Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hipertrofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hipertrofia. Pokaż wszystkie posty

26 listopada 2010

Nie-Moja Coma

Ostatni raz, kiedy napisałem na tej stronie relację z koncertu, był ponad dwa lata temu - była to relacja ze współorganizowanego przeze mnie festiwalu RAIN. Na samym początku muszę zaznaczyć, że ten tekst będzie dość długi i  dopiero na samym końcu znajdzie się relacja z wczorajszego koncertu oraz że należę do tej chyba coraz liczniejszej grupy, która uważa, że Coma skończyła się po drugiej płycie. Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków zawierała utwory, o których można było powiedzieć, że jeśli nie wszystkie (mnie osobiście nie przypadły do gustu tylko "Nie ma Joozka" i "Schizofrenia"), to większość utworów była naprawdę dobra i osiągnęła wysoki poziom swojej poprzedniczki-debiutantki, Pierwszego wyjścia z mroku, albumu Demo (który również posiadam, jak wszystkie inne wydawnictwa zespołu) nie liczę. Jednocześnie był to ostatni album, na którym mogliśmy usłyszeć po raz ostatni tego Piotra Roguckiego. Dla mnie osobiście niezrozumiałe jest to, co się stało później, jak i dlaczego tak się zmienił, i co mogliśmy usłyszeć na Hipertrofii i kolejnych płytach - całkowicie zmieniony głos, w którym nie dało się już usłyszeć tego młodzieńczego buntu i pasji w jego głosie, którą zarażał wszystkich słuchaczy. Zmieniła się także muzyka - miejsce zasłużonego Tomasza Stasiaka zajął perkusista Normalsów, Adam Marszałkowski, teoretycznie dopiero przed Hipertrofią, a praktycznie już w czasie nagrywania partii bębnów na ZSWAŚZ, a okoliczności rozstania można określić jednym słowem - niesmaczne i niepasujące do wieloletnich kolegów, ale cóż, biznes to biznes.

Hipertrofia była dla mnie płytą, w porównaniu z poprzednimi, łagodnie mówiąc bardzo słabą - nieudane eksperymenty muzyczne, przeciętne teksty, niezrozumiała "fabuła" albumu i spośród wszystkich utworów na tym dwupłytowym wydawnictwie, zaledwie kilka na poziomie poprzednich albumów. Później była Coma Live, następnie Symfonicznie - przyznaję, udany projekt i bardzo widowiskowy - oraz anglojęzyczna płyta Excess, przeznaczona na zagraniczny rynek, zawierająca anglojęzyczne wersje wcześniej znanych utworów, z trzema nowościami. Zwłaszcza jedna z tych premier wzbudziła moje kontrowersje - utwór "F.T.P.", czyli "Fuck The Police". Dla mnie była to już naprawdę przesada, rozumiem, że muzycy prawdopodobnie chcieli zrobić sobie żart muzyczny, ale zupełnie im to nie wyszło - utwór muzycznie świetny, ale treścią idealnie wpasowujący się w idee "pokolenia JP100%", która odebrała ten utwór całkiem serio, nie mówiąc nawet o tym, jaki obraz tworzy Coma za granicami naszego kraju, nie tylko sobie, ale także między innymi mieście Łodzi - niedoszłej Europejskiej Stolicy Kultury.

Osobnym tematem jest reakcja publiczności przez te wszystkie lata. Zacznę od mojej skromnej osoby - na koncerty Comy chodziłem już dziewięć lat temu, kiedy bilety były po 3zł lub 5zł, albo nie było ich wcale. Pamiętam cotygodniowe słuchanie Listy Przebojów Radia Łódź Adama Kołacińskiego, który tak naprawdę jest ojcem sukcesu Comy - co tydzień, najpierw w Liście Niezależnych, a później po wydaniu PWZM, w regularnym głosowaniu Coma nie miała konkurencji, a głosami łódzkich słuchaczy "Sto tysięcy jednakowych miast" przez 53 tygodnie - ponad rok! - o ile mnie pamięć nie myli, było na pierwszym miejscu tejże listy, ustanawiając rekord notowań. Pamiętam także zaproszenie na koncert Comy w studiu Radia Łódź, byłem także w pierwszej setce fanów w pierwszym fanklubie Comy, "Onlyway", liczbę koncertów Comy, na których byłem można określić już na ponad trzydzieści. Ważna jest w tym wszystkim dla mnie także pewna osoba, nieobecna już w moim życiu, ale która sprawiła, że słuchanie Comy było wtedy tak wyjątkowe... Dlaczego to piszę? Nie, nie żeby się chwalić, bo z perspektywy czasu uważam, że nie ma już czym. Piszę to, aby przedstawić obraz kogoś, kto był z Comą niemal od samego początku i był także emocjonalnie związany z jej twórczością, i który nie rozumie co się stało z tym zespołem...

