Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

17 czerwca 2011

Witamy w Primera Division: Real Betis Balompié

(artykuł mojego autorstwa przedrukowany z igol.pl)
Żaden inny hiszpański drugoligowiec nie był z takim utęsknieniem wyczekiwany do awansu na boiska hiszpańskiej elity nie tylko przez swoich kibiców, ale co zaskakujące, także rywali. No, może za wyjątkiem tych z Sanchez Pizjuan. Oprócz pewnego zwycięstwa w Segunda, dał się poznać jako jeden z niewielu zespołów, które potrafiły w zakończonym sezonie pokonać mistrza, FC Barcelonę. Poznajmy pierwszego beniaminka Primera Division: Real Betis Balompié.

Awans klubu z Sewilli to doskonała wiadomość dla wszystkich fanów piłki nożnej rodem z Półwyspu Iberyjskiego. Pewne jest, że powrót Betisu po dwóch latach gry na boiskach Segunda Division wniesie o wiele więcej, niż, z całym szacunkiem dla tych ekip, Realu Sociedad, Herculesa i Levante rok temu. Dlaczego? Powodów jest wiele, ale najważniejsze z nich to przede wszystkim tradycje i historia klubu, założonego w 1907 roku przez studentów medycyny oraz kadetów akademii wojskowej. Betis Balompie otrzymał także w 1914 roku dodatkowy człon „Real” (królewski) od samego króla Hiszpanii, Alfonsa XIII, który był fanem tej drużyny. Co ciekawe, Betis otrzymał ten tytuł jako pierwszy, nawet przed innym Realem z Madrytu. Można powiedzieć, że Betis wrócił tam, gdzie jego miejsce – to jedyny zdobywca mistrzostwa Hiszpanii (co prawda w sezonie 1934/35, ale jednak), który nie grał w Primera Division w zakończonym niedawno sezonie. Niestety, w nadchodzącym sezonie ponownie nie zobaczymy kompletu mistrzów w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale przecież za katastrofalną postawę i spadek Deportivo nie należy winić Andaluzyjczyków.

Betis swoje sukcesy odnosił nie tylko w czasach piłkarsko prehistorycznych, ale także stosunkowo niedawno. „Verdiblancos” dwukrotnie zdobyli Puchar Króla – w 1977 oraz 2005 roku, a dodatkowo nie przynieśli Hiszpanii wstydu w rozgrywkach Ligi Mistrzów, gdzie w sezonie 2005/06 najpierw rozprawili się z Monaco (które dwa lata wcześniej dotarło do finału), a w fazie grupowej zremisowali z Liverpoolem i wygrali nawet z faworyzowaną Chelsea, ale do awansu to nie wystarczyło i to obie angielskie ekipy zagrały dalej. Betis zadowolił się wówczas trzecim miejscem i grą w 1/16 Pucharu UEFA, ale został wyeliminowany większą ilością bramek na wyjeździe przez Steauę Bukareszt, a same rozgrywki wygrała wtedy... druga ekipa z Sewilli.
Kibice Betisu nie spodziewali się, że po triumfie z Pucharze Króla i dobrej grze w Lidze Mistrzów m.in. z Chelsea ... (fot. chelseacf.com)
Betis od samego początku rozgrywek ligowych był typowany do awansu. Już sezon 2009/10, czyli pierwszy po spadku, miał udany. Co prawda drugą ligę wygrał Real Sociedad, ale Betis zakończył sezon z tylko trzema oczkami mniej, podobnie jak... dwie inne ekipy, Levante i Hercules, i awans przegrał tylko gorszym bilansem bezpośrednich spotkań. Pościg Betisu był jednak imponujący – podczas gdy Real Sociedad i Levante systematycznie gromadziły punkty i zapewniły sobie awans już na dwie kolejki przed końcem, Betis grał bardzo nieregularnie i do samego końca walczył z najlepszym zespołem rundy jesiennej, Herculesem, o trzecie miejsce. Mający w połowie sezonu 11 punktów przewagi nad resztą stawki Hercules zanotował jednak serię siedmiu spotkań bez zwycięstwa i pozwolił się wyprzedzić także Sewilczykom, jednak w przedostatniej serii spotkań Betis tylko zremisował z Salamanką i na nic zdał się w ostatniej kolejce pogrom 4:0 na boisku pewnego awansu Levante i tytuł najlepszej drużyny wiosny – zespół z Alicante zmobilizował się na sam koniec sezonu i odnosząc dwa ważne zwycięstwa, zamknął Andaluzyjczykom drogę do Primera Division. Brak awansu spotkał się z ogromnym zawodem kibiców oraz sporym zaskoczeniem mediów.
...już niedługo będą musieli przeżyć spadek do drugiej ligi. (fot. diariodesevilla.es)
Dlatego też w sezonie 2010/11 nikt nie brał pod uwagę innego scenariusza niż pewny awans, i tym razem Betis nie zawiódł swoich kibiców. Sezon rozpoczął dość imponująco, bo od zwycięstwa 4:1 nad Granadą, a gole zdobyli sami nowi gracze – sprowadzony z Hueski Dorado, najlepszy strzelec poprzedniego sezonu Segunda, ściągnięty z Elche Jorge Molina (dwukrotnie) oraz gracz meczu, nabytek z Salamanki, Salva Sevilla. Taki początek mógł dać poważne nadzieje kibicom, zwłaszcza że wysokie zwycięstwo pozwoliło Andaluzyjczykom objąć prowadzenie w tabeli już od pierwszej kolejki. W grze zespołu wyraźnie było widać rękę trenera Pepa Mola, a jego Betis co prawda w ciągu całego sezonu najwyższe miejsce na podium oddawał rywalom pięciokrotnie, ale nigdy nie spadł poniżej trzeciego miejsca. Kolejne wygrane pokazały, że nie ma poważniejszego kandydata do awansu. Podopieczni Pepe Mela prezentowali poziom niedostępny rywalom, a już wtedy prawdziwym liderem drużyny stawał się Ruben Castro, kolejny piłkarz sprowadzony przed sezonem, który sezon zakończył z 25 golami w 39 meczach. Razem z Jorge Moliną i Kameruńczykiem Achille Emaną stworzyli niesamowity strzelecki tercet, który zdobył w sezonie ponad 50 bramek, co jak na poziom drugiej ligi jest osiągnięciem wybitnym.

