Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piłka nożna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piłka nożna. Pokaż wszystkie posty

17 czerwca 2011

Witamy w Primera Division: Real Betis Balompié

(artykuł mojego autorstwa przedrukowany z igol.pl)
Żaden inny hiszpański drugoligowiec nie był z takim utęsknieniem wyczekiwany do awansu na boiska hiszpańskiej elity nie tylko przez swoich kibiców, ale co zaskakujące, także rywali. No, może za wyjątkiem tych z Sanchez Pizjuan. Oprócz pewnego zwycięstwa w Segunda, dał się poznać jako jeden z niewielu zespołów, które potrafiły w zakończonym sezonie pokonać mistrza, FC Barcelonę. Poznajmy pierwszego beniaminka Primera Division: Real Betis Balompié.

Awans klubu z Sewilli to doskonała wiadomość dla wszystkich fanów piłki nożnej rodem z Półwyspu Iberyjskiego. Pewne jest, że powrót Betisu po dwóch latach gry na boiskach Segunda Division wniesie o wiele więcej, niż, z całym szacunkiem dla tych ekip, Realu Sociedad, Herculesa i Levante rok temu. Dlaczego? Powodów jest wiele, ale najważniejsze z nich to przede wszystkim tradycje i historia klubu, założonego w 1907 roku przez studentów medycyny oraz kadetów akademii wojskowej. Betis Balompie otrzymał także w 1914 roku dodatkowy człon „Real” (królewski) od samego króla Hiszpanii, Alfonsa XIII, który był fanem tej drużyny. Co ciekawe, Betis otrzymał ten tytuł jako pierwszy, nawet przed innym Realem z Madrytu. Można powiedzieć, że Betis wrócił tam, gdzie jego miejsce – to jedyny zdobywca mistrzostwa Hiszpanii (co prawda w sezonie 1934/35, ale jednak), który nie grał w Primera Division w zakończonym niedawno sezonie. Niestety, w nadchodzącym sezonie ponownie nie zobaczymy kompletu mistrzów w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale przecież za katastrofalną postawę i spadek Deportivo nie należy winić Andaluzyjczyków.

Betis swoje sukcesy odnosił nie tylko w czasach piłkarsko prehistorycznych, ale także stosunkowo niedawno. „Verdiblancos” dwukrotnie zdobyli Puchar Króla – w 1977 oraz 2005 roku, a dodatkowo nie przynieśli Hiszpanii wstydu w rozgrywkach Ligi Mistrzów, gdzie w sezonie 2005/06 najpierw rozprawili się z Monaco (które dwa lata wcześniej dotarło do finału), a w fazie grupowej zremisowali z Liverpoolem i wygrali nawet z faworyzowaną Chelsea, ale do awansu to nie wystarczyło i to obie angielskie ekipy zagrały dalej. Betis zadowolił się wówczas trzecim miejscem i grą w 1/16 Pucharu UEFA, ale został wyeliminowany większą ilością bramek na wyjeździe przez Steauę Bukareszt, a same rozgrywki wygrała wtedy... druga ekipa z Sewilli.
Kibice Betisu nie spodziewali się, że po triumfie z Pucharze Króla i dobrej grze w Lidze Mistrzów m.in. z Chelsea ... (fot. chelseacf.com)
Betis od samego początku rozgrywek ligowych był typowany do awansu. Już sezon 2009/10, czyli pierwszy po spadku, miał udany. Co prawda drugą ligę wygrał Real Sociedad, ale Betis zakończył sezon z tylko trzema oczkami mniej, podobnie jak... dwie inne ekipy, Levante i Hercules, i awans przegrał tylko gorszym bilansem bezpośrednich spotkań. Pościg Betisu był jednak imponujący – podczas gdy Real Sociedad i Levante systematycznie gromadziły punkty i zapewniły sobie awans już na dwie kolejki przed końcem, Betis grał bardzo nieregularnie i do samego końca walczył z najlepszym zespołem rundy jesiennej, Herculesem, o trzecie miejsce. Mający w połowie sezonu 11 punktów przewagi nad resztą stawki Hercules zanotował jednak serię siedmiu spotkań bez zwycięstwa i pozwolił się wyprzedzić także Sewilczykom, jednak w przedostatniej serii spotkań Betis tylko zremisował z Salamanką i na nic zdał się w ostatniej kolejce pogrom 4:0 na boisku pewnego awansu Levante i tytuł najlepszej drużyny wiosny – zespół z Alicante zmobilizował się na sam koniec sezonu i odnosząc dwa ważne zwycięstwa, zamknął Andaluzyjczykom drogę do Primera Division. Brak awansu spotkał się z ogromnym zawodem kibiców oraz sporym zaskoczeniem mediów.
...już niedługo będą musieli przeżyć spadek do drugiej ligi. (fot. diariodesevilla.es)
Dlatego też w sezonie 2010/11 nikt nie brał pod uwagę innego scenariusza niż pewny awans, i tym razem Betis nie zawiódł swoich kibiców. Sezon rozpoczął dość imponująco, bo od zwycięstwa 4:1 nad Granadą, a gole zdobyli sami nowi gracze – sprowadzony z Hueski Dorado, najlepszy strzelec poprzedniego sezonu Segunda, ściągnięty z Elche Jorge Molina (dwukrotnie) oraz gracz meczu, nabytek z Salamanki, Salva Sevilla. Taki początek mógł dać poważne nadzieje kibicom, zwłaszcza że wysokie zwycięstwo pozwoliło Andaluzyjczykom objąć prowadzenie w tabeli już od pierwszej kolejki. W grze zespołu wyraźnie było widać rękę trenera Pepa Mola, a jego Betis co prawda w ciągu całego sezonu najwyższe miejsce na podium oddawał rywalom pięciokrotnie, ale nigdy nie spadł poniżej trzeciego miejsca. Kolejne wygrane pokazały, że nie ma poważniejszego kandydata do awansu. Podopieczni Pepe Mela prezentowali poziom niedostępny rywalom, a już wtedy prawdziwym liderem drużyny stawał się Ruben Castro, kolejny piłkarz sprowadzony przed sezonem, który sezon zakończył z 25 golami w 39 meczach. Razem z Jorge Moliną i Kameruńczykiem Achille Emaną stworzyli niesamowity strzelecki tercet, który zdobył w sezonie ponad 50 bramek, co jak na poziom drugiej ligi jest osiągnięciem wybitnym.

Pierwsza zadyszka przyszła dopiero w 5. kolejce, kiedy to lepsze okazało się Albacete, czyli zespół, który ostatecznie zajął... ostatnie miejsce w tabeli. Na nic zdał się kolejny gol Rubena Castro i szaleńcza pogoń, jednak już w następnej kolejce okazało się, że był to tylko wypadek przy pracy. Wygrana z Ponferradina i kolejne gole Rubena Castro i Emany pokazały, że zespół wrócił na właściwe tory. Co prawda tydzień później remis na Wyspach Kanaryjskich z Las Palmas sprawił, że Betis spadł na 3. miejsce, jednak późniejsze zwycięstwa Gironą, Salamanką, najgroźniejszym rywalem do awansu Rayo Vallecano (aż 4:0) i remis z Celtą sprawiły, że chyba wszyscy zarezerwowali już jedno z trzech miejsc dających awans dla Andaluzyjczyków. W międzyczasie zaczął się piękna, jak się miało później okazać, przygoda Betisu w Pucharze Króla. Zaczęło się bardzo przeciętnie, gdyż o awansie w dwumeczu z Grenadą zadecydowała większa ilość goli na wyjeździe, ale później było już fantastycznie. W kolejnych rundach podopieczni Pepa Mola wyeliminowali kolejnych pierwszoligowców, a zaczęło się od Realu Saragossa, którego wyeliminowali znowu lepszym bilansem bramek. Kolejnego rywala Betis miał poznać wkrótce.
Pepe Mel robił wszystko, aby dać swojej drużynie awans (fot. as.com)
Kolejne spotkania w lidze nie miały większej historii – wygrane mieszały się sporadycznie z remisami i  po 17 kolejkach Betis miał pięć punktów przewagi nad drugim Rayo Vallecano i pewnie przystąpił do dwumeczu z Getafe w ramach 1/8 Copa del Rey. Spotkania te pokazały, że lider Segunda Division mógłby śmiało walczyć z najlepszymi hiszpańskimi drużynami, gdyż mimo iż w pierwszym spotkaniu przegrał u siebie 1:2, to w rewanżu na Coliseum Alfonso Perez podopieczni Pepe Mola zagrali magiczne spotkanie. Gol Jorge Moliny i trafienia Rubena Castro, na które honorowym golem w 92. minucie odpowiedział Casquero sprawiły, że drugoligowiec awansował do ćwierćfinału, w którym już czekała na niego wielka Barcelona, czyli zapowiadał się pojedynek Dawida z Goliatem. Przygotowujący się do tego pojedynku Andaluzyjczycy zremisowali w międzyczasie z Hueską i trzy dni później wystąpili na Camp Nou przeciwko aktualnemu i przyszłemu mistrzowi Hiszpanii. Sensacji jednak nie było, a hattrick Lionela Messiego oraz trafienia Pedro i Keity pogrzebały nadzieje na sensacyjny awans. Przed rewanżem Betis wygrał jeszcze bez problemów z Alcorconem (znanym z wyeliminowania rok wcześniej Realu Madryt) i na rewanż z wcale nie najsłabszą jedenastką „Blaugrany” wyszedł ogromnie zmotywowany. Już po kilku minutach po golach Jorge Moliny Betis wygrywał dwiema bramkami, na które jeszcze przed przerwą odpowiedział Leo Messi. Tuż po przerwie wynik na 3:1 ustaliła żywa legenda klubu, Arzu, i może nie doszło do sensacji, ale bez wątpienia to „Verdiblancos” schodzili z boiska z tarczą. Pepe Mol wiedział, że nie ma szans z Barceloną i w rewanżu choćby na minutę nie wpuścił swojego najlepszego gracza, Rubena Castro, oszczędzając go na decydujące mecze o awans.
Wygrana z Barceloną w Pucharze Króla została odkupiona pięcioma kolejnymi porażkami w lidze (fot. as.com)
Walka w ramach Pucharu Króla miała swoje skutki. Pomimo pożegnania się z tymi rozgrywkami w dobrym stylu, trzy dni po rewanżu z Barceloną rozpoczęła się najgorsza seria w sezonie, w której Andaluzyjczycy przegrywali pięć kolejnych spotkań, z Villarrealem B, Granadą, Recreativo, Elche i Valladolid, strzelając w tych spotkaniach zaledwie jedną bramkę. Porażki te poskutkowały spadkiem na trzecie miejsce w tabeli, a posada Mola wisiała na włosku, gdyż brak awansu w drugim kolejnym sezonie byłby odebrany jako katastrofa. Na całe szczęście, później zaczęła się znowu pomyślna wędrówka na szczyt, rozpoczęta dzięki zwycięstwie nad Albacete. Później rozpoczęła się zwycięska seria, która pozwoliła Betisowi po 30. kolejce powrócić w końcu na fotel lidera.