Do czasu Hipertrofii wszystko było w porządku, później to wszystko wybuchło. Rozmawiałem ze znajomymi, wielu z nich miało podobne zdanie do mojego, przeglądałem także forum Comy - zdania były bardzo podzielone, a ja sam zastanawiałem się, gdzie podział się ten chłopak, który nie tak dawno sam grał na gitarze i śpiewał poezję... Pomimo niezadowolenia "starych" fanów, Coma zyskała tysiące nowych, którzy usłyszeli o tej Comie, którzy wszyscy słuchają i jest taka fajna, a reszta się sama potoczyła. Kolejne płyty tylko powiększyły ten rozłam - osoby takie jak ja słuchały Comy głównie tylko z powodu dawnego przywiązania lub innych podobnych przyczyn, powodów zdobywania nowych fanów, oprócz popularności i braku porównania do dawnych koncertów i nagrań, ja osobiście nie jestem w stanie zrozumieć. Dla mnie takim swoistym "zapalnikiem" do napisania tej notki był wczorajszy koncert Comy w Wytwórni.
Przyznam szczerze, zaskoczyła mnie idea trasy akustycznej z asystą symfoników, co prawda tylko siedmiu, ale jednak, i to głównie ciekawość zawiodła mnie na ten koncert. Ceny biletów na występ łódzkiego zespołu już dawno przestały mnie dziwić - 65 złotych za bilet to dla mnie zdecydowanie za dużo, ale cóż, miałem nadzieję że będzie warto, ba! przed rozpoczęciem koncertu brałem pod uwagę możliwość kupienia biletu na drugi koncert w Łodzi, 18. grudnia...

Pierwsze co poczułem, wchodząc na salę, to zdziwienie - po raz pierwszy przyszło mi słuchać rockowego koncertu... na siedząco. Na scenie już czekały instrumenty, jednak co ciekawe, akustyczne. Przed sceną w rzędach były ułożone krzesła, wznoszące się coraz wyżej, aby fani z dalszych miejsc także dobrze widzieli scenę, a rzędy były w połowie "przecięte" przez drogę do tychże miejsc. Dodatkowo jedyne wyjście prowadziło przez przód sceny - aby wejść lub wyjść, słuchacze musieli przejść przed sceną - dziwne, ale i ciekawe rozwiązanie, gdyż kto chciał mógł usiąść na podłodze tuż przed sceną. Muzycy nie kazali na siebie długo czekać - najpierw weszli symfonicy, po chwili zespołowi instrumentaliści - Marszałkowski, Kobza, Witczak, Matuszak - a na samym końcu, już przy akompaniamencie muzyki, Piotr Rogucki. Zaczęli od "Turn Back The River", ale szczerze powiem, że rozpoznałem ten utwór dopiero po słowach - aranżacje utworów były tak różne w porównaniu z oryginałami, że trudno je było rozpoznać, ale było to zdecydowanie in plus - muzyka tego wieczoru była najlepszą rzeczą, jaką spotkała publiczność, co innego można natomiast powiedzieć o śpiewie. Dla mnie forma Roguca tego dnia była po prostu bardzo słaba - nie śpiewał normalnie, tylko momentami, kiedy się wydzierał do mikrofonu, dało się usłyszeć jego dawne "ja", albo po prostu śpiewał... normalnie, jeśli przyjmiemy za wzorzec jego aktualne brzmienie, tak różne od tego sprzed kilku lat. Wiele dźwięków nie był w stanie wyciągnąć, a dodatkowo był bardzo zdekoncentrowany i czuł się nienaturalnie na scenie - czy aż tyle kosztowała go kariera aktorska? Później było "Zero osiem wojna", "Świadkowie schyłku...", "Trujące rośliny", "Popołudnia bezkarnie cytrynowe" i  feralna "Tonacja", podczas której zawinił sprzęt i muzycy musieli po kilkunastu sekundach przerwać występ. Między utworami Roguc zabawiał publikę dowcipnymi uwagami, i było to chyba najciekawsze, co tego wieczoru zaprezentował. Po chwili panowie zaczęłl grać dalej, później przeszli do "Pierwszego wyjścia z mroku", kiedy to wokalista zaczął śpiewać tekst do... innego utworu! Po chwili przerwał po raz kolejny tego wieczoru występ i dopiero po chwili muzycy zaczęli grać ponownie, tym razem z właściwymi słowami. Jak dla mnie bardzo źle zachował się w tej sytuacji Roguc, tłumacząc się, że to ciągle przechodzący pod sceną fani (cytat) "idący na siku" tak go rozpraszają. Dla mnie ta argumentacja była po prostu śmieszna - nieraz potrafił opanować tysięczny tłum, nie zwracać uwagi na wspinających się na scenę nietrzeźwych fanów, a teraz nagle zaczęli mu przeszkadzać spacerujący fani? Absurd. Niepewność widać było także na twarzach samych instrumentalistów, którzy sami nie wiedzieli, czego spodziewać się po ich liderze. Dalej zagrali "Transfuzję" z tradycyjnie wyklaskanym początkiem, "System", rewelacyjną (!), gdyby nie wokal, "Daleką drogę do domu", "F.T.P." (podczas którego na scenie pojawił się nauczyciel angielskiego wokalisty, bez komentarza), "Zamęt", przeciętne "Spadam", "Nie ma Joozka", "Świętą", po czym zeszli ze sceny. Na bisy pod sceną pojawiła się grupka fanów, którym w ogóle nie przeszkadzała słabsza forma wokalisty. Bisy zaczęły się od "Pasażera", później było "F.T.M.O." i koncert zakończyło "Sto tysięcy jednakowych miast", podczas których lekko zawiodła łódzka publika - przyjęło się, że nawet na "normalnych" koncertach ludzie siadają przy tym utworze, choćby i na podłodze - wczoraj Roguc musiał przypomnieć o tym fakcie publiczności, która dopiero wtedy usiadła, ale może to także wina samego zespołu, który już bardzo rzadko bywa w rodzinnym mieście? Koniec koncertu bardzo mnie zaskoczył, in minus - zacząłem zdawać sobie sprawę, że takich osób jak ja, które potrafią obiektywnie, a przynajmniej krytycznie spojrzeć na formę zespołu/wokalisty danego dnia, jest bardzo mało pośród kilkusetosobowego grona na sali. Zabrakło przede wszystkim najważniejszego dla mnie "Leszka Żukowskiego" i "Cisza i Ogień", ale cała reszta setlisty została przeze mnie przyjęta pozytywnie. Po samym koncercie, wychodząc z sali, mogłem głównie usłyszeć "Ale było zajebiście!", "Odjazd!", etc... i powiem szczerze, zasmuciło mnie to bardzo. Dla mnie świadczy to o tym, że Coma doczekała się już takich fanów, którzy nie dbają o to, czy zespół zagrał super, przeciętnie czy żenująco, dla których zespół mógłby zagrać i kolędy, a byłoby cudownie, bo zagrała przecież sama Coma... Na szczęście w kolejce do szatni usłyszałem mimochodem także opinie podobne do mojej, a nawet ostrzejsze, jak chociażby że (cytat) "to była parodia, nie koncert", ale były to tylko nieliczne przypadki...