Pierwsza zadyszka przyszła dopiero w 5. kolejce, kiedy to lepsze okazało się Albacete, czyli zespół, który ostatecznie zajął... ostatnie miejsce w tabeli. Na nic zdał się kolejny gol Rubena Castro i szaleńcza pogoń, jednak już w następnej kolejce okazało się, że był to tylko wypadek przy pracy. Wygrana z Ponferradina i kolejne gole Rubena Castro i Emany pokazały, że zespół wrócił na właściwe tory. Co prawda tydzień później remis na Wyspach Kanaryjskich z Las Palmas sprawił, że Betis spadł na 3. miejsce, jednak późniejsze zwycięstwa Gironą, Salamanką, najgroźniejszym rywalem do awansu Rayo Vallecano (aż 4:0) i remis z Celtą sprawiły, że chyba wszyscy zarezerwowali już jedno z trzech miejsc dających awans dla Andaluzyjczyków. W międzyczasie zaczął się piękna, jak się miało później okazać, przygoda Betisu w Pucharze Króla. Zaczęło się bardzo przeciętnie, gdyż o awansie w dwumeczu z Grenadą zadecydowała większa ilość goli na wyjeździe, ale później było już fantastycznie. W kolejnych rundach podopieczni Pepa Mola wyeliminowali kolejnych pierwszoligowców, a zaczęło się od Realu Saragossa, którego wyeliminowali znowu lepszym bilansem bramek. Kolejnego rywala Betis miał poznać wkrótce.
Pepe Mel robił wszystko, aby dać swojej drużynie awans (fot. as.com)
Kolejne spotkania w lidze nie miały większej historii – wygrane mieszały się sporadycznie z remisami i  po 17 kolejkach Betis miał pięć punktów przewagi nad drugim Rayo Vallecano i pewnie przystąpił do dwumeczu z Getafe w ramach 1/8 Copa del Rey. Spotkania te pokazały, że lider Segunda Division mógłby śmiało walczyć z najlepszymi hiszpańskimi drużynami, gdyż mimo iż w pierwszym spotkaniu przegrał u siebie 1:2, to w rewanżu na Coliseum Alfonso Perez podopieczni Pepe Mola zagrali magiczne spotkanie. Gol Jorge Moliny i trafienia Rubena Castro, na które honorowym golem w 92. minucie odpowiedział Casquero sprawiły, że drugoligowiec awansował do ćwierćfinału, w którym już czekała na niego wielka Barcelona, czyli zapowiadał się pojedynek Dawida z Goliatem. Przygotowujący się do tego pojedynku Andaluzyjczycy zremisowali w międzyczasie z Hueską i trzy dni później wystąpili na Camp Nou przeciwko aktualnemu i przyszłemu mistrzowi Hiszpanii. Sensacji jednak nie było, a hattrick Lionela Messiego oraz trafienia Pedro i Keity pogrzebały nadzieje na sensacyjny awans. Przed rewanżem Betis wygrał jeszcze bez problemów z Alcorconem (znanym z wyeliminowania rok wcześniej Realu Madryt) i na rewanż z wcale nie najsłabszą jedenastką „Blaugrany” wyszedł ogromnie zmotywowany. Już po kilku minutach po golach Jorge Moliny Betis wygrywał dwiema bramkami, na które jeszcze przed przerwą odpowiedział Leo Messi. Tuż po przerwie wynik na 3:1 ustaliła żywa legenda klubu, Arzu, i może nie doszło do sensacji, ale bez wątpienia to „Verdiblancos” schodzili z boiska z tarczą. Pepe Mol wiedział, że nie ma szans z Barceloną i w rewanżu choćby na minutę nie wpuścił swojego najlepszego gracza, Rubena Castro, oszczędzając go na decydujące mecze o awans.
Wygrana z Barceloną w Pucharze Króla została odkupiona pięcioma kolejnymi porażkami w lidze (fot. as.com)
Walka w ramach Pucharu Króla miała swoje skutki. Pomimo pożegnania się z tymi rozgrywkami w dobrym stylu, trzy dni po rewanżu z Barceloną rozpoczęła się najgorsza seria w sezonie, w której Andaluzyjczycy przegrywali pięć kolejnych spotkań, z Villarrealem B, Granadą, Recreativo, Elche i Valladolid, strzelając w tych spotkaniach zaledwie jedną bramkę. Porażki te poskutkowały spadkiem na trzecie miejsce w tabeli, a posada Mola wisiała na włosku, gdyż brak awansu w drugim kolejnym sezonie byłby odebrany jako katastrofa. Na całe szczęście, później zaczęła się znowu pomyślna wędrówka na szczyt, rozpoczęta dzięki zwycięstwie nad Albacete. Później rozpoczęła się zwycięska seria, która pozwoliła Betisowi po 30. kolejce powrócić w końcu na fotel lidera.


Niestety, już w następnej rundzie spotkań przyszła porażka z Rayo, które wyprzedziło tym samym Betis, i późniejszy remis z Celtą, jednak później znowu rozpoczęła się wspinaczka na szczyt. która zaczęła się od zwycięstwa z Xerez w 33. kolejce. Przy jednoczesnym remisie najgroźniejszego rywala, wynik ten dał pierwsze miejsce w tabeli, którego zawodnicy Pepe Moli nie oddali już do końca. Kolejne spotkania pozwoliły tylko powiększyć przewagę nad rywalami. Ostatecznie Betis zakończył sezon z 4-punktową przewagą nad Rayo, z 25 zwycięstwami w sezonie (wygrane mecze stanowiły 60% ogółu) i imponującym bilansem bramkowym +41.

Nie ulega wątpliwości, że Betis znacząco odstawał od większości drugoligowców. Już sam przyjazd na wyremontowane przed tym sezonem 56-tysięczne Estadio Benito Villamarin było sporym wydarzeniem dla wielu zespołów, ale co ważniejsze, kibice nie zostawili klubu w potrzebie i przez cały czas pobytu na zapleczu Primera Division dopingowali swoich ulubieńców, ze średnią frekwencją na poziomie ponad 30 tysięcy widzów. Najlepszym strzelcem został Ruben Castro z 25 golami w lidze, tuż za nim znalazł się Jorge Molina z 19 trafieniami, jednak daleko było im od osiągnięcia gracza Barcelony B, Jonathana Soriano, który zdobył tytuł Pichichi drugiej ligi z 32 golami.
Ruben Castro był największą gwiazdą Betisu w ubiegłym sezonie (fot. diariodesevilla.es)
Druga część sezonu upłynęła jednak w bardzo smutnej atmosferze, gdyż w marcu podano do publicznej wiadomości, że Miki Roque, podstawowy obrońca zespołu, cierpi na nowotwór złośliwy i wkrótce potem został zoperowany. Nie jest postacią tak medialną jak Eric Abidal, ale w samej Hiszpanii wielu piłkarzy okazało swoje wsparcie, jak chociażby Carles Puyol, który w rozgrywkach ćwierćfinału Ligi Mistrzów zaprezentował koszulkę z napisem „Anims Miki!”.
Piłkarze Betisu całą końcówkę sezonu zadedykowali swojemu koledze, Mikiemu Roque
Piłkarze Betisu całą końcówkę sezonu zadedykowali swojemu koledze, Mikiemu Roque (fot. marca.com)
Nie wiadomo, jak będzie wyglądała kadra Betisu na nadchodzący sezon w Primera Division, jednak jeśli zostaną przeprowadzone podobne transfery jak rok temu, to bez wątpienia połowa Sewilli może spać spokojnie. Jedynymi pewnym póki co transferem są odejście doskonale znanego Polakom z MŚ 2006 Niemca Davida Odonkora, który po pięciu latach w Betisie postanowił na rok przed wygaśnięciem kontraktu wrócić do ojczyzny i pozwolić zarobić na nim Betisowi. Odonkor i tak nie był kluczowym graczem, gdyż większa część sezonu upłynęła mu pod znakiem kontuzji, a na dniach odejdzie zapewne do niemieckiego drugoligowca, Karlsruher SC, aby tam odbudować formę godną jego talentu. Drugim potwierdzonym transferem jest pozyskanie z Espanyolu Javiego Chiki, który wczoraj został oficjalnie zaprezentowany. Dyrektor sportowy andaluzyjskiego klubu, Serb Vlada Stosic, już teraz zapowiedział, że do rozpoczęcia sezonu do Betisu trafi przynajmniej czterech nowych graczy. Póki co plotki mówią o młodym Javierze Matilli i Jeffersonie Montero z Villarrealu, Rui Sampaio z portugalskiego Beira Mar oraz Mohamedzie Diame z angielskiego Wigan.



