Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valencia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valencia. Pokaż wszystkie posty

2 czerwca 2010

Kolejna kartka z kalendarza: kwiecień.

Piątek, 16. kwietnia 2010:  Pierwsze co zrobiłem do jedzenia po powrocie z Maroka to... zwykła pasta neapolitana. Naprawdę, może ciężko to zrozumieć, ale po ośmiu dniach pełnych wyrzeczeń w stylu "nie wezmę tego do ust do mój żołądek tego nie wytrzyma" jedyne czego pragnąłem to zwykły, codzienny obiad. No, może nie taki codzienny bo staram się ostatnio coraz bardziej urozmaicać sobie życie, ale - po prostu normalne jedzenie! Oczywiście żeby nie było tak wesoło - część z przygotowanego jedzenia którego już nie mogłem tknąć zostawiłem sobie na kolację/śniadanie zjadł Stuart, bo nie zorientował się że to nie jego... Potraktowałem to mimo wszystko jako obrazę dla moich umiejętności kulinarnych, no bo bez przesady, może nie jestem jakimś wybitnym talentem kulinarnym, ale mimo wszystko jego potrawy a moje to jak dwa światy...

Poniedziałek, 19. kwietnia 2010: Fiesta Polaca w Bolserii - klubie w Carmen, starym mieście. Dla kogoś kto nie jest w temacie - nie, to nie jest jakieś nie wiadomo jakie wydarzenie, co tydzień odbywają się takie imprezy, i co tydzień z inną narodowością w temacie, ale swoją drogą zaskoczyło mnie ilu Polaków jest w Valencii (tzn. w samym lokalu było ich kilkudziesięciu, wiadomo że nie wszyscy, ale zazwyczaj można łatwo na podstawie tego procenta obecnego na imprezie obliczyć mas o menos całkowitą liczbę). Pomimo iż początkowo nie miałem ochoty iść, około godziny 21 dałem się przekonać przez współlokatora (Polaka) i poszedłem - muszę zacząć chyba trochę ograniczać spontaniczność, bo jeszcze wejdzie mi w nawyk ;-) A sama impreza? Nic specjalnego, ale najciekawsze działo się kiedy już wracałem do domu - jak się później dowiedziałem, jeden z Polaków z którymi byłem na imprezie i z którymi się pożegnałem, po wyjściu z klubu zdemolował stojący nieopodal śmietnik... a potem dostał pałką teleskopową od policjanta ubranego po cywilnemu, a część jego rzeczy, jakie miał w kieszeniach znalazła się w leżącej nieopodal studzience kanalizacyjnej - złośliwość policjanta. A sam kolega dostał tak mocno, że poszedł później do szpitala, założono mu kołnierz ortopedyczny na kark i jutro prawdopodobnie idzie na policję złożyć zażalenie.