Ja nie mam już żadnych wątpliwości - przy tym łódzkim zespole trzyma mnie już teraz tylko samo wspomnienie dawnych, młodzieńczych, pięknych czasów oraz ogromny sentyment, nic więcej. Z przyjemnością będę wkładał do odtwarzacza płyty Pierwszego Wyjścia Z Mroku i Zaprzepaszczonej Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków, oraz nie będzie mi przeszkadzać, że pozostałe płyty będą zakurzone leżały na półce... Szkoda. Wielka szkoda.
A tymczasem szykuję się na koncert Normalsów - już za trochę ponad tydzień, w tym samym miejscu, przynajmniej w tym przypadku wiem, że po zbliżającym się koncercie nie będę miał powodów do napisania podobnej notki. Do usłyszenia!
P.S. Wszystkie zdjęcia autorstwa yakrisa.

10 marca 2009

Relacja: Coma

Kto: Coma (support: Lemon Dog)
Kiedy: 07.03.2009
Gdzie: Wytwórnia, Łódź

Relacje lecą jedna za drugą, jednak pomiędzy koncertami był tydzień czasu, który spędziłem głównie lecząc swoje zjechane po opisanym wcześniej koncercie Happysadu & Much gardło oraz zdając egzamin językowy z hiszpańskiego na wspaniałą ocenę 4,5 (musiałem się pochwalić ;-) ). Podczas tego tygodnia przerwy przygotowywałem się na koncert Comy, przesłuchując kilkukrotnie Hipertrofię, i patrząc z perspektywy minionego koncertu widzę że nie było to potrzebne działanie. Ale o szczegółach za chwilę...