Siłą Betisu są jednak kibice. Pod względem ilości aficionados, z 3,3% wszystkich kibiców znajduje się na 6. miejscu w Hiszpanii (po Realu Madryt (32,8%), Barcelonie (25,7%), Valencii (5,3%), Athletiku (5,1%) i Atletico Madryt (4,3%)), ale przede wszystkim wszystkich hiszpańskich kibiców cieszy fakt, że znowu odbędą się niesamowite derby Sewilli, które jak zawsze będą poprzedzone ciętymi ripostami prezesów i okraszone widowiskową oprawą. Derby najgorętszego miasta Hiszpanii tak właśnie są nazywane – najgorętszymi derbami na Półwyspie Iberyskim, a na świecie ustępują im pod tym względem chyba tylko spotkania Boca Juniors z River Plate. Wystarczy obejrzeć film poniżej, żeby przekonać się, że Gran Derbi to przy derbach stolicy Andaluzji majowy piknik.
Włodarze Betisu zdają sobie doskonale sprawę, że kluczowe do sukcesu w przyszłym sezonie będzie zapełnienie zmodernizowanego stadionu, a co za tym idzie, przegonienie w ilości fanów oczywiście Sevilli FC. Dla kibiców, którzy dopingowali „Verdiblancos” podczas pobytu w Segunda Division, klub obniżył ceny karnetów o 15%, a wczoraj klub poinformował, że na przyszły sezon póki co sprzedano już 38 tysięcy karnetów, zatem można być spokojnym o atmosferę na stadionie. Czy przełoży się to na wyniki klubu na boisku i beniaminek zdoła namieszać w czole tabeli? Start przyszłego sezonu 21 sierpnia, jednak można śmiało powiedzieć, że Betis wrócił tam, gdzie jego miejsce – do Primera Division.

16 kwietnia 2010

Kartka z kalendarza: Marzec w Hiszpanii i zapowiedź kwietnia.

Nie będę w najbliższym czasie pisał już o Portugalii, odwlekę opis mojej podróży w czasie o czas nieokreślony, zamiast tego kartka z kalendarza z ubiegłego i początku obecnego miesiąca.

Poniedziałek, 1 marca 2010: Miesiąc nie mógł się chyba zacząć gorzej. Kolejny mecz w piłkę, kolejna bolesna kontuzja - tym razem ofiarny wślizg kosztował mnie utratę sporej części skóry z okolic uda, rana wygląda niezbyt okazale, mam nadzieję że szybko się zagoi, bo w czwartek kolejny mecz...

Czwartek, 4 marca 2010: Nadzieja matką głupich. Z bólu nie mogłem zasnąć, ledwo co mogę chodzić, a co dopiero mówić o graniu... Teraz czas na wyleczenie wydłużyłem do Las Fallas - największego święta regionu w roku, polegającego na spaleniu w piątek, 19 marca, dniu św. Józefa figur zwanych Ninots, które zespoły mieszkańców budują przez cały rok... Już nie mogę się doczekać ;-)

Sobota, 6 marca 2010: Świetna impreza! Vaclav, erasmus z Czech zaprosił mnie na imprezę zwaną "Winetasting". Każdy z 30 gości przyniósł butelkę wina i każdy musiał później skosztować każdego wina i ocenić które wino było najlepsze. Pełna kultura, ja przyniosłem butelkę różowego wina zakupioną podczas wycieczki do wytwórni oliwy w listopadzie, przynajmniej miałem pewność że nikt nie przyniesie takiej samej :-) I jeszcze jedna uwaga - po skosztowaniu pierwszych dziesięciu butelek, wszystkie pozostałe zaczęły smakować tak samo - równie dobrze ;-)





 
Niedziela, 7 marca 2010: Wczoraj byłem na Plaza da Ayuntamiento na Cabalgata del Ninot - wielka parada z pochodem prezentującym Ninots jakie będą wystawiane i palone podczas Las Fallas - imponująco i żartobliwie, np. pochód złożony z "gladiatorów" Realu Madryt z tarczami ze złotym symbole € zamiast herbu, symbolizującym chore pieniądze wydane tego lata na transfery; pochód pijących, bawiących się młodych ludzi i auta z otwartym bagażnikiem z którego dochodziły ogłuszające dźwięki - typowy botellon :-) i cała masa innych. W całym mieście czuć już atmosferę zbliżającego się święta, a ja odliczam dni do przyjazdu rodziców - 8.

Poniedziałek, 8 marca 2010: Wyjątkowo w poniedziałek (nagromadzenie się meczów w terminarzu z powodu europejskich pucharów) mecz Valencii, tym razem z Realem Racingiem Santander. Dotychczas nie byłem na meczu z mniejszą ilością goli niż przynajmniej dwa, tym razem musiałem po raz pierwszy w Hiszpanii obejrzeć bezbramkowe widowisko, którego bohaterem był... bramkarz Valencii, Moya, który uratował kilkukrotnie punkt dla Nietoperzy. Przynajmniej widać koniec sezonu - Mestalla zapełnia się przy każdym meczu prawie całkowicie, Valencia ciągle w grze w europejskich pucharach i wysokie 3. miejsce w Primera Division, będzie ciekawy finisz sezonu.


Środa, 10 marca 2010: Bilety do Maroka kupione! 7-15/04, Valencia->Madrid, Madrid->Fez, Marakesz->Madrid, Madrid->Valencia, mam nadzieję że będzie super, a loty kosztowały mnie stosunkowo śmieszne pieniądze - 50€, z czego 20€ z tej sumy kosztowały mnie płatności kartą... :-) Myślałem że po wycieczce do Portugalii nic w tym roku nie przebije tamtego tripa, ale opcja podróży przez pustynię dżipami i na wielbłądach działa na wyobraźnię ;-) Pierwsza wizyta w Afryce :-)
Czwartek, 11 marca 2010: Coś nieprawdopodobnego. W sześciu ostatnich meczach gracze Valencii dostali 5 czerwonych kartek, tym razem skończyło się na 1-1 u siebie z Werderem Brema. Emocjonujący mecz głównie z powodu tego, z kim poszedłem - na 13 osób, 7 to byli Niemcy i dopingowali wiadomo którą drużynę, swoją drogą podziałało to mobilizująco na Hiszpanów siedzących w naszym sąsiedztwie, bo zaczęli ich momentami przekrzykiwać. Mecz ciekawy, wynik wypaczony na korzyść Niemców przez sędziego... Czekamy na rewanż. Co warte odnotowania - pierwszy (i zapewne ostatni ;-)) mecz Asi na Mestalli. 


Poniedziałek, 15 marca 2010: Las Fallas oficjalnie rozpoczęte! Wczoraj wybraliśmy się "całym mieszkaniem" (ja, Jędrek, Pioterk i Stuart) na Carmen (Stare Miasto) zobaczyć najładniejsze ninotsy - niesamowite święto! Zdjęcia nawet tego dobrze nie oddają, wszędzie słuchać huk petard, wszędzie światła, hałas miasta, wydaje się jakby nagle liczba mieszkańców się podwoiła tylu przyjechało turystów. 

Odnośnie turystów - dziś w nocy i moi turyści w końcu przylecą do Valencii - już nie mogę się doczekać rodziców :-) I tylko szkoda że Brat nie dał rady także dotrzeć... Wciąż nie mogę się go doprosić o jakiekolwiek szczegóły kiedy wyobraża sobie przylot. Cóż, trudno, jego strata... Chciałem tylko żeby w te wakacje - czyli jedyny okres poza Świętami Bożego Narodzenia kiedy się widzimy - to on spędził trochę czasu u mnie, a nie tak jak zawsze ja u niego.

Wtorek, 16 marca 2010: Rodzice w końcu dotarli! Co prawda w środku nocy, ale na szczęście cało i bezpiecznie. Przywieźli także oczywiście mnóstwo prezentów (czyt. prowiantu :-) ), a teraz czas zrealizować plan na najbliższy tydzień. Zaczynamy oficjalnie świętować Las Fallas! ;-)

Czwartek, 18 marca 2010: Wczoraj w końcu wybrałem się do Oceanarium w Valencii, największego w Europie. Czekałem na to aż do marca z wiadomego powodu - na sponsorów :-) Baaardzo sympatyczne miejsce, podobnie jak Muzeum Nauk niepodali. 