Niestety, już w następnej rundzie spotkań przyszła porażka z Rayo, które wyprzedziło tym samym Betis, i późniejszy remis z Celtą, jednak później znowu rozpoczęła się wspinaczka na szczyt. która zaczęła się od zwycięstwa z Xerez w 33. kolejce. Przy jednoczesnym remisie najgroźniejszego rywala, wynik ten dał pierwsze miejsce w tabeli, którego zawodnicy Pepe Moli nie oddali już do końca. Kolejne spotkania pozwoliły tylko powiększyć przewagę nad rywalami. Ostatecznie Betis zakończył sezon z 4-punktową przewagą nad Rayo, z 25 zwycięstwami w sezonie (wygrane mecze stanowiły 60% ogółu) i imponującym bilansem bramkowym +41.

Nie ulega wątpliwości, że Betis znacząco odstawał od większości drugoligowców. Już sam przyjazd na wyremontowane przed tym sezonem 56-tysięczne Estadio Benito Villamarin było sporym wydarzeniem dla wielu zespołów, ale co ważniejsze, kibice nie zostawili klubu w potrzebie i przez cały czas pobytu na zapleczu Primera Division dopingowali swoich ulubieńców, ze średnią frekwencją na poziomie ponad 30 tysięcy widzów. Najlepszym strzelcem został Ruben Castro z 25 golami w lidze, tuż za nim znalazł się Jorge Molina z 19 trafieniami, jednak daleko było im od osiągnięcia gracza Barcelony B, Jonathana Soriano, który zdobył tytuł Pichichi drugiej ligi z 32 golami.
Ruben Castro był największą gwiazdą Betisu w ubiegłym sezonie (fot. diariodesevilla.es)
Druga część sezonu upłynęła jednak w bardzo smutnej atmosferze, gdyż w marcu podano do publicznej wiadomości, że Miki Roque, podstawowy obrońca zespołu, cierpi na nowotwór złośliwy i wkrótce potem został zoperowany. Nie jest postacią tak medialną jak Eric Abidal, ale w samej Hiszpanii wielu piłkarzy okazało swoje wsparcie, jak chociażby Carles Puyol, który w rozgrywkach ćwierćfinału Ligi Mistrzów zaprezentował koszulkę z napisem „Anims Miki!”.
Piłkarze Betisu całą końcówkę sezonu zadedykowali swojemu koledze, Mikiemu Roque
Piłkarze Betisu całą końcówkę sezonu zadedykowali swojemu koledze, Mikiemu Roque (fot. marca.com)
Nie wiadomo, jak będzie wyglądała kadra Betisu na nadchodzący sezon w Primera Division, jednak jeśli zostaną przeprowadzone podobne transfery jak rok temu, to bez wątpienia połowa Sewilli może spać spokojnie. Jedynymi pewnym póki co transferem są odejście doskonale znanego Polakom z MŚ 2006 Niemca Davida Odonkora, który po pięciu latach w Betisie postanowił na rok przed wygaśnięciem kontraktu wrócić do ojczyzny i pozwolić zarobić na nim Betisowi. Odonkor i tak nie był kluczowym graczem, gdyż większa część sezonu upłynęła mu pod znakiem kontuzji, a na dniach odejdzie zapewne do niemieckiego drugoligowca, Karlsruher SC, aby tam odbudować formę godną jego talentu. Drugim potwierdzonym transferem jest pozyskanie z Espanyolu Javiego Chiki, który wczoraj został oficjalnie zaprezentowany. Dyrektor sportowy andaluzyjskiego klubu, Serb Vlada Stosic, już teraz zapowiedział, że do rozpoczęcia sezonu do Betisu trafi przynajmniej czterech nowych graczy. Póki co plotki mówią o młodym Javierze Matilli i Jeffersonie Montero z Villarrealu, Rui Sampaio z portugalskiego Beira Mar oraz Mohamedzie Diame z angielskiego Wigan.



Siłą Betisu są jednak kibice. Pod względem ilości aficionados, z 3,3% wszystkich kibiców znajduje się na 6. miejscu w Hiszpanii (po Realu Madryt (32,8%), Barcelonie (25,7%), Valencii (5,3%), Athletiku (5,1%) i Atletico Madryt (4,3%)), ale przede wszystkim wszystkich hiszpańskich kibiców cieszy fakt, że znowu odbędą się niesamowite derby Sewilli, które jak zawsze będą poprzedzone ciętymi ripostami prezesów i okraszone widowiskową oprawą. Derby najgorętszego miasta Hiszpanii tak właśnie są nazywane – najgorętszymi derbami na Półwyspie Iberyskim, a na świecie ustępują im pod tym względem chyba tylko spotkania Boca Juniors z River Plate. Wystarczy obejrzeć film poniżej, żeby przekonać się, że Gran Derbi to przy derbach stolicy Andaluzji majowy piknik.
Włodarze Betisu zdają sobie doskonale sprawę, że kluczowe do sukcesu w przyszłym sezonie będzie zapełnienie zmodernizowanego stadionu, a co za tym idzie, przegonienie w ilości fanów oczywiście Sevilli FC. Dla kibiców, którzy dopingowali „Verdiblancos” podczas pobytu w Segunda Division, klub obniżył ceny karnetów o 15%, a wczoraj klub poinformował, że na przyszły sezon póki co sprzedano już 38 tysięcy karnetów, zatem można być spokojnym o atmosferę na stadionie. Czy przełoży się to na wyniki klubu na boisku i beniaminek zdoła namieszać w czole tabeli? Start przyszłego sezonu 21 sierpnia, jednak można śmiało powiedzieć, że Betis wrócił tam, gdzie jego miejsce – do Primera Division.

31 marca 2011

Litwa - Polska: Krajobraz po bitwie

Kiedy aplikowałem na kolejny mecz naszej piłkarskiej reprezentacji z Litwą, nie spodziewałem się, jakie emocje i wydarzenia będą towarzyszyć temu spotkaniu. Dopiero na kilka dni przed samym meczem zrozumiałem, że nie będzie to kolejny nudny wyjazd, z typową relacją, kilkoma wywiadami i publicystyką, krytykującą styl kadry tudzież okoliczności, w jakim przyszło Polakom rywalizować z naszymi sąsiadami. Po przyjechaniu na cztery godziny pod stadion przed pierwszym gwizdkiem sędziego wiadomo było, że towarzyskie spotkanie w Kownie będzie obfitowało w wiele emocji. Mało kto chyba jednak spodziewał się, że będą one wyłącznie negatywne i niekoniecznie związane z wydarzeniami na boisku.

Nasi północno-wschodni sąsiedzi bardzo skrupulatnie przygotowali się do tego meczu, mając w pamięci spotkanie sprzed czterech lat, kiedy to w ramach II rundy Pucharu Intertoto Legia Warszawa pojechała do Wilna, aby zmierzyć się z tamtejszą Vetrą, zresztą litewska policja realizowała w piątek właśnie operację „Vetra”. Wtedy spotkanie zakończyło się już po pierwszej połowie, gdyż kibole z naszej stolicy zdemolowali większą część stadionu, Legia natomiast została ukarana za zachowanie swoich pseudokibiców dwuletnim zakazem gry w europejskich pucharach. Był to jeden z głównych powodów, dla których temu towarzyskiemu meczowi akompaniowały nadzwyczajne środki ostrożności. Litewska policja nie ograniczyła się tylko do zwiększonej liczny policjantów przy stadionie – już od samej granicy z Polską co kilka, kilkanaście kilometrów ustawiony był patrol policji, który wyłapywał samochody z polskimi kibicami. Autor artykułu został przez taki patrol zatrzymany dwukrotnie – raz w celu wylegitymowania, drugi raz z powodu przekroczenia prędkości, ale na szczęście zakończyło się tylko na upomnieniu, wskazaniu drogi na stadion i życzeniu miłej podróży. Dodatkowo zatrudniono dwie agencje ochrony, dlatego liczba funkcjonariuszy była niemal równa liczbie przyjezdnych kibiców, którzy wykupili komplet 1300 biletów przewidzianych dla gości plus wykupili pulę 700 biletów udostępnionych przez stronę litewską, która nie rozprowadziła wszystkich biletów wśród swoich fanów. Nieoficjalne liczby mówiły o 2000 kibicach z Polski - nieoficjalne, gdyż po wyłamaniu bramy wejściowej nikt już nikogo nie kontrolował.

Po dotarciu na sam stadion już na kilka godzin przed meczem wiadomo było, że nie będzie to spokojny wieczór i że lepiej na stadion nie przychodzić z całą rodziną. Litewscy kibice pojawili się stosunkowo późno, zaczęli zapełniać swoje sektory na godzinę przed meczem, natomiast Polaków można było zobaczyć i (przede wszystkim, niestety) słyszeć cały czas. Stadion narodowy w Kownie składa się z dwóch trybun – jednej długiej, dookoła 1/3 boiska oraz drugiej mniejszej, usytuowanej za jedną z bramek, oddzielonej od pierwszej murem. Patrząc na późniejsze wydarzenia, wybór tego obiektu na miejsce spotkania był najlepszą możliwą decyzją z logistycznego punktu widzenia, gdyż gdyby polscy kibole mieli bezpośredni dostęp do Bogu ducha winnych Litwinów, mogłoby skończyć się nie tylko starciami z policją. Dziennikarze ulokowani byli w dolnej części trybuny zajmowanej przez lokalnych kibiców, zatem widok na wydarzenia na sąsiedniej mieli doskonały. Ciągle łapię się na tym, że piszę „kibice” zamiast „kibole”, jednak szybko się poprawiam. Kibiców w Kownie była garstka i widząc, co się dzieje, szybko opuścili stadion lub nawet na niego nie weszli.