(fot. M. Kucharczyk)
Najpierw wspomnę kilka zdań o miejscu i organizacji koncertu. Odbył się on w klubie Wytwórnia działającym przy studiu filmowym Toya, byłem tam pierwszy raz po bardzo długiej przerwie, podczas której wyremontowano cały obiekt i nadano mu zupełnie inny wymiar. Zaskoczyłem się bardzo pozytywnie, bo lokal przygotowano perfekcyjnie do pełnienia roli hali koncertowej. Przede wszystkim - RE-WE-LA-CYJ-NA akustyka. Podczas grania zarówno supportu, jak i samej Comy słychać było każdy dźwięk. Pod względem aranżacji dźwięku był to koncert ze ścisłej czołówki w moim osobistym rankingu koncertów.
(fot. Bloo & kASj0)
Dalej kolejne plusy o miejscu koncertu - wysoki strop, dwa rzędy balkonów dookoła sali, rewelacyjne oświetlenie sceny i umiejętne wykorzystanie tego w czasie koncertu. Inną bardzo ważną sprawą dla mnie był zakaz palenia i picia na sali, sam widziałem jak ochroniarze w zdecydowany, ale i grzeczny sposób wyprosili kilka osób z papierosami na zewnątrz, a napić się można było w każdej chwili, ale tylko w cichym barze. Zwróciłem na to uwagę dopiero po powrocie, kiedy to z ogromnym zaskoczeniem odkryłem, że moje ubranie nie jest przesiąknięte dymem nikotynowym jak to zawsze wcześniej bywało.
Kolejną bardzo pozytywną rzeczą było świeże powietrze w sali, w której znajdowało się około dwóch tysięcy ludzi. Ze sprawnym opuszczeniem lokalu także nie było żadnych problemów i to pomimo faktu, że otwarte były tylko wąskie drzwi. Naprawdę mam ogromny podziw dla osoby zarządzającej Wytwórnią, rewelacyjna praca i mógłbym tak wychwalać jeszcze długo.
Ale żeby nie było tak kolorowo, były także uchybienia. Przede wszystkim brak szatni - mnie to problemu nie robiło żadnego, bo nakrycie zostawiłem w samochodzie, ale dla wielu osób był to duży problem, który uniemożliwił zabawę. Drugim negatywem była wysokość sceny, która jest ustawiona po prostu za nisko. Całe szczęście że jestem wysoki i stałem bardzo blisko sceny, dlatego nie miałem problemu z obejrzeniem całego koncertu, ale już osoby średniego wzrostu stojące nawet stosunkowo blisko barierek miały z tym niemały problem.
Ok, dość o samym lokalu, czas przejść do tego, po co ci wszyscy ludzie zgromadzili się w jednym miejscu - koncertu Comy, a przed nim innej łódzkiej kapeli Lemon Dog. Zacznę od supportu właśnie.
Szczerze powiem że sam zespół mnie nie zachwycił, ale także nie rozczarował. W skrócie ich styl mógłbym opisać zbliżonym do Normalsów, ale o wiele mniej zróżnicowani w swej twórczości, jednakowi w każdym kawałku, chociaż nie można im odmówić melodyjności. Występ kapeli Lemon Dog jako support ani na plus, ani na minus. Bywały gorsze supporty, także i przed Comą ;-)
Słuchając w przerwie Nickelback ciągle zastanawiałem się, jak publiczność przywita Comę. Wprawdzie był po drodze jeszcze jeden koncert w Łodzi, ale i tak patrząc na twarze ludzi zgromadzonych w wytwórni widziałem, że przyszli oni posłuchać po-hipertroficznej Comy po raz pierwszy. Zastanawiające było to, że stosunkowo bardzo długo trzeba było czekać, aż publiczność zaczęła wywoływać sam zespół, bo pierwsze okrzyki pojawiły się dopiero po około 20 minutach od zejścia Lemon Doga ze sceny, kiedy większość sprzętu już tylko czekała na muzyków.Ale w końcu pojawili się na scenie, i od samego początku zaskoczyli wszystkich którzy byli na Comie po raz pierwszy tej wiosny. Na scenie pojawił się Piotr Rogucki i zaczął... gotować rosół. Wrzucił do przygotowanego garnka warzywa, kurczaka i chwilę później chłopaki zaczęli koncert.
(fot. M. Kucharczyk)
Mimo wszystko w poprzednim zdaniu słowo "koncert" przyszło mi z trudem. Dlaczego? Bo publiczność była raczej świadkami spektaklu, na który nie miała żadnego wpływu niż pełnego energii i interaktywnego koncertu. Zerowy kontakt z publicznością aż do bisów. To było doskonale zaprogramowane widowisko, z wyświetlanymi na ogromnym ekranie za sceną grafikami, z rewelacyjną grą świateł, ale mimo wszystko - spektakl, nie koncert. Praktycznie dźwięk w dźwięk był to ten sam materiał, który Coma zarejestrowała w studiu. Każdy przerywnik, każdy utwór - to co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie to moment, w którym w czasie grania "Zero Osiem Wojna" na ekranie puszczono teledysk do tego właśnie utworu, który szedł idealnie jednocześnie z tym, co grali panowie z zespołu. Pierwszy raz w życiu widziałem coś takiego, a takich momentów tego wieczora było więcej.
(fot. M. Kucharczyk)
