Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Press. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Press. Pokaż wszystkie posty

31 marca 2011

Litwa - Polska: Krajobraz po bitwie

Kiedy aplikowałem na kolejny mecz naszej piłkarskiej reprezentacji z Litwą, nie spodziewałem się, jakie emocje i wydarzenia będą towarzyszyć temu spotkaniu. Dopiero na kilka dni przed samym meczem zrozumiałem, że nie będzie to kolejny nudny wyjazd, z typową relacją, kilkoma wywiadami i publicystyką, krytykującą styl kadry tudzież okoliczności, w jakim przyszło Polakom rywalizować z naszymi sąsiadami. Po przyjechaniu na cztery godziny pod stadion przed pierwszym gwizdkiem sędziego wiadomo było, że towarzyskie spotkanie w Kownie będzie obfitowało w wiele emocji. Mało kto chyba jednak spodziewał się, że będą one wyłącznie negatywne i niekoniecznie związane z wydarzeniami na boisku.

Nasi północno-wschodni sąsiedzi bardzo skrupulatnie przygotowali się do tego meczu, mając w pamięci spotkanie sprzed czterech lat, kiedy to w ramach II rundy Pucharu Intertoto Legia Warszawa pojechała do Wilna, aby zmierzyć się z tamtejszą Vetrą, zresztą litewska policja realizowała w piątek właśnie operację „Vetra”. Wtedy spotkanie zakończyło się już po pierwszej połowie, gdyż kibole z naszej stolicy zdemolowali większą część stadionu, Legia natomiast została ukarana za zachowanie swoich pseudokibiców dwuletnim zakazem gry w europejskich pucharach. Był to jeden z głównych powodów, dla których temu towarzyskiemu meczowi akompaniowały nadzwyczajne środki ostrożności. Litewska policja nie ograniczyła się tylko do zwiększonej liczny policjantów przy stadionie – już od samej granicy z Polską co kilka, kilkanaście kilometrów ustawiony był patrol policji, który wyłapywał samochody z polskimi kibicami. Autor artykułu został przez taki patrol zatrzymany dwukrotnie – raz w celu wylegitymowania, drugi raz z powodu przekroczenia prędkości, ale na szczęście zakończyło się tylko na upomnieniu, wskazaniu drogi na stadion i życzeniu miłej podróży. Dodatkowo zatrudniono dwie agencje ochrony, dlatego liczba funkcjonariuszy była niemal równa liczbie przyjezdnych kibiców, którzy wykupili komplet 1300 biletów przewidzianych dla gości plus wykupili pulę 700 biletów udostępnionych przez stronę litewską, która nie rozprowadziła wszystkich biletów wśród swoich fanów. Nieoficjalne liczby mówiły o 2000 kibicach z Polski - nieoficjalne, gdyż po wyłamaniu bramy wejściowej nikt już nikogo nie kontrolował.

Po dotarciu na sam stadion już na kilka godzin przed meczem wiadomo było, że nie będzie to spokojny wieczór i że lepiej na stadion nie przychodzić z całą rodziną. Litewscy kibice pojawili się stosunkowo późno, zaczęli zapełniać swoje sektory na godzinę przed meczem, natomiast Polaków można było zobaczyć i (przede wszystkim, niestety) słyszeć cały czas. Stadion narodowy w Kownie składa się z dwóch trybun – jednej długiej, dookoła 1/3 boiska oraz drugiej mniejszej, usytuowanej za jedną z bramek, oddzielonej od pierwszej murem. Patrząc na późniejsze wydarzenia, wybór tego obiektu na miejsce spotkania był najlepszą możliwą decyzją z logistycznego punktu widzenia, gdyż gdyby polscy kibole mieli bezpośredni dostęp do Bogu ducha winnych Litwinów, mogłoby skończyć się nie tylko starciami z policją. Dziennikarze ulokowani byli w dolnej części trybuny zajmowanej przez lokalnych kibiców, zatem widok na wydarzenia na sąsiedniej mieli doskonały. Ciągle łapię się na tym, że piszę „kibice” zamiast „kibole”, jednak szybko się poprawiam. Kibiców w Kownie była garstka i widząc, co się dzieje, szybko opuścili stadion lub nawet na niego nie weszli.