Wtorek, 20 kwietnia 2010: Najlepszy mecz w piłkę nożną jaki kiedykolwiek zagrałem i jaki kiedykolwiek zagram na erasmusie w Valencii, a nic czegoś takiego nie zapowiadało. Po powrocie z 3-tygodniowych wakacji ruszyły także sparingi erasmusów. Pierwszy mecz - remis 2:2, z czego jedna bramka to ewidentna moja wina - strata, kontra i ładny gol. W drugim meczu kapitan powiedział mi tylko, żebym spieprzał do ataku bo w obronie i tak ze mnie żadnego pożytku i... o takich decyzjach mówi się "strzał w dziesiątkę". Ale po kolei. Początek meczu i od razu szybko przegrywamy 0:2 - co było do przewidzenia, bo w poprzednim meczu ta drużyna wygrała 5:0. Ale nagle dzieje się coś dziwnego... Bramkarz drużyny przeciwnej (pewnie myśląc że jestem taki słaby) chciał się ze mną kiwać pod własną bramką, w trakcie "zwodu Zidane'a" jednak okazałem się sprytniejszy, przewidziałem co zrobi, zabrałem mu piłkę i wbiłem do opuszczonej bramki. Po chwili rzut rożny pod naszą bramką, wybicie, piłka trafia do mnie, stojącego na srodku boiska. Szybkie spojrzenie gdzie ustawiony jest bramkarz drużyny przeciwnej, podcinka i piękny lob nad bramkarzem z połowy boiska - zrobiło się nagle 2:2. Mija kilka sekund, akcja prawą stroną, Fotis z Grecji strzela mocno z ostrego kąta, ale strzał mu nie wychodzi i piłka leci wzdłuż linii bramkowej, i gdy nikt się tego nie spodziewa, nadbiegam na piłkę i z metra pakuję ją do siatki, kompletując hat-tricka w ciągu kilku minut. Po chwili po kolejnej kontrze posyłam górną piłkę do Ditmara z Niemiec, który bez problemu ją przyjmuje i strzela gola, nie dając szans bramkarzowi. Ale po chwili znowu sytuacja się zmienia - po naszych 4 golach, oni odpowiadają podobną serią i do przerwy przegrywamy 4:5. Po przerwie na boisko wchodzi za Waltera z Niemiec wchodzi Marokańczyk, nie pamiętam imienia i... zaczynamy grać ze sobą jakbyśmy się do tego urodzili. Notuję 4 asysty, wszystkie to dogrania właśnie do tego gościa, on wykorzystuje moje prezenty (3 z nich polegały tylko na dostawieniu nogi), jednak przeciwnik nie tylko temu się przygląda, ale także strzela nam w międzyczasie gole. Ostatnie akcje meczu, przegrywamy 8:9, dostaję piłkę na lewym skrzydle na wysokości środka boiska, mijam dwóch przeciwników, spoglądam na bramkarza i widzę że zostawił niepilnowany krótki słupek, strzelam bez zastanowienia i... gol, koniec meczu, remis, ale ja traktuję go jako personalne zwycięstwo. Podczas takich meczów mówi się, że wychodzi wszystko. Dla mnie miało to znaczenie też symboliczne - przede wszystkim udowodniłem sobie i innym, że potrafię - po ostatnich meczach, w których nie grałem nic przyszedł najlepszy, i to na oczach najlepszych; po drugie, był to mój pierwszy mecz po tragedii w Smoleńsku, a ja postanowiłem, że tym razem zagram w koszulce reprezentacji Polski. A, no i jeszcze Barcelona pobita w półfinale Ligi Mistrzów! Cholera, dla takich chwil naprawdę warto żyć! 

Środa, 21. kwietnia 2010: Sądziłem, że popołudniowa przebieżka do morza i z powrotem dobrze mi zrobi, jednak leżąc teraz i czując każdy mięsień - wiem już, że się myliłem. Coś jakby taka sinusoida powodzenia, nawet Lyon przegrał po katastrofalnej grze 0:1 z Bayernemw drugim półfinale Ligi Mistrzów, a ja zastanawiam się jakim cudem zdołał z taką grą zajść tak daleko... Hm, koniec meczu... Ok, spadamy do Asi na imprezę. Znowu spontanicznie, nawet żadnego alko nie kupiłem.

Czwartek, 22. kwietnia 2010: W poranki takie jak ten człowiek zastanawia się: "Po cholerę ja to zrobiłem?". Spokojnie, nic złego, po prostu nie jestem przyzwyczajony ani tym bardziej nie lubię, kiedy staję się piątym kołem u wozu. Ale cóż, kiedy przenosiliśmy się z parku do klubu byłem czwartym kołem i nic tego nie zapowiadało, pero la vida es dura y dura. W wolnym tłumaczeniu - shit happens. Tylko na niektóre osoby patrzę już chyba przez inny pryzmat. Dziś nocka przed laptopem, z filmami i pół kilo pistacji.

Piątek, 23. kwietnia 2010: Od środowego wieczora nie mogę się pozbyć tego z mojej głowy, po prostu nie mogę, ale jednocześnie wiem że nic tak nie oddaje mojego stanu rzeczy jak ta piosenka. Placebo, "Where is my mind?", genialny cover Pixies - genialny, jak zresztą wszystkie pozostałe z bonusowej płyty z coverami do Sleeping with ghosts z 2003 roku. Aż szkoda że nie mam tutaj ze sobą mojej kolekcji wszystkich płyt Placebo - przesłuchałbym je wszystkie, jedna po drugiej... A, nie przesłuchałbym. I tak nie mam wieży...