Napisałem że zagrali cały materiał z Hipertrofii, zatem przytoczę setlistę, przerywników nie liczę jako utworów:
- Wola istnienia...
- Lśnienie
- Transfuzja
- Nadmiar
- Trujące rośliny
- Osobowy
- Emigracja
- Zero Osiem Wojna
- Pożegnanie z mistrzami
- Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopców
- Ekhart
- Zamęt
- Widokówka
- Parapet
- Popołudnia bezkarnie cytrynowe
- Cisza i ogień
- Archipelagi
--
- Pierwsze wyjście z mroku
- Tonacja
- System
- Skaczemy
- Zbyszek
Zanim przejdę do ostatnich pięciu utworów to opiszę krótko swoje (i z tego co zdołałem zaobserwować dookoła siebie także wielu innych osób) spostrzeżenie dotyczące samego hipertroficznego repertuaru. Przede wszystkim odczucia co do trzeciej płyty Comy mam takie same jak przed tym koncertem - tak jak pisałem wcześniej w ogóle nie przypadła mi do gustu, a co więcej, uważam że jest po prostu słaba, a podczas jej tworzenia zabrakło choćby jednej takiej osoby (np. od wydawcy), która spojrzałaby na płytę obiektywnym okiem i powiedziała wprost "ten utwór nie wchodzi na płytę", a pewnie nieraz by to zdanie padło. Ale nie ma co gdybać, płyta już dawno ukazała światło dzienne, jednak na koncertach również nie można powiedzieć że ta muzyka broni się sama. Momentami było po prostu... nudno, co jest nawet dla mnie czymś niespotykanym, żeby użyć te dwa słowa - "Coma" i "nudno" - w jednym zdaniu, ale to prawda. Chwilami większą atrakcją niż to co działo się na scenie, zwłaszcza dla męskiej części publiczności (a działo się poza grą świateł niedużo), była dziewczyna na balkonie tańcząca w samym staniku... Widziałem także grymas niedowierzania i zniesmaczenia, kiedy w utworach "Nadmiar", "Osobowy" i "Parapet" gitarzysta Marcin "Kobez" Kobza zamiast grać na gitarze... skreczował.
(fot. Bloo & kASj0)
Podobnie odczucia tyczą się gitary basowej - przed wydaniem Hipertrofii bas był jednym z najważniejszych instrumentów, obecny w każdym kawałku, bardzo wybijał się ponad muzykę. Jako basista zwracam na to szczególną uwagę i podczas tego koncertu na grę basu zwróciłem dopiero przy... "Zbyszku", czyli ostatnim utworze, przy solówce Matuszaka, swoją drogą niesamowitej. Co do samego basisty jeszcze to muszę wrócić do jego wokalu w "Emigracji". Na płycie wykonuje on chórki do śpiewu Roguca, natomiast podczas samego koncertu miał możliwość samodzielnego zaśpiewania i przyznam szczerze że jestem w szoku. Mało kto chyba wiedział, że Rafał Matuszak ma tak rewelacyjny głos... Szkoda tylko że dostał tak niewdzięczny tekst do zaśpiewania, bo "z niewiadomych mi powodów" kiedy rozglądałem się na boki kiedy on śpiewał, nikt więcej nie śpiewał razem z nim "chciałbym homo się stać seksualny". Dodatkowo jeszcze w tamtym momencie te różowe oświetlenie sceny...
Zanim przejdę do bisów, jeszcze tylko kilka komentarzy o tych milszych momentach koncertu. "Trujące rośliny" wypadły, podobnie jak na płycie, rewelacyjnie; "Ekhart" - w końcu przekonałem się do tego utworu; "Popołudnia bezkarnie cytrynowe" - rewelacyjny utwór; "Transfuzja", podobnie jak jeszcze przed wydaniem Hipertrofii, została świetnie zagrana podczas koncertu; i na koniec "Cisza i ogień" - pomimo chorego gardła nie mogłem się powstrzymać i musiałem odśpiewać całość...
Po zagraniu całej płyty panowie zeszli ze sceny i po długim czasie nawoływania pojawili się na scenie i zagrali 5 utworów z pierwszych dwóch płyt. Przyznam szczerze, że zarówno dla mnie, jak i dla ogromnej większości zgromadzonych osób koncert zaczął się dopiero w tym momencie. A i tak nie zagrali skandowanego "Leszka Żukowskiego", "100 tysięcy jednakowych miast" czy "Spadam"...
Wychodząc z koncertu i zaczynając analizę tego koncertu musiałem go porównać z innymi koncertami Comy na których byłem, a "trochę" się tego nazbierało przez 8 lat słuchania tego zespołu. Naprawdę mała grupa osób skakała podczas koncertu, a bywały takie koncerty kiedy choćby bez minuty przerwy wypełniona po brzegi cała sala skakała w rytm muzyki... Ludzie się nudzili lub stali w skupieniu, kontemplując... Nie wiem czy bardziej doświadczeni fani Comy chcą doświadczać takich koncertów. Osoby, które przyszły pierwszy raz na pewno były zachwycone tym koncertem. Cała reszta miała bardzo mieszane uczucia. Podsumuję jednym zdaniem, które znalazłem na oficjalnym forum Comy jako podsumowanie tego koncertu - "koncert udany, naprawdę, ale moje serce biło trochę zbyt wolno. Jednak." Zgadzam się z tym w 100%.
P.S. Więcej zdjęć tutaj i tutaj.