Polacy zapełnili swoją trybunę już na godzinę przed meczem i od samego początku zaczęły się problemy, głównie z wejściem na stadion. Litwini otworzyli tylko dwie bramki, co w połączeniu z uzasadnioną szczegółową rewizją przyniosło fatalny rezultat, jakim było przełamanie ogrodzenia przez napierający tłum, dzięki czemu na trybunę mógł wejść każdy, uzbrojony w co tylko chciał – noże, race, petardy. Już przed wejściem na stadion, w momencie przyjechania autokaru z reprezentacją Polski, piłkarze, przechodząc do szatni, mogli ujrzeć dantejskie sceny, kiedy to polscy kibole bili się nawzajem między sobą. Transparenty z celtyckim krzyżem (przez które kilkukrotnie przerwano mecze w polskiej Ekstraklasie), odpalanie petard i rac, skandowanie: „kto nie skacze, ten z policji” , „j... policję” oraz tradycyjna przyśpiewka o PZPN-ie były wałkowane niemal bez przerwy. Nikt chyba nie spodziewał się, że może być jeszcze gorzej, i to nawet przed rozpoczęciem meczu. Na trybunie prasowej dziennikarzy odwiedziła Agnieszka Olejkowska, rzecznik prasowy PZPN-u, i poinformowała o smutnym wydarzeniu, jakim było skatowanie kibica Cracovii przez kiboli z Białegostoku. Wg. pani rzecznik, nie spodobało im się, że wykrzykuje on hasła swojej drużyny i tylko interwencja ochrony prawdopodobnie zapobiegła śmierci kibica z Krakowa. Do tego wyrywanie krzesełek i ogrodzenia, regularna bitwa z policją.

Mylił się ten, kto myślał, że to koniec nieprzyjemnych wydarzeń na tamten wieczór. Kibice (znowu się zapomniałem) „Mazurka Dąbrowskiego” odśpiewali przy odpalonych kilkunastu racach, między hymnami zdołali przypomnieć swoje zdanie o PZPN-ie, a hymn Litwy początkowo zagłuszyli słowami: „gramy u siebie”, jednak szybko się opamiętali, gdyż zwłaszcza na Litwie ta przyśpiewka nie ma pozytywnego wydźwięku. Po opublikowaniu artykułu na iGolu, szczerze dobiły mnie komentarze. Jeden z pierwszych brzmiał „co masz do rac podczas hymnu?!”. Odpowiadam: wolę odśpiewać hymn na stadionie z podniesionym w górę szalikiem, niż przejmować się tym, że jakiś idiota obok mnie odpalił racę, co nie dość że stwarza pewne niebezpieczeństwo dla ludzi dookoła, to jeszcze mnie oślepia. Ale o czym ja w ogóle piszę - przecież osoba odpalająca race podnieca się wtedy jaka to jest zajebista, super i w ogóle „JP na 100%”. Żal, wstyd i szkoda czasu dla takich idiotów.

Pierwsza część spotkania upłynęła w stosunkowo spokojnej atmosferze, jeśli nie liczyć tych wszystkich rac, petard i innego rodzaju środków pirotechnicznych, które raz za razem odpalali kibole. Na nic zdawały się wielokrotne upomnienia spikera w języku polskim, apelującego o spokój. Jak się później dowiedziałem, oprócz tych wszystkich środków pirotechnicznych, w stronę policji leciały już od samego początku kawałki płyt betonowych, które kibole wyrwali z ziemi i po rozczłonkowaniu użyli jako broni. Pierwszy stracony gol, chwilę później drugi tylko dodały animuszu Polakom, którzy zamiast skupić się na dopingu, rozpoczęli swoisty festiwal burd i awantur. Gdyby nie przezorność Litwinów, zapewne bylibyśmy świadkami powtórki z Wilna. Na szczęście zniszczona została tylko jedna trybuna, a nie cały stadion...
Cała druga część spotkania upłynęła w atmosferze możliwości przerwania spotkania w każdym momencie. Litwini w żaden sposób nie prowokowali, oddaleni na bezpieczną odległość nie odpalali rac, nie rzucali przedmiotami, nie skandowali obraźliwych haseł pod niczyim adresem, w przeciwieństwie do Polaków. Jedynym zarzutem pod adresem gospodarzy mogła być zła organizacja wspomnianego wejścia na stadion oraz duża prewencja, jaką było przykładowo zatrzymywanie jeszcze przed spotkaniem głośno zachowujących się kibiców. Na kwadrans do końca spotkania sędzia musiał jednak na chwilę przerwać mecz, gdyż największy tego dnia pokaz pirotechniczny dali pseudokibice z Polski, którzy obrzucili racami policjantów stojących poniżej. Kibice z dolnej trybuny po tym wydarzeniu już na stałe opuścili swoją trybunę, rezygnując z oglądania końcówki spotkania, słusznie bojąc się bardziej o siebie, a ich decyzja była także spowodowana dużą ilością gazu łzawiącego, rozpylonego w tamtym rejonie. Co kilka minut słychać było strzały z broni gładkolufowej, a sami kibole obrzucali z najwyższych rzędów policjantów stojących także za trybuną, co można obejrzeć pod tym adresem. Kuriozalnie i niepoważnie, żeby nie powiedzieć: żałośnie, wyglądało w tej sytuacji odśpiewanie przez polskich kibiców „Mazurka Dąbrowskiego” w okolicach 80. minuty – oprócz małej grupki prawdziwych kibiców, pozostali na trybunie kibole nie mieli z postawą prawdziwego przyjaciela polskiej reprezentacji nic wspólnego. Po końcowym gwizdku sędziego polscy piłkarze podeszli jeszcze podziękować nielicznym kibicom pozostałym na trybunie... tylko nikt do końca nie był pewny tego, za co można im było dziękować.

Mecz udało się ostatecznie doprowadzić do końca i Litwini wygrali z Polską 2:0, a kilkanaście minut po zakończeniu spotkania opróżniła się także trybuna gości, ukazując wszystkim obraz jak po bitwie. Powyrywane krzesełka, liczne kamienie i pozostałości po racach pozostawione na bieżni przed trybuną, zdemolowane ogrodzenie... Dziennikarze próbowali po spotkaniu dowiedzieć się od polskich piłkarzy, co sądzą o zachowaniu kibiców, którzy będą zapewne obecni także podczas Euro 2012. Litwini pojedynczo opuszczali szatnię, chętnie udzielając odpowiedzi swoim rodakom, natomiast do polskich dziennikarzy podeszło tylko pięciu członków kadry Franciszka Smudy. Pierwszy pojawił się Jacek Zieliński, który przez kilkanaście minut udzielał wyczerpujących wypowiedzi, jednak jego wypowiedź była przerywana kilkukrotnie przez napastliwego kibica, który chciał się koniecznie dowiedzieć, jak się czuje pan Jacek – ochrona litewska nic sobie z tej sytuacji nie robiła i nawet nie chciała odsunąć dociekliwego kibica. Kolejni pojawili się Grosicki, Lewandowski, Błaszczykowski i Głowacki, wszyscy pozostali przemknęli się grupkami za kolegami, ignorując dziennikarzy. Pomocnik Sivassporu nie chciał w żaden sposób skomentować zachowania polskich kibiców, podobnie jak obrońca Trabzonsporu, Głowacki, który poprosił o pytania dotyczące samego spotkania. Od odpowiedzialności za kibiców nie uciekł natomiast kapitan kadry, Kuba Błaszczykowski, który szczerze przyznał, że było mu wstyd za kibiców i nie wyobraża sobie, że taka sytuacja może się powtórzyć za rok na polskich stadionach, podziękował jednak tej niewielkiej grupie kibiców, którzy naprawdę chcieli tego dnia dopingować jego i jego kolegów.

Opuszczając godzinę po zakończeniu spotkania stadion, czułem przede wszystkim wstyd, że takie bydło (przepraszam za słownictwo, ale inaczej się tego nie da nazwać) to także Polacy. W myślach pojawiało się przede wszystkim pytanie: po co? Pod moimi artykułami widziałem wiele uwag pod moim adresem, nie będę ich nawet przytaczał, bo szkoda na to czasu, nie są tego warte. Z reguły nie czytam w ogóle komentarzy pod moimi publikacjami, to był wyjątek. Ciekawe było np. poinformowanie mnie, że za pomówienie w sprawie bójki kibiców zostanie mnie personalnie wytoczony proces... Inne komentarze podawały powody awantur: Litwini pierwsi zaczęli (no faktycznie, policja rzuciła się na Bogu ducha winnych kibiców, którzy szli tylko w kominiarkach/szalikach na twarzy i niszczyli tylko co im się nawinęło po drodze, więc faktycznie, bez powodu), obrona Polaków na Litwie (wspaniały pomysł, krucjata na Litwę... czy tylko ja uważam, że takie sprawy pozostają w gestii polskich kolejnych rządów, a nie grupy bandytów?), czy też właśnie zła organizacja wejścia na trybunę (istotnie, przecież nie powinni byli wszystkich przeszukiwać, powinni byli wpuszczać każdego ze swoimi nożami, racami i innymi elementami stadionowego wyposażenia)...Najgorsze w tym wszystkim było to, że te komentarze to nie były żarty - ci wszyscy ludzie pisali poważnie, wspominając jaki to udany wyjazd zaliczyli, ile mord obili, ile kamieni wyrzucili... 
Po spotkaniu pozostał zatem duży niesmak, który był spowodowany zarówno wynikiem  meczu, jak i zachowaniem pseudokibiców. Kolejna potyczka z Grecją, nie była powtórką z Kowna, większość kiboli nie jest w stanie opłacić takiego wyjazdu, i całe szczęście. Zostaje nam tylko zastanowić się, co zrobić, abyśmy nie byli już świadkami podobnych wydarzeń, które nie przynoszą Polsce chluby – zarówno pod względem sportowym, jak i przede wszystkim zachowania kibiców. Czy aż tak się zmienili się oni od mistrzostw świata w Niemczech, kiedy pomimo słabej postawy reprezentacji, byli oni z kadrą na dobre i na złe i byli stawiani za wzór piłkarskich kibiców, mimo iż kadra również przegrywała, a oczekiwania były jeszcze większe? Pozostaje nam tylko wierzyć, że zajścia w Kownie były tylko pojedynczym przypadkiem i jeszcze długo nie będziemy świadkami podobnych wydarzeń. Najbardziej szkoda tych prawdziwych kibiców, którzy naprawdę chcieli wesprzeć naszą reprezentację i przejechali szmat drogi, aby zobaczyć, jak grupa 100-200 (?) pseudokibiców stawia sobie za punkt „honoru”, żeby zdemolować stadion i sprawdzić się z policją. Szkoda także, że zapewne po raz kolejny polskie władze zmarginalizują sprawę i na kilkanaście miesięcy przed Euro 2012 nic się w tej strawie nie zmieni. Dzień po meczu widziałem premiera Tuska, mówiącego że do takich sytuacji nie wolno dopuszczać... i co dalej, panie premierze? Co w związku z tym? NIC, sterta słów, nic więcej. Jak zawsze. Pozostaje tylko modlić się, żeby po Euro 2012 ktoś mądry z rządzącego wtedy ugrupowania poszedł po rozum do głowy i rozwiązał to stowarzyszenie leśnych dziadków, zwane PZPN-em, i utworzył na jego miejscu podobnego tworu, jak zrobili Anglicy, tworząc English Football Association. Wykluczenie z międzynarodowych rozgrywek? Proszę bardzo, unikniemy kolejnych kompromitacji. Postawić na czele kogoś, kto się zna na zarządzaniu, nie ma układzików, i będzie chciał wyciągnąć polski futbol z tego bagna. To jedyne sensowne rozwiązanie, jakie jest aktualnie możliwe, z zastrzeżeniem, żeby nie pozwolić wrócić do władzy tego samego „betonu”, który aktualnie rządzi w polskiej piłce.

