości.
  • 4th place: Al Ahly, mistrz Egiptu i zwycięzca afrykańskiego odpowiednika Ligi Mistrzów bardzo rozczarował i był o klasę gorszy od pozostałych ekip, o czym świadczą wyniki – 0:5 z Celtikiem, 1:4 z Barceloną.
Ciężko mi nawet opisywać szczegółowo swoje doświadczenia, bo już teraz widzę że notka ta będzie bardzo długa. Największe wrażenie zrobiła na mnie mixed zone, strefa w której piłkarze przechodzą z szatni do czekających na nich autokarów, a po drodze mijają dziennikarzy którym udało się dostać dostęp do tego miejsca. To tu odbywają się wszystkie wywiady, zdobywa się autografy, robi zdjęcia z najsłynniejszymi piłkarzami.

(Eidur Gudjohnsen udziela wywiadu Bratu)
(Heurelho Gomes)
Zaskakujące jednak było często zachowanie piłkarzy, którzy odmawiali wywiadów komukolwiek, np. Messi czy Boruc, ale także większość innych zawodników. Jednak z drugiej strony byli także inni zawodnicy, którzy z przyjemnością udzielali wywiadów, jak np. Łukasz Załuska (Celtic Glasgow), Heurelho Gomes (Tottenham Hotspur) czy Eidur Gudhjonsen (FC Barcelona). Z ciekawszych obserwacji - niektórzy piłkarze przechodzą przez mixed zone ze słuchawkami w uszach, jednak... wcale nie słuchają muzyki, tylko czekają aż ktoś poprosi ich o wywiad. Jeśli nie - mają wytłumaczenie, słuchałem muzyki, wyglądałem na zajętego. Jeśli tak - udzielę. Najlepszy przykład to Giorgios Samaras, który udzielił około pięciu (!) wywiadów i oczywiście jako ostatni zameldował się na pokładzie autokaru Celtiku.

(Giorgios Samaras)
Zdarzyło się kilka przypadków, kiedy piłkarz przechodził obok dziennikarzy i nikt nie poprosił go o wywiad. Zastanowiłem się co w takiej chwili czuje ów gracz – czy jest to rozgoryczenie i niechęć do dziennikarzy, czy też może poczucie „ok, teraz nie chcecie ze mną wywiadu, ale następnym razem zagram tak że jeszcze się kolejka do mnie ustawi!”?
Inna sprawą są konferencje prasowe. Po każdym meczu, zjawia się przynajmniej:
  • trener (Celtic)
  • trener z rzecznikiem prasowym (Tottenham)
  • trener z rzecznikiem prasowym i tłumaczem/tłumaczką (FC Barcelona/Al Ahly).
Dzięki konferencjom prasowym zespołów z czterech różnych krajów dowiedziałem się także wiele o kulturze dziennikarstwa. Niestety, najgorzej wypadła kultura egipska - "dziennikarze" egipscy podczas konferencji głównie przeszkadzali, wchodzili w kadr kamer, nie wyłączali telefonów nawet gdy było to proszone na początku, zadawali naprawdę bzdurne pytania z naciskiem na swoją ekipę, ale najlepsze dla mnie było ich zachowanie podczas ostatniego meczu, w niedzielę. Al Ahly grało z Barceloną, obok mnie siedział "guru" dziennikarzy egipskich, wywnioskowałem to po tym, że inni Egipcjanie ciągle przychodzili się go pytać o najróżniejsze rzeczy. Najciekawsze było dla mnie to, że w pewnym momencie na ekranach na stadionie pojawiły się ujęcia trenera Barcelony, Guardioli, i trenera Tottenhamu, Redknappa, a wyżej wymieniony jegomość zapytał się mnie... kim oni są, czy to ktoś znany. Podobnie było z ekipą Barcelony - musiałem wskazać na liście zawodników którzy to "ci najsłynniejsi"... Rozumiem egocentryzm dziennikarzy egipskich, kiedy ich zespół wygrywa seryjnie mistrzostwo kraju i kontynentu, ale bez przesady... Ostatni mecz turnieju, który przyciągnął na trybuny największą liczbę fanów, spędzili... robiąc sobie nawzajem zdjęcia. Szok.
Innym smaczkiem są słowa powiedziane "nieoficjalnie", jednak jednocześnie nauczyłem się żeby traktować je z rezerwą. Przykład - w piątek, po zakończeniu oficjalnej części konferencji, menedżer Tottenhamu został otoczony wianuszkiem dziennikarzy i powiedział, że Patrick Vieira dołączy do jego zespołu w poniedziałek. Dla niezorientowanych - była to prawdziwa bomba, ponieważ Vieira przez wiele lat grał dla Arsenalu, odwiecznego rywala Tottenhamu, i jego przyjście teraz do rywala zza miedzy to prawdziwa sensacja. Takie słowa nie mogą paść podczas oficjalnej części konferencji, kiedy mówi się o oficjalnych rozmowach, transferach... Jednak najciekawsze było zakończenie tej sytuacji - kiedy Redknapp wrócił do swoich zawodników, najstarszy z dziennikarzy powiedział wszystkim naokoło "publikujemy to dopiero w niedzielę" i dopiero po uzyskaniu potwierdzenia od każdego kółko się rozeszło. Jednak do tej pory (środa) nie ma oficjalnych informacji na temat tego sensacyjnego transferu, dlatego właśnie nauczyłem się patrzeć na takie sensacje z przymrużeniem oka.
Wiele nie zostało tu jeszcze napisane, ale i tak przekroczyłem już zapewne limit na jedną notkę. Postaram się, aby kolejna została opublikowana za dwa dni. Póki co zapraszam do mojej galerii zdjęć z tego wydarzenia.
P.S. Relacje z meczów i wywiady:
1) Relacja z meczu Al Ahly - Celtic Glasgow
2) Relacja z meczu Tottenham Hotspur - FC Barcelona
3) Relacja z meczu Al Ahly - FC Barcelona
4) Relacja z meczu Tottenham Hotspur - Celtic Glasgow
5) Wywiad z menadżerem Tottenhamu, Harrym Redknappem
6) Wywiad z piłkarzem FC Barcelona, Eidurem Gudjohnsenem
7) Wywiad z polskim bramkarzem Celticu Glasgow, Łukaszem Załuską
8) Konferencja prasowa trenera FC Barcelona, Josepa Guardioli (moje tłumaczenie z jęz. hiszpańskiego/katalońskiego)
9) Wywiad z zawodnikiem Tottenhamu Hotspur, Johnem Bostockiem (w przygotowaniu)