22 listopada 2008

Coma - Hipertrofia

Coma - Hipertrofia (Sony BMG)



  • CD1: Party; Wola istnienia...; After party; Lśnienie; Diagnoza; Transfuzja; Przesilenie; Nadmiar; Nowe tereny migreny; Trujące rośliny; Ciągi i pociągi; Osobowy; Loty i odloty; Emigracja; Stosunek do służby wojskowej; Zero osiem wojna; Polish Ham; Pożegnanie z mistrzami; Chrum!; Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopów; Koniec pewnego etapu;
  • CD2: Początek pewnego etapu; Enhart; Na na na na; Zamęt; Zwalniamy; Widokówka; Przestrzeń nie-rzeczywista; Parapet; Popołudnia bezkarnie cytrynowe; Ślimak; Cisza i ogień; Epilog ze starym prykiem; Archipelagi; Recykling;
Skład:
  • Piotr Rogucki - voc
  • Marcin Kobza - g
  • Dominik Witczak - g
  • Rafał Matuszak - b, voc
  • Adam Marszałkowski - dr
Produkcja: Tomasz Zalewski, Coma
Ciężko jest mi napisać obiektywną recenzję najnowszej płyty Comy z dwóch powodów. Pierwszy z nich to mój osobisty stosunek do Comy – ich muzyka, a zwłaszcza wydanie dwóch poprzednich płyt zbiegło się w czasie z bardzo ważnymi wydarzeniami w moim życiu. Powód drugi to fakt, że znam ten zespół od wielu lat, z Piotrem Roguckim rozmawiałem już w 2002 roku, kiedy to w moje ręce wpadło demo zespołu Coma, i można powiedzieć że byłem naocznym świadkiem, jak przez te lata ewoluowała muzyka tej piątki chłopaków z Łodzi. Przez dziesiątki koncertów Comy na których byłem oraz setki odsłuchać nagrań Comy wyrobiłem sobie bardzo pozytywne i subiektywne zdanie o tym zespole. Pomimo tego spróbuję najobiektywniej jak potrafię zrecenzować najnowszą, trzecią płytę Comy – Hipertrofię.
Łatwo znaleźć tę płytę na półce w sklepie. Projekt graficzny płyty wyróżnia ją na tle innych wydawnictw, zazwyczaj ozdobionych zdjęciami wykonawców w dziwnych sytuacjach. Tym razem cała szata graficzna okładki, książeczek (dwóch, bo każdy krążek ma swoją własną) i płyt utrzymana jest w dwóch kolorach: czarnym i żółtym. Odpowiedzialny za projekt graficzny Rafał Matuszak wykonał kawał dobrej roboty, a spiralnie ułożone kwadraty na okładce zapraszają nas do blisko dwugodzinnej podróży z Comą.
To, co odróżnia ją od poprzednich wydawnictw to fakt, że jest to album dwupłytowy. Jak przyznał sam Piotr Rogucki w wywiadzie dla listopadowego „Teraz Rocka”, tym razem zespół nie pokusił się o kolejną, nie dla wszystkich zrozumiałą długą nazwę i postawił na jednowyrazową „Hipertrofię”, która oznacza (cytuję P. Roguckiego): „nadmiar, przerost, ale w humanistycznym ujęciu – wybujałość, nadmiar uczuć”. Po wielokrotnym odsłuchaniu albumu nie da się ukryć, że te słowa bardzo trafnie oddają klimat tej płyty – przerost owszem jest, ale... formy nad treścią.
Płyta w zamyśle miała być concept-albumem przedstawiającym życie człowieka od narodzin do śmierci, a nawet po niej. Pomimo iż cały album przesłuchałem od pierwszego do ostatniego dźwięku kilkakrotnie, pomysł tej płyty musi być ukryty naprawdę głęboko. W przeszłości nieraz zdarzało mi się interpretować utwory Comy na swój sposób, doszukiwać się głębszego sensu tam, gdzie wielu go nie znajdywało, jednak w tym przypadku nawet moja skromna osoba nie była w stanie rozgryźć na czym polegała ta idea, jaka przyświecała albumowi.
Mimo to postaram się podążać za tą myślą przewodnią albumu, recenzując kolejne utwory. Całość rozpoczyna „Party, jeden z osiemnastu utworów „instrumentalnych”. Celowo napisałem to określenie w cudzysłowie, bo tak naprawdę nie można powiedzieć, że są to przerywniki czysto muzyczne – większość z nich składa się z odgłosów ludzi, dźwięków poruszania się, odbywania stosunku, płaczu, nawet modlitwy. Przyznam szczerze, że większość tych przerywników uważam za zbędne, często za długie, nic nie wnoszące do samej treści albumu. Przypomina mi się w tej chwili poprzedni album Comy, Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków, na której również znalazły się podobne przejścia między utworami, jednak wtedy nie stanowiły one osobnych utworów, tak jak na „Hipertrofii”, oraz nie było ich aż tyle. Inną sprawą związaną z tymi przerywnikami są ich nazwy – naprawdę ciężko jest zrozumieć, jaki głębszy sens mają nazwy np. „Nowe tereny migreny”, „Polish Ham”, „Chrum!” czy „Ślimak”. Rozumiem, że wszystkie 17 utworów właściwych nie zmieściłoby się na jednej płycie, ale wydawanie dwóch dopełnionych tymi „zapychaczami”, bo tak w większości przypadków trzeba je interpretować, całkowicie rozbiło płytę.
O tych utworach instrumentalnych jeszcze będę pisał, teraz przejdę do kolejnego utworu - „Wola istnienia...”. Próbując pójść drogą concept-albumu zacząłem się zastanawiać, czy Comie chodziło o to, że bohater albumu został poczęty na imprezie (co sugerowałyby dźwięki w pierwszym utworze „Party”) i teraz rodzicielka bohatera rozważa, czy pozwolić nowemu istnieniu przyjść na świat? Innej interpretacji nie byłem w stanie się doszukać. „Wola istnienia...” to bardzo ważny utwór, słuchacz po raz pierwszy może usłyszeć to, na czym zastanawiał się od poprzedniej płyty – jak teraz brzmi Coma. Odpowiedź na to pytanie jest ciężka, bo z jednej strony to ciągle ten sam Rogucki na wokalu, ci sami muzycy na instrumentach (tak, bo „nowy” Adam Marszałkowski nagrywał z Comą już poprzednią płytę), ale jednak coś zupełnie innego. Piątka Łodzian nie zapomniała, jak tworzy się melodie, ani jak tworzyć dobre utwory, ale słychać poszukiwanie nowego stylu, nowej jakości grania.