Dzień później, tzn. dziś, razem z Jędrkiem i jego rodzicami, którzy również na czas Las Fallas przylecieli do Valencii, wybraliśmy się na corridę. Przyznam szczerze, uczucia mam jednoznaczne - byłem na corridzie dwa razy w życiu. Pierwszy i ostatni jednocześnie. Rozumiem, zabicie (zarżnięcie?) pierwszego byka mogło być interesujące. Drugiego też, bo mocno poturbował matadora. Ale trzeciego, czwartego, piątego i szóstego w identyczny sposób?! Coś odrażającego, i jeszcze reakcje publiczności, kiedy za każdym wbiciem żelaza w kark zwierzęcia wszyscy głośno krzyczeli "Ole!"... Nigdy więcej. Za to Las Fallas w pełni - nigdy wcześniej nie widziałem naraz tylu ludzi w Valencii, liczba mieszkańców spokojnie przekroczyła na czas święta dwa miliony. Turyści są wszędzie i zaczyna to być irytujące, kiedy chcesz przejść z jednego miejsca do drugiego...


Sobota, 20 marca 2010: Nie będę się rozpisywał o tych wszystkich atrakcjach jakie działy się w mijającym tygodniu, opiszę tylko samo zakończenie. Las Fallas kończy się zawsze 19 marca, w dniu Św. Józefa - w tym roku szczęśliwie wyszło że wypadło ono w piątek, więc był cały tydzień wolnego. Święto kończy się Cremą, wielkim festiwalem ognia podczas którego pali się wszystkie te figury, które można było oglądać przez cały miniony tydzień. Najpierw o 22 zaczyna się palić dziecięce Ninots - zrobione dla dzieci, "miniaturowe" - w cudzysłowie, bo tak naprawdę niektóre mają do 3-4 metrów wysokości i tylko w porównaniu z ich gigantycznymi "dorosłymi" odpowiednikami są miniaturowe. Później o 22:30 nastąpiło spalenie zwycięzców konkursu na dziecięce ninots, niestety nie mam pojęcia kto ten konkurs wygrał. Wszyscy jednak czekają z niecierpliwością na północ, kiedy to następuje początek wielkiej Cremy, podczas której spala się te ogromne ninots. My zostaliśmy na naszym osiedlu, Benimaclecie, zamiast iść na Plaza de Ayuntamiento i obserwować wszystko z odległości stu metrów, mogliśmy blisko domu mieć podobny widok. Całe przedstawienie skończyło się jednak bardzo późno, bo dopiero po 3 w nocy... A dziś z rana wyruszyliśmy wypożyczonym autem z rodzicami i Jędrkiem (którego rodzice zostali w Valencii i dziś po południu odlatują do Portugalii) na podróż do i po Andaluzji.

Poniedziałek, 22 marca 2010: No i po podróży - niesamowitej podróży! Po kolei. Najpierw Cordoba i niesamowita Mezquita - czyli po prostu Meczet - największa tak eklektyczna budowla w Europie, będąca w przeszłości świątynią pogańską, muzułmańską, a obecnie katolicką. 

Później Malaga - urocze miasto nas Morzem Śródziemnym, w którym nocowaliśmy z soboty na niedzielę. Następny przystanek - Granada i wizyta w Alhambrze, słynnej ogromnej warowni górującej nad miastem. Później Cartagena (nie mylić z Kartaginą ;-)) i szybki powrót do domu... Super podróż, z Andaluzji została mi jeszcze tylko Sevilla, którą mam zamiar odwiedzić w następnym tygodniu, i jestem absolutnie zadowolony z moich podróży po Półwyspie Iberyjskim! Rodzice już pojechali, następny raz widzimy się zapewne w... sierpniu?

 Środa, 31 marca 2010: I oto jestem w upragnionej Sevilli! Moment wybrałem genialny, a wszystko zaczęło się tak: najpierw pojechałem z Valencii do Madrytu, gdzie odebrałem na lotnisku Klaudię i Tomka (prawie jak w amerykańskim filmie ;-)) i następnie razem udaliśmy się do Sevilli, aby odwiedzić Kacpra i Klona. Pogoda w Sevilli doska, słonko grzeje, czuję że się spalę na tym słońcu i wcale mi to nie przeszkadza ;-) Przyjechałem do Sevilli w specyficznym okresie - Wielkanocy, która w Sevilli jest obchodzona najuroczyściej w całej Hiszpanii - pasos, tzn. procesje snują się po całym mieście, a wygląda to... strasznie, bo kondukty składają się z wiernych ubranych w stroje rodem z ku-klux-klanu...



Niedziela, 4 kwietnia 2010: Czuję się (i w sumie powinienem ;-)) jak na wakacjach... Sevilla jest piękna, czas mija z super ludźmi, wczoraj byliśmy nawet na meczu Sevilla - Tenerife i przekonałem się że w Hiszpanii jednak istnieje coś takiego jak głośny doping na trybunach! Widocznie to tylko taka domena Valencii/Mestalii że wszyscy siedzą cicho... Co nie zmienia faktu że musiałem zapisać kolejny plus po stronie Sevilli, ale w wojnie miast i tak wygrała Valencia ;-) Sorry, morze i plaża to dla mnie czynnik naprawdę decydujący ;-) Zły jestem na siebie strasznie bo spakowałem do Sevilli wszystko absolutnie... za wyjątkiem aparatu fotograficznego :/ No nic, na szczęście inna osoba ma. Co więcej - najdziwniejsza Wielkanoc w moim życiu, po raz pierwszy bez rodziny, za to wcale nie jest nierodzinna! Dziś było pieczenie mazurka (brawa dla Klaudii!), jutro jedziemy całą piątką stopem do Tarify do rodziny Kacpra - Tarifa to południowy przylądek Hiszpanii, bodajże także najdalej na południe wysunięty kraniec kontynentalnej Europy, zaledwie 13km od wybrzeża Maroka. Będzie się działo ;-) 

 

Wtorek, 6 kwietnia 2010: No i oto jestem na chwilę w Valencii. Tarifa była doska, głównie z powodu jazdy stopem - ja jedyny jadąc w pojedynkę miałem chyba najdziwniejszą podróż kiedykolwiek. Hiszpan, były piłkarz, a obecnie agent nieruchomości, podwiózł mnie swoim Audi przez połowę południowego wybrzeża do samej Tarify, ale tak okrężną drogą i z ogromem przygód po drodze że aż mnie samemu nie chce się wierzyć że to się wydarzyło ;-) Ale moje ręce to doskonale potwierdzają - stojąc i próbując łapać stopa strasznie się spaliłem na słońcu, już teraz wiem że na dniach zacznie mi po raz pierwszy w tym roku schodzić skóra... A sama Tarifa? Pobyt u rodziny Kacpra super, miasto urocze i niesamowicie wietrzne - podczas mojego pobytu wiał wiatr o mocy 8 stopnii w skali Beauforta - piasek wbijał się w stopy jak igły a wiatr uniemożliwiał poruszanie się... a mimo to i tak grupka Polaków wykąpała się w takich warunkach w oceanie ;-) Później pożegnanie (jak ja tego nie cierpię...) i ekspersowy powrót z Sevilli do Tarify, tym razem już nie stopem, bo nie mogłem pozwolić sobie na jakiekolwiek opóźnienia spowodowane czynnikami niezależnymi ode mnie... Dlaczego? Bo już jutro z samego rana lecę na osiem dni do Maroka! Do napisania później, tym razem bym się zachlastał jakbym zostawił aparat w domu... ;-)

26 stycznia 2010

Styczeń w Valencii

Tak, wiem, brak notki przez cały miesiąc to zdecydowanie za długo, ale co poradzić – sesja to sesja, nauka najważniejsza (tak podobno mówią), zatem i bloga sobie tymczasowo odpuściłem, ale czas nadrobić zaległości, zwłaszcza że ostatnia notka o Hiszpanii było pod koniec… listopada, a wydarzyło się naprawdę sporo.