Sobota, 24. kwietnia 2010: Primo, przez ostatni tydzień czuję że zarobiłem wystarczająco punktów doświadczenia, żeby podnieść umiejętność Gotowanie na następny poziom - Zapiekanka serowa z szynką, Kurczak po chińsku, dziś Zapiekanka ziemniaczana z boczkiem (w wersji hiszpańskiej - z chorizo) i cebulą, po drodze wiele innych, na jutro idzą kalamary oraz (jeśli uda mi się kupić u chińczyka tanio formę do ciasta) Karpatka. Wszystki potrawy z wielkich liter, a co! W końcu prawdziwe dzieła ;-) Nawet współlokatorzy (dziś Stuart) zauważyli że moje potrawy osiągają coraz wyższy poziom... Kurde, fajnie gotować dla innych ;-)Z dodatkowych atrakcji - większą część dnia spędziłem śledząc na żywo rozgrywki w różnych ligach, głównie w lidze angielskiej - 3 obejrzane mecze w sieci, czwarty natomiast na żywo - kolejna wyprawa na Mestallę, tym razem na Deportivo de  la Coruña. Wynik - 1:0, po raz kolejny Villa (ile bym dał, żeby on albo Kun Aguero przenieśli się na Stamford Bridge - tak, stałem się zadeklarowanym kibicem Chelsea Londyn, mam nadzieję że jesteś z siebie dumny Braciszku ;), jednak co ciekawsze odnotowania - pierwszy mecz, na który poszedłem w samej koszulce Valencii (czyt. bez kurtki) i nie zmarzłem pomimo późnej pory rozgrywania meczu - po powrocie do Polski chyba tylko dzięki pamiątkowym biletom z godziną będę mógł uwierzyć, że można rozgrywać mecze o tak późnej godzinie. No ale, grunt że w końcu Hiszpanie nie patrzyli się na mnie jak na wariata (a przynajmniej większość z nich), ja natomiast na nich nie mogę przestać tak patrzeć ani na chwilę, bo jak inaczej określić zachowanie, kiedy przy temperaturze prawie 20 stopnii w nocy, ludzie chodza poubierani tak jak w Polsce podczas chłodnej jesieni?!Ale była także jeszcze jedna rzecz, tylko częściowo związana z futbolem, która sprawiła że nie byłem praktycznie obecny na tym meczu... Uświadomiłem sobie, że za półtora tygodnia pójdę na przedostatni mój mecz na Mestalli, a 16. maja, dwa dni przed przylotem Roberta, pójdę po raz ostatni na mecz Valencii... Z dwóch powodów jest to dla mnie smutne - pierwszy, mecze były jakby obok mojego erasmusa przez cały czas, chodziłem na nie tak często jak mogłem i chciałem, wiedziałem że będą jeszcze długo... a tu nagle dociera do Ciebie, że jeszcze tylko 4 mecze, 2 na Mestalli (z czego ostatni, z Tenerife, prawdopodobnie ostatni na "starej" Mestalli) i... koniec! Musisz czekać na mundial, a po nim... do domu... A druga rzecz, to że nie zabiorę Roberta na żaden mecz Valencii, nie odwdzięczę mu się za te wszystkie wyjazdy na Stamford Bridge, na Wembley, na Emiraty czy choćby do Reading, kiedy zapłaciliśmy więcej za transport niż za same bilety... Swoją drogą, 8. czerwca, stadion w Murcji, Hiszpania - Polska, ostatni sprawdzian reprezentacji Hiszpanii przed Mundialem - muszę zdobyć bilety/akredytację!