Polacy zapełnili swoją trybunę już na godzinę przed meczem i od samego początku zaczęły się problemy, głównie z wejściem na stadion. Litwini otworzyli tylko dwie bramki, co w połączeniu z uzasadnioną szczegółową rewizją przyniosło fatalny rezultat, jakim było przełamanie ogrodzenia przez napierający tłum, dzięki czemu na trybunę mógł wejść każdy, uzbrojony w co tylko chciał – noże, race, petardy. Już przed wejściem na stadion, w momencie przyjechania autokaru z reprezentacją Polski, piłkarze, przechodząc do szatni, mogli ujrzeć dantejskie sceny, kiedy to polscy kibole bili się nawzajem między sobą. Transparenty z celtyckim krzyżem (przez które kilkukrotnie przerwano mecze w polskiej Ekstraklasie), odpalanie petard i rac, skandowanie: „kto nie skacze, ten z policji” , „j... policję” oraz tradycyjna przyśpiewka o PZPN-ie były wałkowane niemal bez przerwy. Nikt chyba nie spodziewał się, że może być jeszcze gorzej, i to nawet przed rozpoczęciem meczu. Na trybunie prasowej dziennikarzy odwiedziła Agnieszka Olejkowska, rzecznik prasowy PZPN-u, i poinformowała o smutnym wydarzeniu, jakim było skatowanie kibica Cracovii przez kiboli z Białegostoku. Wg. pani rzecznik, nie spodobało im się, że wykrzykuje on hasła swojej drużyny i tylko interwencja ochrony prawdopodobnie zapobiegła śmierci kibica z Krakowa. Do tego wyrywanie krzesełek i ogrodzenia, regularna bitwa z policją.

Mylił się ten, kto myślał, że to koniec nieprzyjemnych wydarzeń na tamten wieczór. Kibice (znowu się zapomniałem) „Mazurka Dąbrowskiego” odśpiewali przy odpalonych kilkunastu racach, między hymnami zdołali przypomnieć swoje zdanie o PZPN-ie, a hymn Litwy początkowo zagłuszyli słowami: „gramy u siebie”, jednak szybko się opamiętali, gdyż zwłaszcza na Litwie ta przyśpiewka nie ma pozytywnego wydźwięku. Po opublikowaniu artykułu na iGolu, szczerze dobiły mnie komentarze. Jeden z pierwszych brzmiał „co masz do rac podczas hymnu?!”. Odpowiadam: wolę odśpiewać hymn na stadionie z podniesionym w górę szalikiem, niż przejmować się tym, że jakiś idiota obok mnie odpalił racę, co nie dość że stwarza pewne niebezpieczeństwo dla ludzi dookoła, to jeszcze mnie oślepia. Ale o czym ja w ogóle piszę - przecież osoba odpalająca race podnieca się wtedy jaka to jest zajebista, super i w ogóle „JP na 100%”. Żal, wstyd i szkoda czasu dla takich idiotów.