Przede wszystkim powrót do Polski na Święta. Jeszcze dwa miesiące przed lotem głęboko zastanawiałem się czy na pewno to dobra decyzja. Jeszcze miesiąc przed przylotem nie byłem zupełnie pewien tej decyzji. Dziś, siedząc w Valencii i mając w głowie wydarzenia tych trzech tygodni, nie jestem w stanie pojąć, jak zmienna jest natura ludzka – i cieszę się z tego strasznie.

Może zabrzmi to bardzo dziwnie, ale bardzo potrzebowałem tego odpoczynku w Polsce. „Odpoczynku? Przecież jesteś w Hiszpanii!” mógłby ktoś powiedzieć… Jednak psychiczny odpoczynek był mi bardzo potrzebny. Codziennie mam tutaj na głowie tysiąc spraw, których nikt inny nie chce na siebie wziąć, poczynając od uczelni, przez podróże i na mieszkaniu skończywszy, kosztują mnie codziennie mnóstwo stresów, czasu i zmartwień „jak to będzie?”. Tak, „dorosłe życie”, mógłby ktoś powiedzieć, jednak to nie tylko o to chodzi, ale zostawmy to. Na chwilę obecną jest bardzo dobrze, oby tak pozostało do samego końca mojej erasmusowej przygody z Hiszpanią.

Ale wracając do Polski. Przede wszystkim – rodzina. Te Święta były naprawdę wyjątkowe, po raz pierwszy od trzech lat cała rodzina zasiadła przy wigilijnym stole. Wcześniej Robert przylatywał i odlatywał przed Wigilią albo w ogóle, w tym roku obaj wróciliśmy do Polski na Święta. Całą rodziną pojechaliśmy do dziadków na Suwalszczyznę i to tym bardziej sprawiło, że doceniłem rodzinne święta. Siedząc obok mieniącej się tysiącami światełek i pachnącej lasem choinki, bawiąc się z 3-miesięcznym kociakiem, miałem jedną myśl w głowie – to właśnie się nazywa szczęście. I naprawdę, w tym roku wszystkie materialne sprawy przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie – mógłbym nawet nic nie dostać na Święta, a nic by to nie zmieniło, ważne dla mnie było to, że jesteśmy w jednym miejscu wszyscy razem… No może nie do końca – liczyło się dla mnie to, aby prezenty, które ja wręczam sprawiły radość obdarowywanym i myślę, że udało mi się to w stu procentach, prawda Braciszku? ;-) Dodatkowo, już po powrocie do Łodzi – zobaczyć znajome twarze po kilku miesiącach to naprawdę bezcenne uczucie… Tego mi chyba brakowało i brakuje w Hiszpanii najbardziej – bratniej duszy, z którą mógłbym porozmawiać o wszystkim i niczym, zwierzyć się…

Jest także jeszcze coś, co sprawiło że pobyt w Łodzi stał się dla mnie tak ważny. Nie myślałem, że tyle może się we mnie zmienić przez trzy tygodnie, że przez trzy tygodnie osoba którą dopiero co poznałem może stać się dla mnie tak ważna. Oczywiście mam na myśli konkretną osobę, i chciałbym tej osobie podziękować jeszcze raz za te trzy tygodnie. Jeśli zrobiłem cokolwiek źle – przepraszam. Jeśli zrobiłem cokolwiek dobrze – nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie, mam tylko nadzieję że to będzie trwać dalej w tej lub innej formie.

Zmienię temat… Siedzę właśnie przy biurku, środek styczniowego dnia, obok mnie stoi mój wczorajszy zakup – piękny kwitnący fioletowy fiołek, a za oknem… no właśnie, za oknem polska wiosna w Hiszpanii.

Czytając tytuły wiadomości na różnych portalach internetowych przekonuję się, że kilkuletnia praca, aby znaleźć się tu gdzie teraz jestem była tego warta. Pogoda jest piękna – w grudniu było momentami naprawdę zimno, kiedy temperatura nocą spadała do kilku stopni Celsjusza (podziękowania dla piecyków, w hiszpańskich mieszkaniach nie instaluje się grzejników – bo i po co, skoro „zima” trwa tutaj trochę ponad miesiąc?), jednak po powrocie w styczniu przeżyłem ogromne zaskoczenie, spodziewałem się podobnej temperatury, jednak były dni, kiedy temperatura oscylowała w granicach 20°C i tylko świadomość, że gdybym szedł w samym koszulce to Hiszpanie patrzyliby na mnie jak na wariata nakazywała mi założyć na siebie jeszcze cienką rozpinaną bluzę. Podobnie było w listopadzie - to, że dla Hiszpanów zaczęła się już jesień/wczesna zima poznałem po tym, że zaczęli zakładać kurtki, dla mnie nadal temperatura była odpowiednia do chodzenia w samym T-shircie. Coś pięknego…

Kolejna bardzo ważna sprawa, jeśli nie najważniejsza podczas mojego pobytu w Valencii – zaliczenia, egzaminy, oceny końcowe. Na chwilę obecną nie wygląda to źle, najpierw przedstawię system w jaki działa uczelnia. Skala ocen to 0-10, po wystawieniu oceny każdy student ma tydzień na konsultację swojej oceny. Wszystkie oceny są do obejrzenia w wewnętrznym systemie uczelni – Intranecie – i nie trzeba latać od jednego wykładowcy do drugiego z kartą i indeksem. Zaliczenia niektórych przedmiotów polegały na systematycznej pracy podczas całego semestru (typu jeden assignment [nie wiem jak to przetłumaczyć na polski] do zrobienia na każdy wykład), systematycznej pracy podczas całego semestru i laboratoriów, systematycznej pracy, laboratoriów i końcowego projektu albo oprócz systematycznej pracy także kombinacji laboratoriów, obowiązkowych seminariów, prezentacji, esejów czy końcowego egzaminu. W tym semestrze realizowałem łącznie 8 przedmiotów, wliczając kurs hiszpańskiego przed rozpoczęciem roku akademickiego (przypomnijmy skromnie, z najlepszą oceną w grupie). Przedmioty z tego semestru:

  • Ciencia y Tecnología del Medio Ambiente (Nauka i Technologia Środowiska Naturalnego), z egzaminem końcowym na koniec, ciągle oczekuję na wyniki, ale jestem bardzo dobrej myśli;
  • Introduction to High Tech Marketing – z oceną 8,8;
  • Investigación Operativa (Operation Research) – z oceną 8,5;
  • Optimización y Control Óptimo – z oceną… 5,7, ale jak to wyszło z oceną z laboratoriów 8,8 i najważniejszą oceną z projektu 6 mnie nie pytajcie, ważne że zaliczone ;-);
  • Organizational Behaviour – z oceną 8,1;
  • Economía Española y Mundial (Ekonomia Hiszpańska i Światowa – końcowy egzamin w piątek, ale jestem o ten przedmiot dziwnie spokojny, gdyż już zrealizowałem 50% przedmiotu (uzupełnienie specjalnej przedmiotowej strony z teorią, zadaniami, komentarzami do artykułów plus seminaria, wycieczka do wytwórni oliwy i końcowy esej), a tyle właśnie wystarcza aby zaliczyć przedmiot, ewentualnie będę potrzebował ułamków punktu żeby zdać;
  • Diseño de Sistemas de Producción y Logísticos (Production and Logistic System Design) – i tu ciekawa sytuacja, gdyż teoretycznie przedmiotu do którego najwięcej się uczyłem... nie zdałem, ale ciągle sprawa jest w toku, gdyż najważniejszą (80%) część przedmiotu, czyli egzamin, zdałem, jednak pomimo zrobienia także wszystkich możliwych prac dodatkowych (esej i prezentacja) ciągle brakuje mi kilku dziesiątych punktu, aby osiągnąć wymagane minimum, dziś odbyłem jedno dające nadzieje spotkanie z wykładowcą, jutro kolejne z prowadzącym laboratoria drugim wykładowcą i prawdopodobnie w czwartek po kolejnym spotkaniu z wykładowcą moja sytuacja będzie jasna, czy będę miał zdany przedmiot czy też będę musiał poprawiać go na początku… lipca. Cóż, i tak zostaję w Valencii do końca lipca z powodu umowy na wynajem mieszkania, więc przynajmniej byłby jakiś sensowny powód ;-) Ale mam nadzieję, że nie będzie to konieczne.