Poniedziałek, 26. kwietnia 2010: Hm, poczułem chyba po raz pierwszy coś na kształt żalu, że nie będzie mnie w Polsce podczas Juwenaliów. Żeby nie zrozumieć mnie źle - cały czas brakuje mi przyjaciół i znajomych, ale po 8 miesiącach można się już do tego w pewnym sensie przyzwyczaić, jednak teraz doszedł kolejny powód - zespoły jakie będą tam grały... Pomimo tego, że mogłoby być lepiej (i poprzednimi laty tak było), ale zespoły typu Happysad, Dżem, Carrion, Lipali i Sunrise Avenue to dla mnie byłaby gwarancja dobrej zabawy :-) No ale, pozostaje mi słuchać głosów z Łodzi ;-)Z jeszcze mniej przyjemnych wydarzeń - po 2,5 roku używania Windows Vista, musiałem niestety porzucić ten "wspaniały" system, gdyż w okresie intensywnego używania, system wieszał się średnio co 4 minuty, a podczas jego otwarcia i zamknięcia mogłem iść spokojnie i bez pośpiechu zrobić sobie herbatę i poczekać aż się zaparzy... Teraz czas na format C.

Wtorek, 27. kwietnia 2010: Nie pytajcie mnie jak. Nie pytajcie mnie skąd. Faktem jest natomiast, że dziś wieczorem w moim pokoju znalazłem... jaszczurkę. Była "przyklejona" do ściany pod oknem, kiedy tylko wszedłem do pokoju natychmiast zniknęła za szafą. Jak na wysokości 3. piętra mogła się znaleźć jaszczurka, i to jeszcze akurat w moim pokoju?Z newsów futbolowych - Olympique Lyon przegrał (a właściwie został rozgromiony) w półfinale Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium - nie dość, że z pucharów odpadł mój trzeci po Chelsea i Valencii ulubiony klub, to jeszcze z Niemcami i to w koszmarnym stylu. Mam tylko nadzieję, że jutro odpadnie też Barcelona.

Środa, 28. kwietnia 2010: Nie jest źle, a wręcz bardzo dobrze. Barca pokazała, że nie potrafi przegrywać, Mourinho pokazał, że jest genialnym trenerem (a ci co umniejszają jego zasługi, jak na przykład autor tego żałosnego i nie mającego prawie nic z prawdą artykułu, są po prostu śmieszni), a mnie samopoczucie wzrosło niesamowicie. Może się ktoś przyczepić, że cieszę się z cudzego nieszczęścia, ale to nieprawda - po pierwsze, cieszę się ze szczęścia Interu, po drugie, Barcelona już rok temu w półfinale z Chelsea pokazała, że bez pomocy sędziego nie zasługuje na finał i późniejszą wygraną z Manchesterem United. Dlatego cieszę się podwójnie, że Barcelona odpadła, bo przynajmniej sprawiedliwości stało się zadość.

Za kilka dni ciąg dalszy - maj.

16 kwietnia 2010

Kartka z kalendarza: Marzec w Hiszpanii i zapowiedź kwietnia.

Nie będę w najbliższym czasie pisał już o Portugalii, odwlekę opis mojej podróży w czasie o czas nieokreślony, zamiast tego kartka z kalendarza z ubiegłego i początku obecnego miesiąca.

Poniedziałek, 1 marca 2010: Miesiąc nie mógł się chyba zacząć gorzej. Kolejny mecz w piłkę, kolejna bolesna kontuzja - tym razem ofiarny wślizg kosztował mnie utratę sporej części skóry z okolic uda, rana wygląda niezbyt okazale, mam nadzieję że szybko się zagoi, bo w czwartek kolejny mecz...