Pierwsza część spotkania upłynęła w stosunkowo spokojnej atmosferze, jeśli nie liczyć tych wszystkich rac, petard i innego rodzaju środków pirotechnicznych, które raz za razem odpalali kibole. Na nic zdawały się wielokrotne upomnienia spikera w języku polskim, apelującego o spokój. Jak się później dowiedziałem, oprócz tych wszystkich środków pirotechnicznych, w stronę policji leciały już od samego początku kawałki płyt betonowych, które kibole wyrwali z ziemi i po rozczłonkowaniu użyli jako broni. Pierwszy stracony gol, chwilę później drugi tylko dodały animuszu Polakom, którzy zamiast skupić się na dopingu, rozpoczęli swoisty festiwal burd i awantur. Gdyby nie przezorność Litwinów, zapewne bylibyśmy świadkami powtórki z Wilna. Na szczęście zniszczona została tylko jedna trybuna, a nie cały stadion...
Cała druga część spotkania upłynęła w atmosferze możliwości przerwania spotkania w każdym momencie. Litwini w żaden sposób nie prowokowali, oddaleni na bezpieczną odległość nie odpalali rac, nie rzucali przedmiotami, nie skandowali obraźliwych haseł pod niczyim adresem, w przeciwieństwie do Polaków. Jedynym zarzutem pod adresem gospodarzy mogła być zła organizacja wspomnianego wejścia na stadion oraz duża prewencja, jaką było przykładowo zatrzymywanie jeszcze przed spotkaniem głośno zachowujących się kibiców. Na kwadrans do końca spotkania sędzia musiał jednak na chwilę przerwać mecz, gdyż największy tego dnia pokaz pirotechniczny dali pseudokibice z Polski, którzy obrzucili racami policjantów stojących poniżej. Kibice z dolnej trybuny po tym wydarzeniu już na stałe opuścili swoją trybunę, rezygnując z oglądania końcówki spotkania, słusznie bojąc się bardziej o siebie, a ich decyzja była także spowodowana dużą ilością gazu łzawiącego, rozpylonego w tamtym rejonie. Co kilka minut słychać było strzały z broni gładkolufowej, a sami kibole obrzucali z najwyższych rzędów policjantów stojących także za trybuną, co można obejrzeć pod tym adresem. Kuriozalnie i niepoważnie, żeby nie powiedzieć: żałośnie, wyglądało w tej sytuacji odśpiewanie przez polskich kibiców „Mazurka Dąbrowskiego” w okolicach 80. minuty – oprócz małej grupki prawdziwych kibiców, pozostali na trybunie kibole nie mieli z postawą prawdziwego przyjaciela polskiej reprezentacji nic wspólnego. Po końcowym gwizdku sędziego polscy piłkarze podeszli jeszcze podziękować nielicznym kibicom pozostałym na trybunie... tylko nikt do końca nie był pewny tego, za co można im było dziękować.

Mecz udało się ostatecznie doprowadzić do końca i Litwini wygrali z Polską 2:0, a kilkanaście minut po zakończeniu spotkania opróżniła się także trybuna gości, ukazując wszystkim obraz jak po bitwie. Powyrywane krzesełka, liczne kamienie i pozostałości po racach pozostawione na bieżni przed trybuną, zdemolowane ogrodzenie... Dziennikarze próbowali po spotkaniu dowiedzieć się od polskich piłkarzy, co sądzą o zachowaniu kibiców, którzy będą zapewne obecni także podczas Euro 2012. Litwini pojedynczo opuszczali szatnię, chętnie udzielając odpowiedzi swoim rodakom, natomiast do polskich dziennikarzy podeszło tylko pięciu członków kadry Franciszka Smudy. Pierwszy pojawił się Jacek Zieliński, który przez kilkanaście minut udzielał wyczerpujących wypowiedzi, jednak jego wypowiedź była przerywana kilkukrotnie przez napastliwego kibica, który chciał się koniecznie dowiedzieć, jak się czuje pan Jacek – ochrona litewska nic sobie z tej sytuacji nie robiła i nawet nie chciała odsunąć dociekliwego kibica. Kolejni pojawili się Grosicki, Lewandowski, Błaszczykowski i Głowacki, wszyscy pozostali przemknęli się grupkami za kolegami, ignorując dziennikarzy. Pomocnik Sivassporu nie chciał w żaden sposób skomentować zachowania polskich kibiców, podobnie jak obrońca Trabzonsporu, Głowacki, który poprosił o pytania dotyczące samego spotkania. Od odpowiedzialności za kibiców nie uciekł natomiast kapitan kadry, Kuba Błaszczykowski, który szczerze przyznał, że było mu wstyd za kibiców i nie wyobraża sobie, że taka sytuacja może się powtórzyć za rok na polskich stadionach, podziękował jednak tej niewielkiej grupie kibiców, którzy naprawdę chcieli tego dnia dopingować jego i jego kolegów.