Mijamy kolejny przerywnik - „After party” - i idziemy do kolejnego utworu, „Lśnienie”. Porównując ten utwór do wcześniej twórczości Comy to coś zupełnie nowego, utwór, który nie miałby prawa znaleźć się na poprzednich albumach. Spokojny głos Piotrka, zupełnie jakby opowiadał bajkę na dobranoc oraz subtelna gitara w tle na początku utworu, później już bardziej „comowo” - mocniej, wyraźniej, ale ciągle melodyjnie. Niestety, w tym utworze już nie jestem w stanie opisać odniesienia do idei podróży człowieka, widać natomiast podróż, jaką odbył Piotr Rogucki pod względem wokalnym – często zmienia intonację, sposób śpiewu, modulacje głosu, widać w jego śpiewie wyraźne wpływy jego aktorskiej kariery, pytanie tylko czy takie „udziwnienia” korzystnie wpływają na całokształt utworu...
Po kolejnym przerywniku, „Diagnozie”, czas na jeden z dwóch wcześniej znanych utworów Comy - „Transfuzję”. Pomimo iż we wcześniej wspomnianym wywiadzie Piotrek mówi, że tylko „Cisza i ogień” to utwór powstały przed tworzeniem materiału na nowy album, to mija się z prawdą. Już rok temu w łódzkiej Dekompresji usłyszałem ten utwór i szczerze przyznam, że nie powalił mnie na kolana. Nie wyróżnia się na tle płyty i mimo że zapewne będzie silnym punktem podczas trasy koncertowej to jednak na płycie wypada niezwykle blado. Podobnie jak dwa kolejne utwory – krótkie „Przesilenie” i „Nadmiar”, utwór, który nie zapada w pamięci. Jednak po kolejnym przejściu - „Nowe tereny migreny” - trafia się nam prawdziwa perełka na pierwszej płycie - „Trujące rośliny”, obok „Zero osiem wojna” najlepszy utwór na pierwszym krążku. Wciągająca linia melodyczna wokalu, mocny refren... Słuchając tego utworu czułem to, czego brakowało mi w początkowych utworach – dobrze znanego klimatu Comy. Szkoda tylko że tego typu utworów jest na płycie tak mało...
Przez kolejny utwór o (nie)wiele znaczącym tytule „Ciągi i pociągi” trafiamy na krótki utwór „Osobowy”, który jest utworem tragicznym i bynajmniej nie mówię o tematyce utworu. Wybijany na perkusji beat, tekst o „obsranych przedziałach jak ul” i sposób śpiewu Roguckiego sprawiają, że do tego utworu nie potrafię się przekonać, zresztą podobnie jak i do kolejnych utworów - „Loty i odloty” oraz „Emigracja”, utworu, którego również nie chciałbym znaleźć na tej płycie. Manieryczny wokal, pstrykanie palcami, wybijany na basie rytm, tekst o tym, że w naszej ojczyźnie zostały już tylko najbrzydsze kobiety i o marzeniach Roguckiego i Matuszaka (jako chórek) że chcieliby się stać homoseksualni – żenujące. Nawet jeśli utwór ten miał zostać potraktowany jako żart, to po prostu chłopakom nie wyszło. Na szczęście chwilę później, po „Stosunku do służby wojskowej”, przychodzi rehabilitacja – pierwszy singiel, „Zero osiem wojna”. Ciekawa lina melodyczna, świetne instrumentarium, może odrobinę niezrozumiały sens tekstu – wszystko to sprawia, że pochwalam decyzję Comy o tym, że właśnie ten utwór poszedł na „pierwszy ogień”, czyli na listy przebojów.
Niestety, potem do końca płyty nie jest już tak pięknie – totalnie bezsensowne „Polish Ham” z odgłosami zarzynanej świni, „Pożegnanie z mistrzami” (z wybitnym tekstem „świnia pozostanie świnią i nie zmieni tego nic”), „Chrum!” to utwory, które w pamięci nie pozostają ani chwilę dłużej niż tyle ile trwają. Nieco lepiej sytuacja wygląda z „Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopów”, jak widać Coma mimo wszystko nie zapomniała jak nazywać utwory. Pomimo usilnych prób i w tym utworze trudno było mi doszukać się głębszego sensu odnośnie woli istnienia i zmieniając płytę na drugi krążek czułem się bardzo rozczarowany tym, co usłyszałem. Na całe szczęście druga płyta poprawiła moją opinię o tej płycie.
Obie płyty scalają dwa utwory. Pierwszy krążek kończy „Koniec pewnego etapu”, natomiast drugi rozpoczyna „Początek pewnego etapu”. Dalej mamy najdłuższy utwór tego wydawnictwa, ponad dziesięciominutowy „Ekhart”, utwór, który jednak wkomponowuje się w styl Comy i daje nadzieję, że jednak może być lepiej. Po krótkim pseudo-koncertowym przerywniku „Na na na na” kolejny nowy stylowo utwór, „Zamęt” – połowę tekstu Rogucki wyśpiewuje przez syntezator, co akurat w tym przypadku korzystnie wpłynęło na utwór, oraz sama końcówka – ostra jazda z wykrzyczanym tekstem. Mijamy kolejny przerywnik „Zwalniamy” i przechodzimy do utworu o zabarwieniu balladowym - „Widokówki”. Wolny, melodyjny wstęp gitary i perkusji, liryczny śpiew Roguckiego i przejmująca końcówka sprawiają, że ogólne odczucia odnośnie Hipertrofii stają się pozytywniejsze. Po kolejnym przejściu, „Przestrzeni nie-rzeczywistej”, słyszymy jednak ponownie utwór bardzo zbliżony stylistyką do „Osobowego” - zmanierowany, nijaki wokal i prosty beat na perkusji to wszystko, co składa się na ten utwór. Jednak tuż za nim (o dziwo bez żadnego przerywnika) zaczyna się najlepsza część całego albumu, która trwa już do końca płyty. „Popołudnia bezkarnie cytrynowe” - w skrócie mogę napisać, że właśnie taką Comę chciałbym słyszeć. Charakterystyczna melodia gitary, wciągająca linia wokalna, interesujący refren i zapadający w pamięć koniec – o tym utworze mógłbym wypowiadać się tylko w samych superlatywach, ale może jest to kwestia także tego, że