Czwartek, 4 marca 2010: Nadzieja matką głupich. Z bólu nie mogłem zasnąć, ledwo co mogę chodzić, a co dopiero mówić o graniu... Teraz czas na wyleczenie wydłużyłem do Las Fallas - największego święta regionu w roku, polegającego na spaleniu w piątek, 19 marca, dniu św. Józefa figur zwanych Ninots, które zespoły mieszkańców budują przez cały rok... Już nie mogę się doczekać ;-)

Sobota, 6 marca 2010: Świetna impreza! Vaclav, erasmus z Czech zaprosił mnie na imprezę zwaną "Winetasting". Każdy z 30 gości przyniósł butelkę wina i każdy musiał później skosztować każdego wina i ocenić które wino było najlepsze. Pełna kultura, ja przyniosłem butelkę różowego wina zakupioną podczas wycieczki do wytwórni oliwy w listopadzie, przynajmniej miałem pewność że nikt nie przyniesie takiej samej :-) I jeszcze jedna uwaga - po skosztowaniu pierwszych dziesięciu butelek, wszystkie pozostałe zaczęły smakować tak samo - równie dobrze ;-)





 
Niedziela, 7 marca 2010: Wczoraj byłem na Plaza da Ayuntamiento na Cabalgata del Ninot - wielka parada z pochodem prezentującym Ninots jakie będą wystawiane i palone podczas Las Fallas - imponująco i żartobliwie, np. pochód złożony z "gladiatorów" Realu Madryt z tarczami ze złotym symbole € zamiast herbu, symbolizującym chore pieniądze wydane tego lata na transfery; pochód pijących, bawiących się młodych ludzi i auta z otwartym bagażnikiem z którego dochodziły ogłuszające dźwięki - typowy botellon :-) i cała masa innych. W całym mieście czuć już atmosferę zbliżającego się święta, a ja odliczam dni do przyjazdu rodziców - 8.

Poniedziałek, 8 marca 2010: Wyjątkowo w poniedziałek (nagromadzenie się meczów w terminarzu z powodu europejskich pucharów) mecz Valencii, tym razem z Realem Racingiem Santander. Dotychczas nie byłem na meczu z mniejszą ilością goli niż przynajmniej dwa, tym razem musiałem po raz pierwszy w Hiszpanii obejrzeć bezbramkowe widowisko, którego bohaterem był... bramkarz Valencii, Moya, który uratował kilkukrotnie punkt dla Nietoperzy. Przynajmniej widać koniec sezonu - Mestalla zapełnia się przy każdym meczu prawie całkowicie, Valencia ciągle w grze w europejskich pucharach i wysokie 3. miejsce w Primera Division, będzie ciekawy finisz sezonu.


Środa, 10 marca 2010: Bilety do Maroka kupione! 7-15/04, Valencia->Madrid, Madrid->Fez, Marakesz->Madrid, Madrid->Valencia, mam nadzieję że będzie super, a loty kosztowały mnie stosunkowo śmieszne pieniądze - 50€, z czego 20€ z tej sumy kosztowały mnie płatności kartą... :-) Myślałem że po wycieczce do Portugalii nic w tym roku nie przebije tamtego tripa, ale opcja podróży przez pustynię dżipami i na wielbłądach działa na wyobraźnię ;-) Pierwsza wizyta w Afryce :-)
Czwartek, 11 marca 2010: Coś nieprawdopodobnego. W sześciu ostatnich meczach gracze Valencii dostali 5 czerwonych kartek, tym razem skończyło się na 1-1 u siebie z Werderem Brema. Emocjonujący mecz głównie z powodu tego, z kim poszedłem - na 13 osób, 7 to byli Niemcy i dopingowali wiadomo którą drużynę, swoją drogą podziałało to mobilizująco na Hiszpanów siedzących w naszym sąsiedztwie, bo zaczęli ich momentami przekrzykiwać. Mecz ciekawy, wynik wypaczony na korzyść Niemców przez sędziego... Czekamy na rewanż. Co warte odnotowania - pierwszy (i zapewne ostatni ;-)) mecz Asi na Mestalli. 


Poniedziałek, 15 marca 2010: Las Fallas oficjalnie rozpoczęte! Wczoraj wybraliśmy się "całym mieszkaniem" (ja, Jędrek, Pioterk i Stuart) na Carmen (Stare Miasto) zobaczyć najładniejsze ninotsy - niesamowite święto! Zdjęcia nawet tego dobrze nie oddają, wszędzie słuchać huk petard, wszędzie światła, hałas miasta, wydaje się jakby nagle liczba mieszkańców się podwoiła tylu przyjechało turystów. 