Opuszczając godzinę po zakończeniu spotkania stadion, czułem przede wszystkim wstyd, że takie bydło (przepraszam za słownictwo, ale inaczej się tego nie da nazwać) to także Polacy. W myślach pojawiało się przede wszystkim pytanie: po co? Pod moimi artykułami widziałem wiele uwag pod moim adresem, nie będę ich nawet przytaczał, bo szkoda na to czasu, nie są tego warte. Z reguły nie czytam w ogóle komentarzy pod moimi publikacjami, to był wyjątek. Ciekawe było np. poinformowanie mnie, że za pomówienie w sprawie bójki kibiców zostanie mnie personalnie wytoczony proces... Inne komentarze podawały powody awantur: Litwini pierwsi zaczęli (no faktycznie, policja rzuciła się na Bogu ducha winnych kibiców, którzy szli tylko w kominiarkach/szalikach na twarzy i niszczyli tylko co im się nawinęło po drodze, więc faktycznie, bez powodu), obrona Polaków na Litwie (wspaniały pomysł, krucjata na Litwę... czy tylko ja uważam, że takie sprawy pozostają w gestii polskich kolejnych rządów, a nie grupy bandytów?), czy też właśnie zła organizacja wejścia na trybunę (istotnie, przecież nie powinni byli wszystkich przeszukiwać, powinni byli wpuszczać każdego ze swoimi nożami, racami i innymi elementami stadionowego wyposażenia)...Najgorsze w tym wszystkim było to, że te komentarze to nie były żarty - ci wszyscy ludzie pisali poważnie, wspominając jaki to udany wyjazd zaliczyli, ile mord obili, ile kamieni wyrzucili... 
Po spotkaniu pozostał zatem duży niesmak, który był spowodowany zarówno wynikiem  meczu, jak i zachowaniem pseudokibiców. Kolejna potyczka z Grecją, nie była powtórką z Kowna, większość kiboli nie jest w stanie opłacić takiego wyjazdu, i całe szczęście. Zostaje nam tylko zastanowić się, co zrobić, abyśmy nie byli już świadkami podobnych wydarzeń, które nie przynoszą Polsce chluby – zarówno pod względem sportowym, jak i przede wszystkim zachowania kibiców. Czy aż tak się zmienili się oni od mistrzostw świata w Niemczech, kiedy pomimo słabej postawy reprezentacji, byli oni z kadrą na dobre i na złe i byli stawiani za wzór piłkarskich kibiców, mimo iż kadra również przegrywała, a oczekiwania były jeszcze większe? Pozostaje nam tylko wierzyć, że zajścia w Kownie były tylko pojedynczym przypadkiem i jeszcze długo nie będziemy świadkami podobnych wydarzeń. Najbardziej szkoda tych prawdziwych kibiców, którzy naprawdę chcieli wesprzeć naszą reprezentację i przejechali szmat drogi, aby zobaczyć, jak grupa 100-200 (?) pseudokibiców stawia sobie za punkt „honoru”, żeby zdemolować stadion i sprawdzić się z policją. Szkoda także, że zapewne po raz kolejny polskie władze zmarginalizują sprawę i na kilkanaście miesięcy przed Euro 2012 nic się w tej strawie nie zmieni. Dzień po meczu widziałem premiera Tuska, mówiącego że do takich sytuacji nie wolno dopuszczać... i co dalej, panie premierze? Co w związku z tym? NIC, sterta słów, nic więcej. Jak zawsze. Pozostaje tylko modlić się, żeby po Euro 2012 ktoś mądry z rządzącego wtedy ugrupowania poszedł po rozum do głowy i rozwiązał to stowarzyszenie leśnych dziadków, zwane PZPN-em, i utworzył na jego miejscu podobnego tworu, jak zrobili Anglicy, tworząc English Football Association. Wykluczenie z międzynarodowych rozgrywek? Proszę bardzo, unikniemy kolejnych kompromitacji. Postawić na czele kogoś, kto się zna na zarządzaniu, nie ma układzików, i będzie chciał wyciągnąć polski futbol z tego bagna. To jedyne sensowne rozwiązanie, jakie jest aktualnie możliwe, z zastrzeżeniem, żeby nie pozwolić wrócić do władzy tego samego „betonu”, który aktualnie rządzi w polskiej piłce.