16 maja 2010

Jeden z najsmutniejszych dni na Erasmusie...

...a wszystko przez futbol.
Zacznę może od małego wstępu. Kiedy wiele lat temu, paradując jeszcze wtedy w koszulkach Juventusu i Borusii Dortmund, ja i mój brat zaczynaliśmy interesować się piłką nożną, nasi rodzice nie przypuszczali, że kilkanaście lat później dla jednego z nas jednym z najsmutniejszych dni w życiu (wybacz Braciszku jeśli przesadziłem) będzie odejście trenera pewnego klubu do innego, a dodatkowo obaj będą prawie co tydzień jeździć na mecze w Anglii i Hiszpanii, pracując jednocześnie dla piłkarskich e-zinów.

Ale tak właśnie się stało, i dziś, pomimo faktu iż dzień minął po prostu fenomenalnie, to dzięki ostatniej kolejce hiszpańskiej Primera Division na skutek przytłaczającej ilości wydarzeń ogarnął mnie ogromny smutek. Wiadomo, w futbolu już tak musi być - aby ktoś wygrał, ktoś musi przegrać. Byłem dzisiaj na Mestalli, oglądając pojedynek Valencii z Tenerife. Ci pierwsi grali tylko o godne pożegnanie z kibicami, dla niektórych piłkarzy było to pożegnanie szczególne, ale o tym za chwilę. Ich rywalem był zespół, który potrzebował zwycięstwa, aby po raz pierwszy od kilkunastu lat utrzymać się w najwyższej klasie rozgrywkowej. Niespodzianki jednak nie było, i po golu w doliczonym czasie gry to Nietoperze wygrały ten mecz, posyłając rywali do drugiej ligi. Najsmutniejsze było to, co wydarzyło się chwilę wcześniej, i chwilę potem. Kilka minut wcześniej trener zdjął z boiska Davida Villę, żywą legendę klubu, najlepszego strzelca ostatnich dekad nie tylko w klubie, ale także w reprezentacji. 166 goli w 274 meczach klubu i 36 goli w 55 meczach kadry uczyniło z niego najjaśniejszą gwiazdę tego klubu, i kiedy dziś schodził z boiska każdy z wypełnionego po brzegi stadionu zdawał sobie doskonale sprawę, że jest to ostatni mecz tego gracza na Mestalli. Szedł powoli do linii końcowej, sędzia zdając sprawę co się dzieje nie poganiał zawodnika. Tak ogłuszających braw nie słyszałem od dawna, a co miało się okazać - następna okazja była już kilkanaście minut później. Ruben Baraja zagrał dziś ostatni mecz w barwach Nietoperzy i pożegnanie Valencii z kibicami po tym sezonie stało się tak naprawdę pożegnaniem jednego aktora, wieloletniego kapitana drużyny. 10 sezonów, 355 meczy, zdobywca obydwu mistrzostw Hiszpanii w ostatniej dekadzie (po 30-letniej przerwie), Pucharu Króla, Pucharu UEFA i Superpucharu Europy - Baraja był symbolem tych wszystkich triumfów, i odchodząc (a raczej będąc zmuszonym do odejścia, ponieważ klub nie przedłużył z nim kontraktu jako piłkarzem, oferując inną posadę) sprawił, że wielu kibiców poczuło, że właśnie zakończyła się pewna era. Runda dookoła boiska na barkach kolegów, płynący z głośników hymn klubu, oklaski na stojąco strwające kilka długich minut - tak, ten piłkarz zasłużył na takie pożegnanie. Jak wiele znaczył ten piłkarz dla tego klubu niech poświadczy dziewczyna, która stała obok mnie kiedy to się działo - miała na sobie koszulkę Valencii z sezonu 2000/01, kiedy to Baraja przybył do klubu, z jego właśnie nazwiskiem, i łzy ciekły jej po policzkach prawie strumieniem. Tak, tyle ten jeden człowiek znaczył dla tych tysięcy zebranych na stadionie i kibicującym Nietoperzom w innych miejscach. Patrząc na to wszystko, co dzieje się przed moimi oczami, uświadomiłem sobie, że tylko prawdziwy kibic piłki nożnej jest w stanie doświadczyć czegoś takiego, jak tych 55.000 ludzi zebranych na stadionie.
Drugi czynnik smutku to zespół Tenerife. Patrząc na ich kibiców, tak licznie zgromadzonych na Mestalli, którzy przybyli tysiące kilometrów z Wysp Kanaryskich, aby być świadkami jak ich zespół utrzymuje się w Primera Division - naprawdę, chciałem aby Valencia przegrała ten mecz. Dopingowali swoich bez przerwy, i kiedy w 93' Alexis strzelił zwycięską bramkę dla Valencii, oznaczającą spadek Tenerife do Segunda Division, całkowicie zrozumiałem ich rozpacz. i żałowałem, że nie myliłem się, kiedy prorokowałem wczoraj kto spadnie. Po końcowym gwizdku piłkarze ze łzami w oczach schodzili z boiska, ja natomiast po meczu widziałem twarze kibiców. Pusty wzrok, załamanie, na wielu twarzach kibicek ślady po rozmazanym makijażu, wielu nawet kilkadziesiąt minut po końcowym gwizdku ciągle płakało. Nikt nic nie mówił. A to nie był koniec smutku na ten dzień...
Po meczu udałem się do przystadionowego baru, aby upewnić się, że FC Barcelona wygrała z Realem Valladolid i zdobyła zasłużony mistrzowski tytuł. Jednak to co innego najbardziej na mnie wpłynęło - twarze piłkarzy rywala Barcy, dla których porażka, podobnie jak dla Tenerife, oznaczała spadek. Twarz ich trenera, Javiera Clemente, tak zasłużonego człowieka dla hiszpańskiej piłki, wyrażała totalny smutek, żal, bezradność... Był naprawdę bliski płaczu, nie reagował już tak naprawdę na to co dzieje się na boisku. A pikarze znieśli to jeszcze gorzej - leżeli na boisku z twarzami ukrytymi w dłoniach, nie chcąc patrzeć jak obok nich cały stadion cieszy się z mistrzostwa. Ktoś musiał spaść, niestety, trafiło akurat na nich - zarówno Tenerife, jak i Valladolid do utrzymania zabrakło jednego punktu. Nawet nie jedno zwycięstwo więcej. Jeden remis.
I ostatni, najbardziej personalny czynnik. Przez cały ten sezon 2009/10 byłem wielokrotnie na Mestalli, pełną listę można znaleźć po prawej stronie. Zżyłem się z tym klubem, żżyłem się z tymi ludźmi dookoła, o czym w materialnym sensie mogą świadczyć koszulki, szaliki i flaga klubu w szafie oraz inne rzeczy, porozwieszane po pokoju. Kiedy stałem obok płaczącej kibicki, ludzie oklaskami żegnali swoich bohaterów, a z głośników leciał hymn "Amunt Valencia!"... Tego się nie da opisać. Trzeba być kibicem piłki nożnej, żeby TO poczuć. I druga sprawa - dla mnie koniec sezonu to coś symbolicznego. Zaczęło się odliczanie rzeczy z określeniem "ostatni". Koniec Erasmusa coraz bliżej.