Tak właśnie przedstawia się moja sytuacja na uczelni. Nie jest jednak to wielki powód do zmartwień (i chyba nie powinien być z dotychczasowymi wynikami?), a dodatkowo mam jeden wielki powód do… szczęścia, ponieważ w sobotę wsiadam do samolotu i lecę do Portugalii na 12-dniowe wakacje. Plan na chwilę obecną jest już prawie skończony, brakuje jeszcze tylko noclegu w Lizbonie i zmiennych niezależnych ode mnie. Plan zakłada odwiedzenie koleżanki w Covilhã, odwiedzenie Porto (dwa dni), Bragi, Doliny Douro, Aveiro, Praia de Mira, Coimbry, Nazare, Fatimy, Lizbony, Sintry, Faro, Lagos, Cabo de Roca i pewnie kilku innych ciekawych miejsc po drodze, zatem będzie to dla mnie podróż roku ;-) Mam szczerą nadzieję że mój plan zostanie zrealizowany i gdy wrócę 11/02 do Valencii będę mógł powiedzieć „nie wierzę że mi się to udało” i nie będę mógł uwierzyć w swoje szczęście! Ta podróż (plus lutowe odwiedziny) napełniają mnie ogromnym szczęściem, nadzieją i… zaniepokojeniem, oczywiście. Ale szklanka jest póki co do połowy pełna.

(prawdopodobnie moje ulubione miejsce w Valencii - fontanna w kształcie łodzi na plaży Malvarrosa)

¡Hasta más pronto que la ultima vez!

20 listopada 2009

W cieniu wielkiego sąsiada

Oglądając niedawny pogrom w meczu Austria - Hiszpania, po raz kolejny życzyłem sobie, aby to reprezentacja Polski grała w takim stylu jak wczoraj España. Nieważne jaka ekipa stanęłaby przeciwko Hiszpanii - żadna ekipa na świecie nie byłaby w stanie wygrać z tak grającą drużyną gości. Nie chcę usprawiedliwać Austryjaków ani szukać wymówek, że może gdyby nie czerwona kartka w pierwszej połowie to mecz wyglądałby inaczej - Fabregas, Villa, Xavi, Iniesta, Ramos i spółka grali futbol na najwyższym poziomie i tylko dzięki szczęściu i egoizmowi niektórych graczy (m.in. Silvy w pierwszej połowie oraz uniknięciu dwóch bramek samobójczych) Austria może się cieszyć że skończyło się tylko na 1-5. Z kolei dziwię się Del Bosque, że zostawił na placu gry Fabregasa (Arséne Wegner gdyby oglądał mecz Hiszpanii to pewnie rwałby o niego włosy z głowy, zamiast tego pewnie oglądał jak jego rodak Thierry Henry po raz kolejny rozpoczyna burzliwą dyskusję nad powtórkami telewizyjnymi w trakcie meczu) oraz że zdjął z placu Villę, który prawdopodobnie ustrzeliłby hat-tricha i jeszcze bardziej zbliżyłby się do pozycji najlepszego strzelca w historii Hiszpanii - w wieku 27 lat zaliczył 55 występów i strzelił 35 goli w kadrze (2. miejsce za Raúlem - 102 występy i 44 gole)...
(David Villa świętuje swojego pierwszego gola przeciwko Austrii)
Bilans Hiszpanii 2007-... : 44 mecze, 40 zwycięstw, 3 remisy, 1 porażka, bilans bramek 104-22, i moim zdaniem to nie Christiano Ronaldo, nie Lionel Messi, ale Cesc Fabregas jest obecnie prawdopodobnie najlepszym piłkarzem świata... Szczerze zazdroszczę Hiszpanom.
Ale chciałem pisać o czymś innym - o związkach futbolu z polityką w Hiszpanii. Pierwszym oczywistym przykładem jest Real Madryt i generał Franco i późniejsza wojna z FC Barceloną, ale wiele innych klubów także ma zapisaną w historii niechlubną kartę pozaboiskowej gry. Jednym z takich przykładów jest miasto Valencia i grające tam kluby - Valencia Club de Fútbol i Levante Unión Deportiva. Od lat zwykło się uważać (zgodnie z prawdą), że to klub z Mestalli jest największym i najbardziej załużonym przedstawicielem tego miasta, jednak mało kto wie, że bez wybitnej pomocy polityków, większość z tych sukcesów nigdy nie zostałaby osiągnięta, jak chociażby dwa kolejne finały Pucharu Europy, przegrane z Realem Madryt i Bayernem Monachium. Jednak wracając jeszcze głębiej do historii - rywalizacja Valencii z Levante zaczęła się już od chwili powstania klubu z Mestalli w 1919 roku, 10 lat po powstaniu Levante UD. Od samego początku klub to Nietoperze (przydomek Valencia CF) zaczęły gromadzić więcej kibiców, a przez to także i lepszych graczy i szybko wyprzedził Żaby (przydomek Levante UD) pod względem ważności w regionie, a jej uczestnictwo w rozgrywkach Pucharu Hiszpanii w roku 1923, jako pierwszego klubu w regionie, tylko ten status potwierdziło.

Przełomową datą był właśnie rok 1923 - to wtedy ówczesny prezes Valencia CF, Ramón Leonarte, podpisał dokument, na mocy którego kupiono tereny pod budowę powstałego w styczniu 1923 roku Estadio Mestalla. Kwota zapłacona za gruny w tamtym okresie była astronomiczna - 316.439 peset, jednak co warte podkreślenia ogromna większość środków pochodziła z pożyczek, w większości poręczonych przez miasto. Dziś sytuacja się powtarza - Valencia znajduje się już bliżej końca niż początku budowy nowego stadionu, o którym pisałem w poprzedniej notce. Nou Mestalla także powstaje z pożyczek, które wpędziły klub w ogromne długi, porównywalne z kłopotami Arsenalu po budowie Emirates Stadium.

Ale przenieśmy się na moment na północ Valencii, do Levante. Przez wiele lat klub miał problemy finansowe, ale jakakolwiek pomoc ze strony miasta nie wchodziła w grę, ponieważ to inny klub był "oczkiem w głowie" włodarzy. Aby ratować się przed likwidacją, klub połączył się z innym miastem regionu, Gimnástico, i w 1942 roku otrzymał aktualną formę. Jednak nie można było mówić o żadnej wojnie pomiędzy klubami - aż do roku 1969 obie ekipy grały na powstałej 10 lat wcześniej "starej" Mestalli i dopiero budowa Estadi Ciutat de València (aktualnego stadionu Levante) trwale oddzieliła obydwa kluby. Kto wie, czy gdyby nie inne koleje losu Valencia nie doczekałaby się tandemu godnego Interu i Milanu?