30 lipca 2009

Dziennikarzem być

Zaczynam (oby) serię trzech notek opisujących kilka spraw najbardziej interesujących w ostatnim czasie, z mojego punktu widzenia oczywiście. Pierwsza z nich będzie najbardziej osobista i opisze ostatni weekend, który spędziłem (głównie dzięki mojemu Bratu) jako dziennikarz/korespondent na Wembley Cup, towarzyskim turnieju piłkarskim rozgrywanym na tym słynnym stadionie w północnym Londynie.
(wszystkie zdjęcia mojego autorstwa)
Powinienem zacząć od tego, dlaczego w ogóle znalazłem się na tak wielkiej imprezie jako dziennikarz. Moje jedyne rodzeństwo jest od kilku lat jednym z redaktorów e-zinu igol.pl, magazynu piłkarskiego. Pisze sporadycznie artykuły, głównie na temat piłki brytyjskiej. Tym razem postanowił spróbować dostać akredytacje na Wembley Cup i, ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu, akredytację tę dostał nie tylko on, ale i moja skromna osoba. Co ciekawsze, byliśmy w piątek (pierwszy dzień turnieju) jedynymi przedstawicielami polskich mediów. W niedzielę, drugiego dnia trwania turnieju, do polskiej reprezentacji dołączyła do nas ekipa Polsatu News oraz jeden młody niezależny dziennikarz.
Dla mnie było to pierwsze zetknięcie się z profesjonalnym dziennikarstwem, w tym przypadku sportowym, zatem nie wiedziałem do końca czego mam się spodziewać. Byłem już w Polsce na lożach prasowych (m.in. Widzew - Legia), jednak jak można się domyślić porównanie tych dwóch przypadków to jak niebo i ziemia... Była to moja pierwsza wyprawa na Wembley, jedynie w sieci mogłem się dowiedzieć czegoś o tej największej sportowej arenie w Europie. Przede wszystkim zwróciłem uwagę na pojemność stadionu - 90.000 ludzi w jednym miejscu, to musi robić wrażenie, jednak (jeszcze) się o tym nie mogłem przekonać, gdyż najwyższa frekwencja podczas tego turnieju wyniosła "zaledwie" 57.100 i było to aż nazbyt widoczne na trybunach i w dopingu. "Jeszcze", bo już za półtora tygodnia ponownie zamelduję się na Wembley, tym razem już tylko jako kibic podczas meczu o Tarczę Dobroczynności, odpowiedniku angielskiego Superpucharu. Wtedy jestem pewny że stadion zapełni się do ostatniego krzesełka i komplet kibiców będzie wspierać Chelsea lub Manchester United w walce o to prestiżowe trofeum (ja znajdę się w niebieskiej części widowni).
Ale wracając do Wembley Cup. Pierwsze wrażanie - niezapomniane. Już sam widok stadionu zapiera dech, a co dopiero możliwość zobaczenia go od środka. Odprawa dziennikarska - kilka minut w kolejce po odbiór akredytacji, kontrola osobista, podróż windą, przejście kolejnymi korytarzami, odbiór materiałów prasowych i oto jesteśmy w loży. Sala pierwsza - kilkadziesiąt stanowisk, każdy z dostępem do internetu, na ścianie ogromny ekran ze SkyNews, stacją, która miała prawa do transmisji Wembley Cup. Póki co sala jeszcze pusta - zapełni się dopiero pod koniec dnia, kiedy redaktorzy będą prześcigać się w tym, kto pierwszy opublikuje relację. Przez oszklone drzwi przechodzimy do następnej sali, "kawiarni". Około dwudziestu stolików, przy każdym po cztery krzesła. Na ścianie kolejny ogromny ekran, ciągle nadający najświeższe wiadomości sportowe. Na środku sali bufet - przed pierwszym gwizdkiem jest to ogromny bukiet kanapek, w przerwie między meczami zmienia się w dania gorące. Jednak napisać "kanapek" to jak obrazić firmę cateringową... Dość powiedzieć, że były to jedne z najlepszych kanapek jakie w życiu jadłem. Napoje? Oczywiście, trzy lodówki z colą, colą light, spritem, fantą, wodą + napoje gorące: kawa, herbata, ilość nieograniczona. Po otrzymaniu godzinę przed meczem wyjściowych jedenastek można przejść na część właściwą loży prasowej.