27 listopada 2009

Gran Derbi

Choć do Gran Berdi Europa zostały jeszcze 2 dni, pozwoliłem sobie na tymczasowe zakończenie futbolowego wątku na moim blogu - zapewniam, że następne notki będa już dotyczyć innych aspektów hiszpańskiego życia, a sprawy sportowe będę poruszał już w innym miejscu, o czym poinformuję już wkrótce. Jednak każdy kto choć przez chwilę był w Hiszpanii wie, jak wiele znaczy piłka nożna dla Hiszpanów i "to jedno" spotkanie, rozgrywane zazwyczaj dwa razy do roku - wielkie derby Hiszpanii.
Przyznam się, że oglądając transmisje czy to z Ligi Mistrzów, czy to z Primera División, zaczynam mieć już powoli dość komentatorów. Dlaczego? Ponieważ średnio podczas jednej transmisji (oczywiście najczęściej Realu Madryt lub FC Barcelony) potrafią kilkadziesiąt razy przypomnieć, że oglądamy mecz reprezentanta najlepszej ligi ba! nie tylko Europy, ale i świata! Można z tym polemizować, można się zgadzać, ale jedno jest pewne - powtarzanie tego zwrotu jest dla oglądających obcokrajowców (a szczególnie Anglików) bardzo irytujące.
Nie będę pisał o tym, kto zagra, jakim ustawieniem etc., skupię się na czymś innym - na podtekście historycznym czekającego nas meczu. Mało kto wie, że Real został oficjalnie założony przez Katalończyka, Juana Padrósa Rubió, ale o powiązaniach politycznych Realu z polityką wie już większość kibiców. Wdałem się niedawno w interesującą dyskusję z kilkoma moimi znajomymi Hiszpanami, którzy kibicują różnym drużynom, nie tylko Realowi czy Barcelonie. Jednak na pytanie: Real czy Barça, prawie nikt nie odpowiedział wymijająco i tak właśnie przedstawia się sytuacja w Hiszpanii - można być albo za Realem, albo za Barcą, dopiero dalej są inne kluby.
"Nienawiść" Katalończyków do Królewskich (i vice versa) rozpoczęła się tak naprawdę w 1936 roku, kiedy w Hiszpanii zaczęła się wojna domowa, rozpoczęta i wygrana dzięki wstawiennictwu wojsk Hitlera i Mussoliniego przez generała Franco. W czasie trzyletniej wojny Real stracił w walkach wielu działaczy i piłkarzy, a sam stadion Estadio Santiago Bernabeu został przekształcony w więzienie. Jednak dzięki wstawiennictwu "największego fana" to Real najszybciej podniósł się sportowo po zakończonej wojnie. Franco nie szczędził ogromnych (czyt. państwowych) funduszy na rzecz klubu i to za jego sprawą do klubu przybyły takie gwiazdy jak Alfredo Di Stefano, Ferenc Puskas (najlepszy strzelec XX wieku z 512 golami w 528 meczach), Raymond Kopa i inni. Sprawa Alfredo Di Stefano była największą wojną między Realem a Barceloną do czasu Luisa Figo - oba kluby zapłaciły zaliczkę za tego piłkarza, a spór musiała rozwiązywać FIFA. Alfredo jednak w tamtym okresie celowo zaczął grać poniżej swoich oczekiwać i Barcelona, do której początkowo trafił Argentyńczyk, zrezygnowała z jego usług i trafił on do Realu, z którym 8-krotnie zdobywał Mistrzostwo Hiszpanii, 5-krotnie wygrał Puchar Europy i dwukrotnie został wybrany najlepszym piłkarzem Europy, dla Realu zdobył 216 goli w 282 meczach.
(tablica upamiętniająca Ferenca Puskasa na Estadio Santiago Bernabeu)
Rywalizacja Realu z Barceloną często rozgrywała się poza boiskiem, jak chociażby w półfinale Pucharu Króla w 1943 roku, w którym Los Blancos trafili na Barceloną. W pierwszym meczu na swoim boisku w Madrycie przegrali 0:3, jednak w rewanżu odnieśli najwyższe zwycięstwo w historii, wygrywając na Camp Nou 11:1. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt że przed rozpoczęciem meczu rewanżowego do szatni Katalończyków wszedł dyrektor służb specjalnych i przypomniał zawodnikom, że wielu z nich dopiero co wróciło do Hiszpanii na mocy amnestii ogłoszonej przez generała Franco, która wybaczała ucieczkę. Sprawiedliwości stało się zadość w finale, kiedy Athletic Bilbao pomścił Katalończyków i wygrał 1:0.
Przez cały okres rządów generalicji Katalończycy musieli znosić kompromitujące porażki, ale mogli odgryzać się na arenie międzynarodowej, gdzie wpływy polityki nie sięgały, jednak nie znaczyło to, że gra była czysta. Tak było w sezonie 1960/61, kiedy to w 1/8 Pucharu Europy los połączył Real i Barcę. W Madrycie padł remis 2:2, natomiast w Barcelonie padł wynik 2:1 dla gospodarzy i Real znalazł się za burtą rozgrywek. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w pierwszym meczu angielski sądzie Arthur Ellis podyktował wątpliwy rzut karny dla Barcelony, a w drugim jego rodak Reg Leafe nie uznał aż 4 (!) goli strzelonych przez zawodników Realu na Camp Nou. Barcelona w tamtym sezonie doszła do finału, gdzie przegrała z Benfiką Lizbona 2:3.
Historia samego kraju także odcisnęła swoje piętno na rywalizacji obu ekip. Genrał Franco był zwolennikiem centralizacji kraju i tłumił w zarodku jakiekolwiek próby ogłoszenia Kraju Basków czy Katalonii choćby autonomiami. Przez cały okres rządów generalicji mecze pomiędzy Realem a Barceloną i Ahtletic nabierały nowego znaczenia - wojny między autonomistycznymi dążeniami regionów i zcentralizowanej stolicy. Dopiero po upadku rządów Franco, król Hiszpanii Juan Carlos I (łamiąc przysięgę daną Franco) zdemokratyzował kraj i ogłosił Katalonię i Kraj Basków regionalnymi wspólnotami autonomicznymi, jednak ten podtekst jest obecny do dnia dzisiejszego.
Jednak wracając do czysto sportowych spraw - na przestrzeni lat nie brakowało podobnych, dodających smaczku rywalizacji obu drużyn zdarzeń, jak chociażby ubiegłoroczna porażka Królewskich 2-6 czy końcówka sezonu 2007/08, kiedy to zgodnie ze zwyczajem po zapewnieniu sobie mistrzostwa kraju następny przeciwnik tworzy korytarz ze swoich zawodników i gratuluje mistrzowi - w tamtym sezonie to Real został mistrzem, a Katalończycy musieli gratulować rywalom. Obecnie to Barcelona dzierży tytuł najlepszej drużyny Europy (aczkolwiek patrząc na ubiegłoroczny półfinał z Chelsea znowu przypomina się pomoc międzynarodowych sędziów), jednak tegoroczna rywalizacja Królewskich z Katalończykami zapowiada się ciekawiej niż zwykle, nie tylko jako pojedynek wielkich Ronaldo-Messi, ale także innych gwiazd, którymi naszpikowane są obie ekipy.
Będzie co oglądać!

20 listopada 2009

W cieniu wielkiego sąsiada

Oglądając niedawny pogrom w meczu Austria - Hiszpania, po raz kolejny życzyłem sobie, aby to reprezentacja Polski grała w takim stylu jak wczoraj España. Nieważne jaka ekipa stanęłaby przeciwko Hiszpanii - żadna ekipa na świecie nie byłaby w stanie wygrać z tak grającą drużyną gości. Nie chcę usprawiedliwać Austryjaków ani szukać wymówek, że może gdyby nie czerwona kartka w pierwszej połowie to mecz wyglądałby inaczej - Fabregas, Villa, Xavi, Iniesta, Ramos i spółka grali futbol na najwyższym poziomie i tylko dzięki szczęściu i egoizmowi niektórych graczy (m.in. Silvy w pierwszej połowie oraz uniknięciu dwóch bramek samobójczych) Austria może się cieszyć że skończyło się tylko na 1-5. Z kolei dziwię się Del Bosque, że zostawił na placu gry Fabregasa (Arséne Wegner gdyby oglądał mecz Hiszpanii to pewnie rwałby o niego włosy z głowy, zamiast tego pewnie oglądał jak jego rodak Thierry Henry po raz kolejny rozpoczyna burzliwą dyskusję nad powtórkami telewizyjnymi w trakcie meczu) oraz że zdjął z placu Villę, który prawdopodobnie ustrzeliłby hat-tricha i jeszcze bardziej zbliżyłby się do pozycji najlepszego strzelca w historii Hiszpanii - w wieku 27 lat zaliczył 55 występów i strzelił 35 goli w kadrze (2. miejsce za Raúlem - 102 występy i 44 gole)...
(David Villa świętuje swojego pierwszego gola przeciwko Austrii)
Bilans Hiszpanii 2007-... : 44 mecze, 40 zwycięstw, 3 remisy, 1 porażka, bilans bramek 104-22, i moim zdaniem to nie Christiano Ronaldo, nie Lionel Messi, ale Cesc Fabregas jest obecnie prawdopodobnie najlepszym piłkarzem świata... Szczerze zazdroszczę Hiszpanom.
Ale chciałem pisać o czymś innym - o związkach futbolu z polityką w Hiszpanii. Pierwszym oczywistym przykładem jest Real Madryt i generał Franco i późniejsza wojna z FC Barceloną, ale wiele innych klubów także ma zapisaną w historii niechlubną kartę pozaboiskowej gry. Jednym z takich przykładów jest miasto Valencia i grające tam kluby - Valencia Club de Fútbol i Levante Unión Deportiva. Od lat zwykło się uważać (zgodnie z prawdą), że to klub z Mestalli jest największym i najbardziej załużonym przedstawicielem tego miasta, jednak mało kto wie, że bez wybitnej pomocy polityków, większość z tych sukcesów nigdy nie zostałaby osiągnięta, jak chociażby dwa kolejne finały Pucharu Europy, przegrane z Realem Madryt i Bayernem Monachium. Jednak wracając jeszcze głębiej do historii - rywalizacja Valencii z Levante zaczęła się już od chwili powstania klubu z Mestalli w 1919 roku, 10 lat po powstaniu Levante UD. Od samego początku klub to Nietoperze (przydomek Valencia CF) zaczęły gromadzić więcej kibiców, a przez to także i lepszych graczy i szybko wyprzedził Żaby (przydomek Levante UD) pod względem ważności w regionie, a jej uczestnictwo w rozgrywkach Pucharu Hiszpanii w roku 1923, jako pierwszego klubu w regionie, tylko ten status potwierdziło.

Przełomową datą był właśnie rok 1923 - to wtedy ówczesny prezes Valencia CF, Ramón Leonarte, podpisał dokument, na mocy którego kupiono tereny pod budowę powstałego w styczniu 1923 roku Estadio Mestalla. Kwota zapłacona za gruny w tamtym okresie była astronomiczna - 316.439 peset, jednak co warte podkreślenia ogromna większość środków pochodziła z pożyczek, w większości poręczonych przez miasto. Dziś sytuacja się powtarza - Valencia znajduje się już bliżej końca niż początku budowy nowego stadionu, o którym pisałem w poprzedniej notce. Nou Mestalla także powstaje z pożyczek, które wpędziły klub w ogromne długi, porównywalne z kłopotami Arsenalu po budowie Emirates Stadium.

Ale przenieśmy się na moment na północ Valencii, do Levante. Przez wiele lat klub miał problemy finansowe, ale jakakolwiek pomoc ze strony miasta nie wchodziła w grę, ponieważ to inny klub był "oczkiem w głowie" włodarzy. Aby ratować się przed likwidacją, klub połączył się z innym miastem regionu, Gimnástico, i w 1942 roku otrzymał aktualną formę. Jednak nie można było mówić o żadnej wojnie pomiędzy klubami - aż do roku 1969 obie ekipy grały na powstałej 10 lat wcześniej "starej" Mestalli i dopiero budowa Estadi Ciutat de València (aktualnego stadionu Levante) trwale oddzieliła obydwa kluby. Kto wie, czy gdyby nie inne koleje losu Valencia nie doczekałaby się tandemu godnego Interu i Milanu?