porównuję go do niestety bardzo słabej reszty płyty, co nie zmienia tego, że refren nuciłem sobie przez ostatnie kilka dni. A dalej jest jeszcze lepiej. Po „Ślimaku” starsi fani Comy dostali to, o czym mogli wcześniej tylko pomarzyć, mówię o prośbach nagrania starszych utworów typu „Anioły” czy Piosenka pisana nocą” na regularnych wydawnictwach. „Cisza i ogień” doznała tego zaszczytu i chwała Comie za to, bo nie znam fana Comy, który nie lubiłby tego utworu. Pamiętam, kiedy to 24 stycznia 2004 roku na koncercie w łódzkiej Funaberii 2 usłyszałem ten utwór po raz pierwszy (Coma zagrała go tego dnia po raz pierwszy w historii na koncercie) i już wtedy poczułem, że ten utwór zasługuje, żeby go nagrać. Piękny, „bujający się” utwór, który na koncertach wszyscy odśpiewują, odpływając gdzieś daleko, i podobnie jest z tą wersją, studyjną. Wystarczy usiąść wygodnie w ciemnym pokoju, zgasić wszystkie światła, podgłośnić muzykę, poczekać na solo na gitarze i... cały świat dookoła przestaje mieć znaczenie, można się zapaść w myślach. Przepraszam za takie osobiste opisanie wrażeń odnośnie tego utworu, ale ciężko jest mi inaczej odbierać jeden z najlepszych utworów Comy. Dla samego tego utworu warto było zakupić ten album.
Po przedostatnim już przerywniku, „Epilogu ze starym prykiem”, w którym to możemy usłyszeć modlitwę, zaczyna się przedostatni utwór, „Archipelagi”. Charakterystyczne intro na basie, trafiający do wnętrza refren, klimatyczna gitara sprawiają, że dzięki końcówce tej płyty, razem z kończącym „Recyklingiem” (w którym słyszymy m.in. fragment „Dalekiej drogi do domu” z Zaprzepaszczonych sił...), można częściowo zapomnieć o rozczarowywującym pierwszym krążku i wydać bardziej pozytywną ocenę Hipertrofii. Jednak nie można uciec od kilku wniosków, które bardzo nasuwają się po przesłuchaniu tych 35 utworów.
Pierwszy z nich to fakt, że Coma dostała absolutnie wolną rękę przy tworzeniu materiału. Podczas nagrywania nie było żadnej osoby „spoza”, z wytwórni, która, tak jak miało to miejsce przy nagrywaniu poprzednich dwóch płyt, powiedziałaby że ten a ten utwór nie brzmi dobrze, że to i to nadaje się do poprawy albo w ogóle lepiej tego nie nagrywać. Zespół Coma wypowiada się na temat tej nieograniczonej wolności nagrywania jako o wielkiej zalecie albumu, ja jednak muszę ocenić to jako ogromną wadę. Wiele utworów, zwłaszcza tych instrumentalnych, ma się nijak do muzyki i nie pozwala ocenić pozytywnie tej płyty. Może gdyby podczas nagrań była jakaś obiektywna osoba spoza zespołu, która powiedziałaby w odpowiednim momencie tym eksperymentom „stop”, otrzymalibyśmy wydawnictwo wybitne. Jednak nikogo takiego nie było i muszę stwierdzić, że pomimo iż muzycy dysponują nieprzeciętnymi umiejętnościami i pomysłami, to do rąk słuchaczy trafiło wydawnictwo zaledwie przeciętne, często niezrozumiałe, zwłaszcza jeśli chodzi o ideę concept-albumu.
Pisząc o Comie nie mogę także nie napisać o jeszcze jednej bardzo ważnej sprawie, mianowicie (nie)oficjalnej zmianie perkusisty. Adam Marszałkowski, jak każdy łódzki muzyk wie, to jeden z najlepszych perkusistów w Łodzi, istnieje nawet żart, że połowa młodych łódzkich perkusistów uczy się prywatnie, druga połowa u Marszałkowskiego właśnie. Nie mogę się do samej gry perkusji na płycie przyczepić, chodzi mi tu raczej o aspekt ludzki i szacunek dla fanów. Adam to (były?) perkusista innego świetnego łódzkiego zespołu Normalsi, z którym to wypłynął na szerokie wody polskiej sceny muzycznej. Jednak jeszcze przed wakacjami nieoficjalnie niektóre osoby związane bliżej z zespołami zaczęły mówić o przenosinach z Normalsów do Comy, a fani szukali informacji potwierdzającej lub zaprzeczającej tym plotkom. Po dziś dzień, koniec listopada, nie ma żadnej oficjalnej informacji odnośnie zmiany na miejscu perkusisty, jest jedynie krótkie napomknięcie w zakładce Historia na oficjalnej stronie Comy, że w 2008 roku do zespołu dołączył Adam Marszałkowi. Panowie, tak się nie traktuje fanów, a tym bardziej swoich kolegów po fachu. Nie chcę dociekać powodów i okoliczności tej zmiany, ale dla informacji ciekawych powiem, że na oficjalnej stronie zespołu Normalsi w zakładce Skład ciągle widnieje Adam Marszałkowski. Jedno jest pewne – ta zmiana na pewno wyjdzie Comie na dobre.
Kończąc tę przydługą recenzję muszę napisać, że Hipertrofia mnie rozczarowała. Po tak dobrych poprzednich płytach, na których Coma bardzo wysoko podniosła sobie poprzeczkę, spodziewałem się czegoś znacznie lepszego niż eksperymentowanie przez większą część albumu, nadawanie sensu czemuś, co dla przeciętnego słuchacza zapewne tego sensu mieć nie będzie. Pomimo świetnej końcówki drugiego krążka oraz (zaledwie) dwóch interesujących utworów („Trujące rośliny” i „Zero osiem wojna”) moja ocena końcowa nie może być korzystna. Nie mogę się doczekać grudniowego koncertu w Łodzi, na który stawię się obowiązkowo. Wtedy będę mógł zweryfikować swoją opinię. Na samo zakończenie z żalem stwierdzam, że patrząc na program trasy koncertowej widać wyraźnie, że Coma chyba przestaje już traktować Łódź, jako rodzinne miasto, wyjątkowo. Do dziś pamiętam trasę promującą Pierwsze wyjście z mroku i ostatni, kończący koncert trasę koncert w Funaberii 2, podczas którego panowała magiczna wręcz atmosfera. Oby te czasy jeszcze kiedyś wróciły.