Kilka rzędów krzesełek, każdy po około czterdzieści miejsc z dostępem do bezprzewodowej sieci, na każde dwa siedzenia przypada jeden ekran, na którym można z kilkusekundowym opóźnieniem oglądać trwający mecz, transmitowany przez sieć która akurat wykupiła prawa do transmisji. To kilkusekundowe opóźnienie jest wspaniałe - najpierw oglądasz wydarzenia na żywo, chwilę potem na ogromnych ekranach na stadionie (sygnał jest wysyłany bezpośrednio tam, bez opóźnienia), a potem oglądasz akcję "na żywo" na swoim ekranie i chwilę potem w kolejnej powtórce (sygnał wraca z rozdzielni). System ten jest idealny dla dziennikarzy - ma kilka szans na wychwycenie kto strzelał, kto podawał, kto... etc., aczkolwiek i tak nadal nierzadko zdarza się pytanie osoby obok o powyższe niejasności. Dla porównania - na polskich stadionach na porządku dziennym są okrzyki wśród dziennikarzy "wiecie kto podawał?" i odpowiedzi przesyłane tę samą drogą, głównie z powodu złej widoczności tego co się dzieje na boisku oraz braku telewizyjnych powtórek. Co do montażu ekranów dla dziennikarzy - Wembley jest specyficznym miejscem, ponieważ nie ma najmniejszego ryzyka, że jakiekolwiek wydarzenie (nie mówię o koncertach) rozgrywane na tej arenie nie będzie transmitowane przez jakąkolwiek telewizję.
Bycie korespondentem na takiej imprezie w dwójkę przynosi wiele korzyści. Największa jest taka, że jedna osoba na bieżąco pisze relację, uzupełnia składy etc., podczas gdy druga skupia się na oglądaniu meczu i gdy zapowiada się na ciekawą akcję z której coś może wyniknąć, informuje o tym osobę obok, która odrywa wzrok od ekranu notebooka i także podąża za akcją, by po chwili opisać wydarzenia sprzed chwili w relacji.
Ale przejdźmy do samego turnieju. Przede wszystkim to co zrobiło na mnie największe wrażanie to nie same zespoły i ich gra na tym turnieju, ale sam stadion. On jest naprawdę niesamowity, nie ma drugiego takiego na świecie, aczkolwiek np. na Maracanie jeszcze nie byłem. Druga sprawa to jednak ekipy, które walczyły i ich poziom, nieosiągalny dla jakiejkolwiek ekipy z Polski. Udział w turnieju wzięły:
  • 1st place: Celtic Glasgow - z dwoma polskimi bramkarzami w składzie, Arturem Borucem i Łukaszem Załuską. Zwycięzca turnieju, który swoje mecze rozgrywał w najsilniejszym składzie. Turniej ten ekipa ze stolicy Szkocji potraktowała głównie jako sprawdzian generalny przed eliminacjami do Ligi Mistrzów. Co ciekawe, była to pierwsza drużyna szkocka która zagrała na Wembley.
  • 2nd place: FC Barcelona - ekipa której chyba nikomu przedstawiać nie trzeba, jednak ku zaskoczeniu wszystkich trener Pepe Guardiola wziął ze sobą na turniej drugi i trzeci skład Barcelony i to on głównie wspaniale zaprezentował się na tym turnieju, wspierany przez graczy z pierwszego składu jak Leo Messi, Eidur Gudhjonsen, Bojan Krkic czy Victor Valdes. Co ciekawe, w obydwu meczach na drugą połowę wybiegała zupełnie inna jedenastka - trener dokonywał wszystkich jedenastu zmian.