Oba kluby przez następne dekady radziły sobie wg. możliwości. Levante głównie lądowało w środku Segunda División, grając 5-krotnie w najwyższej klasie rozgrywkowej (najwyższe miejsce - 10., notując swoje najwyższe zwycięstwo w Primera División 5-1 z... FC Barceloną, 1964/65). Natomiast gdyby nie spadek w sezonie 1985/86, Valencia znalazłaby się obok Realu Madryt, FC Barcelony i Athletic Bilbao w gronie klubów, które nigdy nie spadły do drugiej ligi. Roczny pobyt w Segunda mobilizująco wpłynął na 4. najlepszą drużynę Hiszpanii w historii i już nigdy więcej nie zaliczyła ona pobytu w niższej klasie rozgrywkowej. I tutaj dochodzimy właśnie do punktu zwrotnego w naszej historii, który na trwałe podzielił Valencię na część Levante UD i część Valencia CF.

Początek lat 80. XX wieku w Hiszpanii to także początek kryzysu, który dotknął całą gospodarkę Hiszpanii, w tym także kluby piłkarskie. Valencia CF zapłaciła degradacją do Segunda División, Levante również znalazło się na krawędzi bankructwa i spadku do Segunda B (trzecia liga). Jednak wtedy zdarzył się przełom - politycy sprawujący władzę nakłonili bogatych sponsorów do pomocy, a ci postanowili wyłożyć miliony peset na pokrycie długów Valencia CF oraz na zakup nowych piłkarzy, którzy mieli przywrócić klub na jego prawowite miejsce w Primera Division. Cel udał się już po roku, jednak mniejszy brat - Levante UD - zostało pozostawione ze swoimi długami i problemami same sobie, co zakończyło się 8-letnią tułaczką tego klubu po boiskach trzeciej ligi, jednym z najgorszych okresów w historii klubu. Podczas gdy Valencia wstępowała na drogę do największych sukcesów klubu w historii (Puchar UEFA, mistrzostwa Hiszpanii), Levante systematycznie odbudowywało się i w końcu osiągnęło swój cel - w sezonie 2004/05 awansowało do Primera División, z której spadło sezon później.

(Valencia CF świętuje zdobycie mistrzostwa Hiszpanii, 2004)

Nie oznacza to jednak, że Levante całkowicie wyszło z problemów. Aktualnie sponsorem głównym klubu jest... Generalitat Valenciana, czyli Urząd Miasta Valencii - nie udało się znaleźć żadnego innego sponsora, a po kolejnym sezonie w Primera w sezonie 2006/07 klub spadł z niej sezon później z jeszcze większymi kłopotami ogranizacyjnymi. Sezon ten musiał się tak zakończyć: w połowie sezonu miało przerażający bilans: 19 meczów, 8 punktów, 9 punktów straty do przedostatniego Deportivo La Coruña, bilans bramkowy 11-35, brak strzelonego gola w przeciągu ubiegłego miesiąca (!), najdłuższa seria zwycięstw - jedno, najdłuższa seria bez porażki - jeden mecz, najdłuższa seria porażek - osiem, najlepszy strzelec Włoch Christian Rigano strzelił na półmetku sezonu cztery bramki, w dodatku trzy z nich w wygranym 3:0 meczu z Almerią, ale inaczej nie mogło to wyglądać, kiedy każdy bez wyjątku uciekał z tonącego okrętu. Polecam lekturę ciekawego artykułu, że nie tylko w Polsce może dochodzić do takich anormalnych sytuacji, ale nawet w ekipie, w której grali tacy piłkarze jak Sávio, Szota Arweładze, Lauren Robert, a wiele lat wcześniej Johan Cruyff. Jeśli dodać to tego ogromne kłopoty finansowe, które zmusiły klub do sprzedaży stadionu miastu w zamian za częściowe umorzenie długów, kształtuje się nam obraz totalnej katastrofy.

W tym samym czasie zupełnie inne nastroje panowały w drugim klubie Valencii. Klub może nie zdobył kolejnego tytułu mistrza Hiszpanii, ale miasto w 2006 roku zgodziło się na plany budowy nowego stadionu, co wywołało prawdziwą aferę. Jak się później okazało, radni zasiadający w komisji decydującej o zgodzie na budowę stadionu (a konkretniej przedstawiciele Partido Popular, rządzącej partii), doskonale wiedzieli, że Valencia CF nie posiada wykupionych wszystkich terenów, na których miał powstać (i powstaje) Nou Mestalla. Na nic zdały się sprzeciwy opozycji, mieszkańców (mało kto chciał zgodzić się na tak ogromny stadion w obrębie miasta) i w cieniu łapówkowego skandalu stadion jest już praktycznie gotowy, a miasto za swoją decyzję musiało zapłacić ogromne odszkodowania właścicielom niewykupionych wcześniej działek, a urzędnicy oczywiście stracili pracę i czekają na wyroki za niegospodarność. Nou Mestalla miała zostać oddana do użytku już we wrześniu tego roku, jednak z powodu kryzysu termin ten odłożono do sierpnia 2010, jednak już teraz częściej mówi się o lutym 2011. Valencia CF boryka się w tym momencie z ogromnymi długami, jednak prezes Valencii, Manuel Llorente, zdecydowanie zaprzecza, że będzie zmuszony sprzedać jakichkolwiek piłkarzy, aby załatać klubową dziurę budżetową, sięgającą kilku setek milionów euro.

A co z Levante? Na tym samym posiedzeniu rady, na którym decydowały się losy Nou Mestalla, miała zostać podjęta również zgoda na budowę nowego stadionu Levante, o który klub zabiegał od lat. Skończyło się na gwarancji, że "w niedługiej przeszłości" taka zgoda zostanie wydana, ale przede wszystkim nie jest jasne czy wszystkie tereny pod nowy stadion są w posiadaniu klubu i dopiero w 2008 roku potwierdzono, że wszystko jest w porządku, mimo iż Valencia CF nie musiała czekać na taką zgodę w ogóle (ponieważ wykrytoby nieprawidłowości). Oczywiście Levante nie otrzymało zgody na budowę stadionu w obrębie miasta i jego budowa zacznie się niedalego obecnego stadionu, na obrzeżach północnej części miasta. Smutna historia faworyzowania jednego klubu kosztem drugiego...

(gracze Levante UD świętują gola - strzelec Pedro León pokazuje koszulkę z napisem "Rozwiążcie to JUŻ!" z motywem kryzysu ekonomicznego klubu, kwiecień 2008)

Jednak w samym mieście i regionie pamięta się o tych wszystkich wydarzeniach z historii. Zapytałem niedawno znajomego, oddanego fana Levante, co sądzi o tym wszystkim i ku mojemu zaskoczeniu pierwsze co powiedział to... dumę, że to jego klub, mimo tylu problemów, potrafił, potrafi i będzie potrafił walczyć. Drugą rzeczą było to poczucie jedności, kiedy zasiada z przyjaciółmi na swoim stałym miejscu na stadionie i wie, że większość zebranych na 25-tysięcznym stadionie ludzi czuje to samo co on.


Na stulecie istnienia Levante UD w tym sezonie spisuje się rewelacyjnie. Aktualnie zajmuje 4. miejsce w Segunda División, z 3 punktami straty do liderującącej Cartageny i, mimo wysprzedania prawie wszystkich najlepszych zawodników (głównie obcokrajowców), ma wyrównaną kadrę, mogącą przy odrobinie szczęścia wywalczyć awans. Buduje się nowy stadion, klub powoli wychodzi na prostą, i tylko brakuje odrobinę pomocy od tych "z góry", aby klub ten zaczął odnosić sukcesy na miarę drugiego miasta Valencii.