Oba kluby przez następne dekady radziły sobie wg. możliwości. Levante głównie lądowało w środku Segunda División, grając 5-krotnie w najwyższej klasie rozgrywkowej (najwyższe miejsce - 10., notując swoje najwyższe zwycięstwo w Primera División 5-1 z... FC Barceloną, 1964/65). Natomiast gdyby nie spadek w sezonie 1985/86, Valencia znalazłaby się obok Realu Madryt, FC Barcelony i Athletic Bilbao w gronie klubów, które nigdy nie spadły do drugiej ligi. Roczny pobyt w Segunda mobilizująco wpłynął na 4. najlepszą drużynę Hiszpanii w historii i już nigdy więcej nie zaliczyła ona pobytu w niższej klasie rozgrywkowej. I tutaj dochodzimy właśnie do punktu zwrotnego w naszej historii, który na trwałe podzielił Valencię na część Levante UD i część Valencia CF.

Początek lat 80. XX wieku w Hiszpanii to także początek kryzysu, który dotknął całą gospodarkę Hiszpanii, w tym także kluby piłkarskie. Valencia CF zapłaciła degradacją do Segunda División, Levante również znalazło się na krawędzi bankructwa i spadku do Segunda B (trzecia liga). Jednak wtedy zdarzył się przełom - politycy sprawujący władzę nakłonili bogatych sponsorów do pomocy, a ci postanowili wyłożyć miliony peset na pokrycie długów Valencia CF oraz na zakup nowych piłkarzy, którzy mieli przywrócić klub na jego prawowite miejsce w Primera Division. Cel udał się już po roku, jednak mniejszy brat - Levante UD - zostało pozostawione ze swoimi długami i problemami same sobie, co zakończyło się 8-letnią tułaczką tego klubu po boiskach trzeciej ligi, jednym z najgorszych okresów w historii klubu. Podczas gdy Valencia wstępowała na drogę do największych sukcesów klubu w historii (Puchar UEFA, mistrzostwa Hiszpanii), Levante systematycznie odbudowywało się i w końcu osiągnęło swój cel - w sezonie 2004/05 awansowało do Primera División, z której spadło sezon później.

(Valencia CF świętuje zdobycie mistrzostwa Hiszpanii, 2004)

Nie oznacza to jednak, że Levante całkowicie wyszło z problemów. Aktualnie sponsorem głównym klubu jest... Generalitat Valenciana, czyli Urząd Miasta Valencii - nie udało się znaleźć żadnego innego sponsora, a po kolejnym sezonie w Primera w sezonie 2006/07 klub spadł z niej sezon później z jeszcze większymi kłopotami ogranizacyjnymi. Sezon ten musiał się tak zakończyć: w połowie sezonu miało przerażający bilans: 19 meczów, 8 punktów, 9 punktów straty do przedostatniego Deportivo La Coruña, bilans bramkowy 11-35, brak strzelonego gola w przeciągu ubiegłego miesiąca (!), najdłuższa seria zwycięstw - jedno, najdłuższa seria bez porażki - jeden mecz, najdłuższa seria porażek - osiem, najlepszy strzelec Włoch Christian Rigano strzelił na półmetku sezonu cztery bramki, w dodatku trzy z nich w wygranym 3:0 meczu z Almerią, ale inaczej nie mogło to wyglądać, kiedy każdy bez wyjątku uciekał z tonącego okrętu. Polecam lekturę ciekawego artykułu, że nie tylko w Polsce może dochodzić do takich anormalnych sytuacji, ale nawet w ekipie, w której grali tacy piłkarze jak Sávio, Szota Arweładze, Lauren Robert, a wiele lat wcześniej Johan Cruyff. Jeśli dodać to tego ogromne kłopoty finansowe, które zmusiły klub do sprzedaży stadionu miastu w zamian za częściowe umorzenie długów, kształtuje się nam obraz totalnej katastrofy.

W tym samym czasie zupełnie inne nastroje panowały w drugim klubie Valencii. Klub może nie zdobył kolejnego tytułu mistrza Hiszpanii, ale miasto w 2006 roku zgodziło się na plany budowy nowego stadionu, co wywołało prawdziwą aferę. Jak się później okazało, radni zasiadający w komisji decydującej o zgodzie na budowę stadionu (a konkretniej przedstawiciele Partido Popular, rządzącej partii), doskonale wiedzieli, że Valencia CF nie posiada wykupionych wszystkich terenów, na których miał powstać (i powstaje) Nou Mestalla. Na nic zdały się sprzeciwy opozycji, mieszkańców (mało kto chciał zgodzić się na tak ogromny stadion w obrębie miasta) i w cieniu łapówkowego skandalu stadion jest już praktycznie gotowy, a miasto za swoją decyzję musiało zapłacić ogromne odszkodowania właścicielom niewykupionych wcześniej działek, a urzędnicy oczywiście stracili pracę i czekają na wyroki za niegospodarność. Nou Mestalla miała zostać oddana do użytku już we wrześniu tego roku, jednak z powodu kryzysu termin ten odłożono do sierpnia 2010, jednak już teraz częściej mówi się o lutym 2011. Valencia CF boryka się w tym momencie z ogromnymi długami, jednak prezes Valencii, Manuel Llorente, zdecydowanie zaprzecza, że będzie zmuszony sprzedać jakichkolwiek piłkarzy, aby załatać klubową dziurę budżetową, sięgającą kilku setek milionów euro.

A co z Levante? Na tym samym posiedzeniu rady, na którym decydowały się losy Nou Mestalla, miała zostać podjęta również zgoda na budowę nowego stadionu Levante, o który klub zabiegał od lat. Skończyło się na gwarancji, że "w niedługiej przeszłości" taka zgoda zostanie wydana, ale przede wszystkim nie jest jasne czy wszystkie tereny pod nowy stadion są w posiadaniu klubu i dopiero w 2008 roku potwierdzono, że wszystko jest w porządku, mimo iż Valencia CF nie musiała czekać na taką zgodę w ogóle (ponieważ wykrytoby nieprawidłowości). Oczywiście Levante nie otrzymało zgody na budowę stadionu w obrębie miasta i jego budowa zacznie się niedalego obecnego stadionu, na obrzeżach północnej części miasta. Smutna historia faworyzowania jednego klubu kosztem drugiego...

(gracze Levante UD świętują gola - strzelec Pedro León pokazuje koszulkę z napisem "Rozwiążcie to JUŻ!" z motywem kryzysu ekonomicznego klubu, kwiecień 2008)

Jednak w samym mieście i regionie pamięta się o tych wszystkich wydarzeniach z historii. Zapytałem niedawno znajomego, oddanego fana Levante, co sądzi o tym wszystkim i ku mojemu zaskoczeniu pierwsze co powiedział to... dumę, że to jego klub, mimo tylu problemów, potrafił, potrafi i będzie potrafił walczyć. Drugą rzeczą było to poczucie jedności, kiedy zasiada z przyjaciółmi na swoim stałym miejscu na stadionie i wie, że większość zebranych na 25-tysięcznym stadionie ludzi czuje to samo co on.


Na stulecie istnienia Levante UD w tym sezonie spisuje się rewelacyjnie. Aktualnie zajmuje 4. miejsce w Segunda División, z 3 punktami straty do liderującącej Cartageny i, mimo wysprzedania prawie wszystkich najlepszych zawodników (głównie obcokrajowców), ma wyrównaną kadrę, mogącą przy odrobinie szczęścia wywalczyć awans. Buduje się nowy stadion, klub powoli wychodzi na prostą, i tylko brakuje odrobinę pomocy od tych "z góry", aby klub ten zaczął odnosić sukcesy na miarę drugiego miasta Valencii.