  • 3rd place: Tottenham Hotspur, który był w pewnym sensie gospodarzem imprezy, jako team z Londynu. Również zagrał w możliwie najsilniejszym składzie, jednak na skutek licznych kontuzji nie prezentował pełni swoich możliwości.
  • 4th place: Al Ahly, mistrz Egiptu i zwycięzca afrykańskiego odpowiednika Ligi Mistrzów bardzo rozczarował i był o klasę gorszy od pozostałych ekip, o czym świadczą wyniki – 0:5 z Celtikiem, 1:4 z Barceloną.
Ciężko mi nawet opisywać szczegółowo swoje doświadczenia, bo już teraz widzę że notka ta będzie bardzo długa. Największe wrażenie zrobiła na mnie mixed zone, strefa w której piłkarze przechodzą z szatni do czekających na nich autokarów, a po drodze mijają dziennikarzy którym udało się dostać dostęp do tego miejsca. To tu odbywają się wszystkie wywiady, zdobywa się autografy, robi zdjęcia z najsłynniejszymi piłkarzami.

(Eidur Gudjohnsen udziela wywiadu Bratu)
(Heurelho Gomes)
Zaskakujące jednak było często zachowanie piłkarzy, którzy odmawiali wywiadów komukolwiek, np. Messi czy Boruc, ale także większość innych zawodników. Jednak z drugiej strony byli także inni zawodnicy, którzy z przyjemnością udzielali wywiadów, jak np. Łukasz Załuska (Celtic Glasgow), Heurelho Gomes (Tottenham Hotspur) czy Eidur Gudhjonsen (FC Barcelona). Z ciekawszych obserwacji - niektórzy piłkarze przechodzą przez mixed zone ze słuchawkami w uszach, jednak... wcale nie słuchają muzyki, tylko czekają aż ktoś poprosi ich o wywiad. Jeśli nie - mają wytłumaczenie, słuchałem muzyki, wyglądałem na zajętego. Jeśli tak - udzielę. Najlepszy przykład to Giorgios Samaras, który udzielił około pięciu (!) wywiadów i oczywiście jako ostatni zameldował się na pokładzie autokaru Celtiku.