17 listopada 2009

El futból español

Jednym z moich postanowień przed przyjazdem do Hiszpanii było poznanie kultury kibicowania i zapoznania się z całą kulturą pilkarską panujacą w Hiszpanii. Swój plan póki co konsekwentnie realizuję i o tym właśnie będzie ta notka.
Po prawej stronie dodałem zakładkę "International games", póki co nie jest ona zbyt okazała, ale mam nadzieję, że pod koniec mojego pobytu lista ta będzie dłuższa. Najczęściej bywam na Mestalli, stadionie Valencia Club de Fútbol, z oczywistych powodów - na sam stadion mam kwadrans spacerkiem, jest to największy klub w regionie i chyba każdy w mojej sytuacji zacząłby kibicować tej właśnie drużynie. Jednak byłem już także na meczu drugoligowego Castellón Club de Fútbol w mieście... Castellón de la Plana, stolicy prowincji Castellón, należącej do wspólnoty autonomicznej Valencia, leżącej ponad godzinę pociągiem na północ od Valencii, w najbliższy weekend wybieram się na mecz innego drugoligowca, Levante Unión Deportiva, którego stadion Estadi d'Ciutat d'Valencia znajduje się 20 minut spacerem od mojego domu, albo do Villareal, położonego tuż pod Castellónem innego pierwszoligowca, słynnego ze swojego stadionu El Madrigal. Dlaczego nie ma mecz Valencii? Ponieważ Levante i Valencia nigdy nie grają w swoim mieście jednego dnia - identycznie jak w Madrycie, Barcelonie czy w jakimkolwiek innym mieście, gdzie rywalizują dwie drużyny. Szczęściem dla mojego portfela jest fakt, że Levante i Villareal zawsze grają tego samego dnia, dlatego też nie mogę choćby dzień po dniu obejrzeć dwóch meczy, tylko muszę cierpliwie czekać na kolejną kolejkę, aby obejrzeć następne spotkanie.
Właśnie, może pora przejść do kwestii cen. Ostatni mecz obejrzałem za darmo (a nawet zarobiłem, gdyż miałem trzy zaproszenia i dwa z nich sprzedałem po dobrej cenie :-) ), jednakże cały czas staram się zdobyć akredytacje jako dziennikarz na każde kolejne spotkanie - pracowałem już jako el periodista w minione wakacje, bardzo chciałbym to kontynuuować jako korespondent z Hiszpanii. Ale wracając do tematu. Bilety na mecz przecwko pierwszoligowcowi (czyt. Sevilli czy Villareal) kosztują od 20€ do 55€. Jeśli zdarza się mecz z rywalem ze strefy pucharowej (np. Atlético Madrid, Villareal, Sevilla), cena wzrasta nieznacznie, ~5/10€, jednak dwa razy do roku zdarza się tak, że ceny rosną kosmicznie - kiedy zbliża się mecz z Barceloną czy Realem Madryt. Najtańsze wejściówki kosztują wtedy od 65€ do 125€ i żeby je dostać trzeba stać kilka godzin w kolejce do kas. Co ciekawe - na każdym innym meczu na jakim byłem nie było pełnych trybun, zapełniają się całkowicie tylko na te dwa mecze w sezonie. Swoją drogą patrząc wstecz - uważam że obejrzałem o wiele lepszy mecz za 10€, kiedy rywalem Valencii był trzecioligowe Alcoyano (2:2 i trzymający do ostatnich sekund mecz w Pucharze Króla), niż 0:0 z Barceloną... Ciekawostka - bilety na Camp Nou na mecz z Realem kosztują od 75€ do 225€, przeciwko Interowi - od 52€ do 138€, a na "zwyczajny" mecz przeciwko derbowemu rywalowi Españolowi - od 41€ do 124€.
Ale wracając do cen biletów. Zaskoczyło mnie to, że w Hiszpanii wszystkie spotkania pucharowe są... tańsze niż bilety ligowe. Na mecze w Europa League bilety kosztują od 15€ do 35€ - wynika to z tego, że Hiszpanie uważają (i słusznie), że to w ich kraju gra się najlepszą piłkę w Europie i nie ma takiego rywala, który byłby wart większych pieniędzy... Dla porównania - na meczu z Atlético stadion był prawie pełen, na meczu z Genuą czy Slavią Praga - nie był zapełniony choćby w połowie.
Właśnie, stadion. Do tej pory odwiedziłem Mestallę, Estadio Santiago Bernabeu oraz kilka mniejszych stadionów, aczkolwiek określenie "mniejszych" chyba nie za bardzo tutaj pasuje - przykładowo stadion Castellónu. Ostatnia drużyna Segunda División, ostatni raz w Primera División grała w latach 30-tych XX, a może pochwalić się zadaszonym stadionem na 16.000 miejsc. Mało? Po pierwsze, więcej naprawdę nie potrzeba aby zapewnić doskonały doping, po drugie - ostatni zespół w polskiej I lidze, Motor Lublin, może pochwalić się stadionem na 13.000 miejsc, z czego 10.000 to miejsca... stojące, o zadaszeniu lepiej nie mówmy. Podobnie jest w całej Hiszpanii - stadiony są stosunkowo nowe, mają pojemność kilkanaście tysięcy, zazwyczaj należą do miasta, które oddaje je do użytku drużynom za symboliczną cenę. Valencia CF jest właśnie w trakcie budowania nowego stadionu, Nou Mestalla, który będzie miał pojemność 75.000 i tym stanie się ex aequo drugim co do wielkości stadionem w Hiszpanii, ustępując tylko Camp Nou z 98.000 miejsc i równając się z Estadio Santiago Bernabeu.
Nou Mestalla
A co się stanie z obecną Mestallą? Najrozsądniejszym rozwiązaniem byłoby przekazać ją Levante, ale primo, rywal zza miedzy nie chciałby grać na dawnym stadionie odwiecznego rywala, segundo, kibice Valencii rzadko kiedy mogą zapełnić Mestallę, to nie można przypuszczać żeby kibice Levante mogliby zapełnić większą część stadionu, tercero, Levante także rozbudowywuje swój stadion i wątpliwe, aby chciało grać na 50-letniej staruszce. Do przemyślenia - czy w Polsce stadion taki jak Mestalla, o pojemności 55.000 miejsc, zostałby prawdopodobnie zamknięty i uznany za zbyt stary aby rozgrywać na nim mecze? Ostatni raz reprezentacja Hiszpanii gościła na nim w czerwcu 2005 roku - na przestrzeni dwóch dni rozegrano dwa mecze eliminacyjne do MŚ w Niemczech, z Litwą (1:0) i Bośnią i Herzegowiną (1:1) i było to oficjalne pożegnanie Mestalli z kadrą. Co ciekawe - ostatniego gola dla kadry na Mestalli strzelił Machena, obecny zawodnik Valencii.
"stara" Mestalla

Skończmy z cenami i stadionami i przejdźmy do tego, od czego chciałem zacząć - o kulturze kibicowania. Różni się ona ogromnie od tego, co widziałem w Anglii, Stanach czy Polsce. Napisałem, że w Hiszpanii gra się najlepszą piłkę, jednak o kibicach nie można tego powiedzieć. Dla przykładu, na Wyspach doping dla zespołu trwa nieprzerwanie cały mecz, najlepszym tego przykładem byli dla mnie fani Glasgow Rangers podczas Emirates Cup podczas okresu przygotowawczego. Mimo iż po 15 minutach ich zespół przegrywał z Arsenalem 0-2 (ach ten Wilshere...), to aż do ostatniego gwizdka kibicowali tak, jakby to ich zespół wygrywał i grał rewelacyjną piłkę (a nie grał). W Hiszpanii jest zgoła inaczej. Za doping odpowiedzialne są małe grupki kibiców, których sektory znajdują się zazwyczaj w rogach boiska (Valencia) czy też za jedną z bramek (Castellón). Ciężko to nawet nazwać tak naprawdę dopingiem, ponieważ są oni głośni tylko sporadycznie, czasem próbują poderwać stadion do wspólnego klaskania, ale naprawdę rzadko kiedy to się udaje. Na mecze przychodzą całe rodziny, łącznie z małymi dziećmi, którym wpaja się miłość do "tego jednego" klubu. Nie ma przemocy, ale co ciekawe, nie ma także prawdziwej ochrony. Na meczu z Atlético siedziałem dosłownie dwa rzędy pod kibicami przyjezdnych, od których dzieliła mnie tylko... metrowa barierka. Żadnych ochroniarzy, policji, barier, podobnie rzecz się ma przy wejściu na stadion - tak naprawdę kontrole są sporadyczne, raz udało mi się wnieść bez problemu 1,5-litrową butelkę wody - w innym kraju rzecz nie do pomyślenia.
Najbardziej hiszpańską rzeczą, jaką zaobserwowałem była przede wszystkim pora o której rozgrywa się mecze - zazwyczaj jest to 22:00, tylko niektóre mecze są rozgrywane wcześniej (transmitowane w telewizji), nie widziałem jeszcze choćby jednego meczu, który zakończył się przed zapadnięciem zmroku. Inną sprawą jest zwyczaj jedzenia podczas meczu lub w przerwie. Najczęściej kibice przynoszą opakowania ziaren słonecznika (pipas de girasol) czy orzeszków ziemnych - póki co moje opakowanie jadłem przez trzy mecze i jeszcze go nie skończyłem :-) Inną typową comidą jest oczywiście kanapka typu bagietka (barra de pan) - ogromna ilość ludzi przychodzi na mecz zaopatrzona własnie w ten posiłek, spożywany w czasie przerwy.
Genialną dla mnie sprawą jest transmitowanie wszystkich rozgrywek (La Liga, Champions League, Europa League, Copa del Rey i reprezentacja) przez publiczne stacje. Co niedzielę w TVE o 22:55 zaczyna się Estudio Estadio, odpowiednik Match of the Day w BBC, podsumowywujący minioną kolejkę La Ligi, ale także Premiership czy pokazujący skrót meczu najbliższego rywala Barcelony i Realu w Lidze Mistrzów. Tym dwóm drużynom poświęca się oczywiście najwięcej miejsca, w miniony weekend mogłem nawet w publicznej telewizji obejrzeć pojedynek Barcelona - Cultural Leonesa, innego trzecioligowca. Najczęściej można oczywiście obejrzeć mecze Liverpoolu i Arsenalu, a jeśli Torres lub Fabregas strzelą gola - prawdopodobieństwo jest stuprocentowe, jednak zdarzają się też transmisje "normalnych" meczy, jak np. ostatnio Tottenham - Sunderland. Podobnie jest z Canal Nou, regionalnej telewizji walenciańskiej - programy nadawane są tylko w valenciano, języku wspólnoty autonomicznej Valencia, która transmituje także każdy mecz Valencii (najczęściej), Levante i Villareal (retransmisje).
Podsumowywując, Hiszpanie naprawdę żyją piłką i ciężko tego nie zauważyć. W następnym poście postaram się opisać stosunki panujące między klubami w Hiszpanii - kto kogo lubi, kto kogo nie i dlaczego, mam nadzieję że będzie warto trochę poczekać... ¡Hasta luego!
P.S. Przepraszam, że nie wrzuciłem żadnych swoich zdjęć ale mój laptop wrócił tymczasowo do Polski, mam nadzieję że wkrótce go odzyskam i wtedy załaduję zdjęcia.