29 października 2009

Valencia vol. 3.

Długą przerwę miałem (i niestety mieć zapewne będę) w pisaniu na blogu, jednak nie jest to moja wina - z powodu awarii laptop nie nadaje się do jakiegokolwiek pisania (nie mam pojęcia co się stało, prawdopodobnie puścił któryś lit (?) i klawisz "s" działa momentami jakby był ciągle wciśnięty - sssssssssssssssssss - i nawet wpisanie hasła logowania jest problemem, a co dopiero tej notki) i w sobotę wraca do Polski do serwisu, z tego też powodu nie mogłem napisać żadnej dłuższej notki, a nazbierało się zdarzeń po drodze niemało. Począwszy od moich urodzin na plaży, przez kilkudniowy wypad do Madrytu a kończąc na dniu dzisiejszym, kiedy to mając już prawie listopad za oknem panuje temperatura 30°C i człowiek zaczyna rozumieć co to znaczy umierać z gorąca. Ale, ponieważ nie wiem kiedy laptopa odzyskam zapewne będę musiał wstrzymać się z jakimkolwiek pisaniem na ten czas, chyba że zdecyduję się poświęcić sporo mojego czasu i spróbować powalczyć z hiszpańską klawiaturą i napisać notkę na uczelni... Zobaczymy ;-) Swoją drogą jedna ciekawostka - przed oddaniem do serwisu wyczyściłem całkowicie dysk twardy, ale zamiast pełnego wolnego dysku (120GB) mam zajęte blisko 30GB... wszystko można na Vistę zrzucić?
Jeszcze tylko kilka fotek Valencii nocą i...
¡Hasta la vista! ;-)

13 września 2009

Pierwszy raz z hiszpańskiego raju

Dziwne uczucie. Pierwsza notka z Hiszpanii...(wszystkie fotki mojego autorstwa, chyba że zaznaczono inaczej ;-) )
Właściwie to nie mam pojęcia od czego zacząć i o czym pisać. Czy o tym, że jest tu jak w raju (bo jest)? Czy też może o tym, że czas spędzam w towarzystwie innych erasmusów na uniwersytecie, na plaży, w różnych lokalach? Sam nie wiem, więc może od początku.
Lot. Wrocław -> Frankfurt, cztery godziny czekania i oto jesteśmy w samolocie do Valencii. Lot przebiegł bez żadnych problemów, za wyjątkiem taszczenia kilogramów rzeczy na sobie, aby przejść przez te żałosne limity bagażowe w Ryanairze.
Lądowanie w Valencii, wyjście z samolotu i podmuch gorąca. Można było pomyśleć, że to podmuch z turbiny silnika. Nie, to po prostu ciepło tego miejsca...
Szybki telefon do właścicielki mieszkania i metrem dojazd do mieszkania. Swoją drogą, lokalizacja naprawdę świetna - tuż obok jednej z największych stacji metra w Valencii, przystanek metra do Politechniki, 5-10 minut aby dojść na plażę (zależnie od temperatury, a co za tym idzie desperacji aby w końcu wejść do morza). Te trzy linie metra łączą tę lokalizację z dworcem kolejowym/autobusowym, lotniskiem i plażą właśnie. Marzenie. Widok z mieszkania - godny pozazdroszczenia, samo mieszkanie urządzone bardzo fajnie, początkowo myślałem że poza czajnikiem niczego nie brakuje, ale zrozumiałem że przy temperaturze przekraczającej 30 stopni C jednak niczego nie brakuje ;-)
W Valencii byliśmy zaledwie kilka godzin, bo trzeba było jak najszybciej dostać się do Gandii, miejscowości położonej 60km na południe od Valencii, gdzie odbywa się kurs hiszpańskiego przed rozpoczęciem roku akademickiego. Trafiliśmy do pokoju z dwoma Australijczykami - Alexem i Christianem - i muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie mieszkałem z tak zajebistymi gośćmi. Pasamos el tiempo muy bien! Niesamowici goście, a ta znajomość może być bardzo przydatna w przyszłości, kiedy będę chciał odbyć kolejną po Hawajach podróż życia, do Australii właśnie :-)
(z Christianem, fot. C. Clements)(współlokatorzy - fot. C. Clements)

Zajęcia są od poniedziałku do piątku, ale chyba nie ma sensu o nich pisać, lepiej skupię się na tym, co dzieje się dookoła. Codziennie chodzę na plażę, prawie codziennie gram w siatkę, nie było także choćby jednego dnia bez choćby małej fiesty - zwłaszcza ta wczorajsza robiła największe wrażenie - począwszy od beforeparty w naszym apartamencie...
(fot. C. Clements)
...przez pobyt w Tiki Barze, dotarliśmy o 4 do Coco Loco - niesamowity lokal, niesamowita fiesta! Całość zakończyłem powrotem o 7, wracając brzegiem morza oraz kąpiąc się w niesamowicie ciepłej nocą wodzie. Na samym kursie jest nie wiem, około 200 osób, rozsianych po różnych hotelach, z różnych krajów - USA, cała Skandynawia, Niemcy (większość), Francja, Australia, Grecja, Polska, Szwajcaria, Czechy, Chiny, Korea...
Z dodatkowych atrakcji - zapisałem się na lekcje gotowania po hiszpańsku, pierwsza z nich była niesamowita - najpierw clochinas...
...czyli ostrygi, prawdziwa rozkosz dla podniebienia, dalej chopitos......małe ośmiorniczki w panierce i na końcu paella valenciana......chyba najsłynniejsza potrawa z regionu Valencii. Do tego całą lekcję wspierał Fernando, prezydent Erasmus Student Network (ESN) Valencia, więc lekcja skończyła się degustacją oraz piciem sangrii (od której zaczynam się uzależniać), cervezy i białego megasłodkiego wina... A w przyszłym tygodniu kolejne dwie lekcje, i to zupełnie za darmo :-)


Odnośnie polskich akcentów - Polaków jest tu niemało, większość z nich zostaje studiować w filii UPV tutaj, w Gandii, ale także pewna część wraca z nami do Valencii. Szczerze powiedziawszy, rzadko kiedy mam czas zajrzeć do internetu głębiej niż facebook, a tym bardziej dowiedzieć się co w Polsce się dzieje. Śledzę tylko na bieżąco wyniki sportowe - śledziłem na bieżąco mecze siatkarzy, czytałem relacje koszykarzy, ale częściej idzie się do tapas baru i ogląda ligę hiszpańską albo reprezentację (Hiszpanii, oczywiście), tak jak to się działo dwukrotnie w ubiegłym tygodniu.
(Escuela Politécnica Superior de Gandia)

Zamiast siedzieć bezsensownie w sieci, kilka godzin dziennie spędzam także ucząc hiszpańskiego moich współlokatorów - naprawdę zaczynam uwielbiać tych gości z Australii, gdybym miał dwa wolne miejsca w mieszkaniu już dawno mieliby mieszkanie, ale jeszcze ich namawiam, może dadzą się skusić na pokój z łóżkiem piętrowym ;-) Ale jednocześnie muszę napisać ogłoszenie, że poszukuję jednej osoby do mieszkania, bo w moim czteropokojowym mieszkaniu właśnie ten jeden pokój z piętrowym łóżkiem ciągle czeka na lokatora.

(z Alexem i Christianem)(wycieczka po okolicznych wzgórzach, fot C. Clements)
Póki co nie myślę o początku roku akademickiego (to już za tydzień, przeraża mnie myśl, że czasem trzeba będzie przerwać tę fiestę i raz na jakiś czas usiąść do książek :-) Póki co tyle, zapraszam do galerii, póki co na facebooku, niedługo wrzucę więcej na picasę ;-)