(Giorgios Samaras)
Zdarzyło się kilka przypadków, kiedy piłkarz przechodził obok dziennikarzy i nikt nie poprosił go o wywiad. Zastanowiłem się co w takiej chwili czuje ów gracz – czy jest to rozgoryczenie i niechęć do dziennikarzy, czy też może poczucie „ok, teraz nie chcecie ze mną wywiadu, ale następnym razem zagram tak że jeszcze się kolejka do mnie ustawi!”?
Inna sprawą są konferencje prasowe. Po każdym meczu, zjawia się przynajmniej:
  • trener (Celtic)
  • trener z rzecznikiem prasowym (Tottenham)
  • trener z rzecznikiem prasowym i tłumaczem/tłumaczką (FC Barcelona/Al Ahly).
Dzięki konferencjom prasowym zespołów z czterech różnych krajów dowiedziałem się także wiele o kulturze dziennikarstwa. Niestety, najgorzej wypadła kultura egipska - "dziennikarze" egipscy podczas konferencji głównie przeszkadzali, wchodzili w kadr kamer, nie wyłączali telefonów nawet gdy było to proszone na początku, zadawali naprawdę bzdurne pytania z naciskiem na swoją ekipę, ale najlepsze dla mnie było ich zachowanie podczas ostatniego meczu, w niedzielę. Al Ahly grało z Barceloną, obok mnie siedział "guru" dziennikarzy egipskich, wywnioskowałem to po tym, że inni Egipcjanie ciągle przychodzili się go pytać o najróżniejsze rzeczy. Najciekawsze było dla mnie to, że w pewnym momencie na ekranach na stadionie pojawiły się ujęcia trenera Barcelony, Guardioli, i trenera Tottenhamu, Redknappa, a wyżej wymieniony jegomość zapytał się mnie... kim oni są, czy to ktoś znany. Podobnie było z ekipą Barcelony - musiałem wskazać na liście zawodników którzy to "ci najsłynniejsi"... Rozumiem egocentryzm dziennikarzy egipskich, kiedy ich zespół wygrywa seryjnie mistrzostwo kraju i kontynentu, ale bez przesady... Ostatni mecz turnieju, który przyciągnął na trybuny największą liczbę fanów, spędzili... robiąc sobie nawzajem zdjęcia. Szok.
Innym smaczkiem są słowa powiedziane "nieoficjalnie", jednak jednocześnie nauczyłem się żeby traktować je z rezerwą. Przykład - w piątek, po zakończeniu oficjalnej części konferencji, menedżer Tottenhamu został otoczony wianuszkiem dziennikarzy i powiedział, że Patrick Vieira dołączy do jego zespołu w poniedziałek. Dla niezorientowanych - była to prawdziwa bomba, ponieważ Vieira przez wiele lat grał dla Arsenalu, odwiecznego rywala Tottenhamu, i jego przyjście teraz do rywala zza miedzy to prawdziwa sensacja. Takie słowa nie mogą paść podczas oficjalnej części konferencji, kiedy mówi się o oficjalnych rozmowach, transferach... Jednak najciekawsze było zakończenie tej sytuacji - kiedy Redknapp wrócił do swoich zawodników, najstarszy z dziennikarzy powiedział wszystkim naokoło "publikujemy to dopiero w niedzielę" i dopiero po uzyskaniu potwierdzenia od każdego kółko się rozeszło. Jednak do tej pory (środa) nie ma oficjalnych informacji na temat tego sensacyjnego transferu, dlatego właśnie nauczyłem się patrzeć na takie sensacje z przymrużeniem oka.
Wiele nie zostało tu jeszcze napisane, ale i tak przekroczyłem już zapewne limit na jedną notkę. Postaram się, aby kolejna została opublikowana za dwa dni. Póki co zapraszam do mojej galerii zdjęć z tego wydarzenia.
P.S. Relacje z meczów i wywiady:
1) Relacja z meczu Al Ahly - Celtic Glasgow
2) Relacja z meczu Tottenham Hotspur - FC Barcelona
3) Relacja z meczu Al Ahly - FC Barcelona
4) Relacja z meczu Tottenham Hotspur - Celtic Glasgow
5) Wywiad z menadżerem Tottenhamu, Harrym Redknappem
6) Wywiad z piłkarzem FC Barcelona, Eidurem Gudjohnsenem
7) Wywiad z polskim bramkarzem Celticu Glasgow, Łukaszem Załuską
8) Konferencja prasowa trenera FC Barcelona, Josepa Guardioli (moje tłumaczenie z jęz. hiszpańskiego/katalońskiego)
9) Wywiad z zawodnikiem Tottenhamu Hotspur, Johnem Bostockiem (w przygotowaniu)