27 września 2009

Valencia, vol. 2

Na sam początek kilka słów wyjaśnienia odnośnie poprzedniej notki. Pierwsze dwa tygodnie pobytu w Hiszpanii spędziłem na intensywnym kursie języka hiszpańskiego i to właśnie nauka języka hiszpańskiego była głównym motywem tamtych dwóch tygodni. Kurs zakończył się dla mnie wyśmienicie - najwyższy wynik w mojej grupie! Aczkolwiek muszę przyznać, że po cichu liczyłem na taki wynik ;-)
Kurs w Gandii już za mną. Co jeszcze mogę o nim opowiedzieć, zanim przejdę do pobytu w samej Valencii? Turniej piłki siatkowej na plaży - ja niestety lekko się rozchorowałem (podobnie jak połowa uczestników kursu), zatem byłem bardziej paparazzim, niż graczem.
(Los Campeones)
Dalej - kolejna lekcja gotowania, a podczas niej potrawy naprawdę nie z tej ziemi, i oczywiście wszystko to owoce morza. Najpierw Pulpo a Feira - czyli po polsku ośmiornica, co ciekawe, aby była najbardziej świeża należy zacząć przyrządzać ją dwie doby przed podaniem.
(przed)(po)
Dalej Suc de rap - ciężko mi nawet opisać co to jest. Potrawa na bazie zupy rybnej, z kawałkami ryby, którą nie chciałbym zobaczyć pływającą obok mnie w morzu, oraz ziemniaków, krewetek i langust.
(oto ta rybka)(po)
Na deser - tellinas, malutkie małże, których kilkukilogramowy box kosztuje 300€. Prawdopodobnie nigdy więcej nie będę miał szansy aby skosztować tak wspaniale przygotowanych wspaniałych potrawy, dlatego jestem niesamowicie szczęśliwy że zdecydowałem się wziąć udział w tych lekcjach gotowania. Ostatnią niestety postanowiłem odpuścić, aby lepiej przygotować się do egzaminu kończącego kurs.
W czwartek wieczorem, już po napisaniu egzaminu kończącego kurs, pojechałem razem z moimi współlokatorami do Sueki - miejscowości w połowie drogi między Valencią a Gandią - na 20. międzynarodowy festiwal mimów. Przeżycie niesamowite, pierwszy kontakt ze sztuką hiszpańską. Tak po prawdzie określenie "festiwal mimów" odnosi się bardziej do sztuki teatralnej z mniejszą ilością słów niż do tego, co przychodzi nam na myśl jako pierwsze określenie mima. Akrobacje na linie zawieszonej pod sufitem, taniec, powietrzne akrobacje przy użyciu trampoliny oraz oczywiście częściowo sama sztuka teatralna - jak widać, pod pojęciem "mim" może się kryć naprawdę sporo.Kurs zakończyło oficjalnie Goodbye Party, zorganizowane przez organizatorów kursu. Idea była prosta - każdy uczestnik kursu przynosi ze sobą dowolną potrawę, tradycyjną dla swojego kraju. Ja z Jędrkiem byliśmy uzbrojeni w barszcz czerwony, nasi współlokatorzy Australijczycy w krewetki w panierce (nie wnikam na ile jest to tradycyjna potrawa Aussie). Impreza odbyła się na terenie politechniki i przyznam szczerze, pierwszy raz widziałem, aby organizatorzy i prowadzący zajęcia stawili się tak licznie i bawili się równie dobrze, co uczestnicy.
Dzień później wróciliśmy już do Valencii. Temperatura oczywiście oscylująca w granicach 30 stopni, na niebie żadnej chmurki. W tym fragmencie nie będzie już zdjęć, bo po prostu ich nie robiłem jeszcze, dopiero w przyszły weekend planuje większy trip po mieście z aparatem. Odnośnie samej uczelni i zajęć - przytłoczył mnie lekko ogrom tej uczelni. Wszystko znajduje się na jednym kampusie, wzdłuż którego idzie się pieszo z jednego końca do drugiego około pół godziny, co jest równe czterem przystankom tramwajowym po drodze. Na kampusie znajduje się kilka różnych wydziałów (w tym tutejsza ASP, która podlega pod Universidad Politecnica de Valencia (UPV), laboratoria, baza sportowa jakiej nie powstydziłby się niejeden polski klub, pływalnia, korty tenisowe, parkingi... a kolejne budynki są w trakcie budowy. Wychodzi się którymkolwiek z południowych wyjść i po drugiej stronie ulicy znajduje się kampus Universitat de Valencia (UV). Nie jest on tak dobrze zorganizowany, ale stylowo nie odstaje od ogromu UPV. Odnośnie zajęć - już od pierwszych zajęć dało się odczuć, że zagraniczni studenci będą traktowani częściowo po macoszemu, i tak jest na większości zajęć. Jeden wykładowca prowadzi dwa przedmioty, i choć teoretycznie nie są do siebie mocno zbliżone (Organizational Behaviour i Introduction to High Tech Marketing), to prawdopodobnie będą o tym samym. Nie wiem jak to wygląda od strony hiszpańskich studentów, ale muszę przyznać, że może na łódzkiej politechnice poziom zajęć nie jest o wiele wyższy, to jednak wymagania stawiane polskim studentom są większe. Plan zajęć mam dziurawy jak ser szwajcarski, ale nie zapobiegło to oczywiście temu, że dwa przedmioty nakładają się na siebie, będę musiał jeszcze wymyślić jak będzie to można ogarnąć. Oczywiście bałagan związany z erasmusami jest tutaj ogromny - w przypadku przedmiotu Operation Research jest prawdopodobne, że trafię do grupy hiszpańskiej zamiast angielskiej. Dlaczego dla mnie to takie ważne? Ponieważ jest to prawdopodobnie najtrudniejszy przedmiot w tym semestrze, z laborkami, związany z programowaniem etc. i sądzę że nawet po angielsku nie byłoby łatwo. A dlaczego nie mogę się zapisać do grupy anglojęzycznej? Ponieważ decyduje kolejność zapisów, i Hiszpanie otrzymali loginy do zapisywania się na zajęcia już w lipcu, podczas gdy obcokrajowcy przyjechali dopiero we wrześniu i grupa anglojęzyczna była już prawie zapełniona Hiszpanami chcącymi studiować po angielsku. Doceniam ambicje, ale co mają zrobić erasmusi, których język hiszpański jest na poziomie zerowym? Cieszę się że przynajmniej mnie taki problem nie dotyczy i najwyżej będę musiał włożyć więcej pracy w ten przedmiot.
Z dodatkowych aktywności - zapisałem się na próbne gry do regularnej drużyny piłkarskiej UPV. W poprzednim tygodniu była jedna, jutro czeka mnie kolejna i jeśli dobrze się spiszę, to jest szansa że będę grał w akademickiej lidze piłkarskiej. Szans dużych pewnie na to nie ma (ciężko jest się wykazać, kiedy gra się w obronie - pozycji, której nigdy nie preferowałem oraz kiedy gra się z Hiszpanami - jakby nie było, narodem aktualnych mistrzów Europy), ale sama przyjemność gry mi wystarcza. Dodatkowo, co sobotę gram w piłkę z Hiszpanami na kampusie Universitat de Valencia - dostałem zaproszenie od Hiszpana, który znalazł mnie na facebooku, i tak się zaczęło. Kontynuując wątek piłkarski - wiadomo, że w Valencii znajdują się dwie drużyny piłkarskie - Valencia Club de Futbol oraz Levante Union Deportiva. Pierwsza co roku wymieniana jest w gronie faworytów do zajęcia czołowych pozycji w Primera Division i zajmuje 4. miejsce w klasyfikacji najlepszych zespołów z Hiszpanii w historii, druga błąka się w Segunda Division. Opisywałem tutaj już swoje piłkarskie wakacje, teraz kontynuuje tę piłkarską pasję chodzenia na mecze, którą zaraził mnie Brat i wczoraj wybrałem się na swój pierwszy mecz na Estadio Mestalla - Valencia podejmowała Atletico Madrid, inną równie naszpikowaną gwiazdami drużynę, którą miałem już szansę oglądać w te wakacje podczas Emirates Cup w Londynie. Wrażenia z meczu - bilet kupiłem bez żadnych problemów w kasie klubu pół godziny przed meczem. Miejsce także wyjątkowe, bo pięć rzędów pod sektorem kibiców gości.Dzięki temu poznałem wszystkie przyśpiewki fanów Atletico, począwszy od "Hasta la muerte, Atletico, hasta la muerte" a skończywszy na "Puta Valencia". Aż żałowałem że mój hiszpański nie jest na tyle dobry, że mógłbym zrozumieć wszystko co śpiewali kibice gości. Stadion - widać po nim, że został oddany do użytku w 1959 roku, dwa lata po tym, jak rzeka Turia zalała większą część miasta i trzeba było na miejscu starego, zalanego stadionu wybudować nowy. Jednak mimo tego, jak na polskie standardy stadion ten jest ogromny a jego największą charakterystyką jest to, że trybuny są strasznie strome, ale dzięki temu nawet kiedy jest się na samym szczycie stadionu, widać doskonale co dzieje się na boisku. Nowy stadion Valencii, Nou Mestalla, na 75.000 miejsc miał zostać oddany do użytku we wrześniu tego roku (czyli już od początku tego sezonu), ale z powodu kłopotów finansowych bardziej prawdopodobnym terminem jest sierpień 2010, czyli sezon później. Mnie osobiście to bardzo odpowiada, bo obecnie na Mestallę mam 10 minut spacerkiem. Podróż na Nou Mestalla zajmie mi 20 minut - metrem.Ale odnośnie samego meczu - w porównaniu z angielską piłką, hiszpańska jest o wiele bardziej przyjazna dla kibica. Taktyka nie jest tutaj najważniejsza, akcje są porywające, co chwila ciągnie atak za atakiem i aż chce się bić brawo po kolejnych akcjach. Atmosfera na trybunach jest o wiele lepsza w Anglii, gdzie każdy emocjonuje się grą, krzyczy, dopinguje, w Hiszpanii ludzie są bardziej stonowani w swoim zachowaniu (nie licząc kibiców gości - wiadomo, że na wyjazdy jeżdżą tylko najzagorzalsi kibice). Najprostsza różnica pomiędzy dwiema najlepszymi ligami w Europie - lidze angielskiej najważniejsze jest nie stracić gola, w lidze hiszpańskiej - strzelić o jednego więcej niż przeciwnik. Mecz był fascynujący, padło sporo goli (2:2 po golu dla Atletico w 93'), na boisku oglądałem jednych z najlepszych piłkarzy w Europie. Pierwszy mecz na Estadio Mestalla i na pewno nie ostatni.Następny mecz - prawdopodobnie Barcelona i nie mogę przegapić tego widowiska. I jeszcze tylko ostatnia rzecz dotycząca kibicowania w Hiszpanii - po ulicy można chodzić w koszulce dowolnej drużyny i nie musisz się bać, że cokolwiek Ci się stanie, nawet na stadionie widziałem ludzi w koszulkach Barcelony. Na stadionie podobnie - pomimo iż siedziałem pięć rzędów pod kibicami Atletico i pomiędzy mną a nimi nie było żadnej policji czy ochrony, to po prostu wiedziałem, że nic mi się stać nie może. Na mecze chodzą dosłownie całe rodziny, z małymi dziećmi. Nie ma tak surowych restrykcji jak w Anglii - można wnieść dowolne picie, jedzenie, flagi (swoją drogą widziałem jedną flagę Polski w sektorze Ultras Valencia), nie ma z tym żadnego problemu. Na sam koniec jeszcze tylko jedna rzecz, typowa dla Hiszpanii - godzina rozpoczęcia meczu. Wczoraj była to 22:00 i stadion był pełen. Za dwa tygodnie, kiedy Valencia podejmie Barcelonę, pierwszy gwizdek zagwiżdże o północy... Dla mnie jest to (jeszcze) nie do pomyślenia, dla Hiszpanów jest to jak najbardziej normalne.
¡Hasta pronto!