Odnośnie turystów - dziś w nocy i moi turyści w końcu przylecą do Valencii - już nie mogę się doczekać rodziców :-) I tylko szkoda że Brat nie dał rady także dotrzeć... Wciąż nie mogę się go doprosić o jakiekolwiek szczegóły kiedy wyobraża sobie przylot. Cóż, trudno, jego strata... Chciałem tylko żeby w te wakacje - czyli jedyny okres poza Świętami Bożego Narodzenia kiedy się widzimy - to on spędził trochę czasu u mnie, a nie tak jak zawsze ja u niego.

Wtorek, 16 marca 2010: Rodzice w końcu dotarli! Co prawda w środku nocy, ale na szczęście cało i bezpiecznie. Przywieźli także oczywiście mnóstwo prezentów (czyt. prowiantu :-) ), a teraz czas zrealizować plan na najbliższy tydzień. Zaczynamy oficjalnie świętować Las Fallas! ;-)

Czwartek, 18 marca 2010: Wczoraj w końcu wybrałem się do Oceanarium w Valencii, największego w Europie. Czekałem na to aż do marca z wiadomego powodu - na sponsorów :-) Baaardzo sympatyczne miejsce, podobnie jak Muzeum Nauk niepodali. 

Dzień później, tzn. dziś, razem z Jędrkiem i jego rodzicami, którzy również na czas Las Fallas przylecieli do Valencii, wybraliśmy się na corridę. Przyznam szczerze, uczucia mam jednoznaczne - byłem na corridzie dwa razy w życiu. Pierwszy i ostatni jednocześnie. Rozumiem, zabicie (zarżnięcie?) pierwszego byka mogło być interesujące. Drugiego też, bo mocno poturbował matadora. Ale trzeciego, czwartego, piątego i szóstego w identyczny sposób?! Coś odrażającego, i jeszcze reakcje publiczności, kiedy za każdym wbiciem żelaza w kark zwierzęcia wszyscy głośno krzyczeli "Ole!"... Nigdy więcej. Za to Las Fallas w pełni - nigdy wcześniej nie widziałem naraz tylu ludzi w Valencii, liczba mieszkańców spokojnie przekroczyła na czas święta dwa miliony. Turyści są wszędzie i zaczyna to być irytujące, kiedy chcesz przejść z jednego miejsca do drugiego...


Sobota, 20 marca 2010: Nie będę się rozpisywał o tych wszystkich atrakcjach jakie działy się w mijającym tygodniu, opiszę tylko samo zakończenie. Las Fallas kończy się zawsze 19 marca, w dniu Św. Józefa - w tym roku szczęśliwie wyszło że wypadło ono w piątek, więc był cały tydzień wolnego. Święto kończy się Cremą, wielkim festiwalem ognia podczas którego pali się wszystkie te figury, które można było oglądać przez cały miniony tydzień. Najpierw o 22 zaczyna się palić dziecięce Ninots - zrobione dla dzieci, "miniaturowe" - w cudzysłowie, bo tak naprawdę niektóre mają do 3-4 metrów wysokości i tylko w porównaniu z ich gigantycznymi "dorosłymi" odpowiednikami są miniaturowe. Później o 22:30 nastąpiło spalenie zwycięzców konkursu na dziecięce ninots, niestety nie mam pojęcia kto ten konkurs wygrał. Wszyscy jednak czekają z niecierpliwością na północ, kiedy to następuje początek wielkiej Cremy, podczas której spala się te ogromne ninots. My zostaliśmy na naszym osiedlu, Benimaclecie, zamiast iść na Plaza de Ayuntamiento i obserwować wszystko z odległości stu metrów, mogliśmy blisko domu mieć podobny widok. Całe przedstawienie skończyło się jednak bardzo późno, bo dopiero po 3 w nocy... A dziś z rana wyruszyliśmy wypożyczonym autem z rodzicami i Jędrkiem (którego rodzice zostali w Valencii i dziś po południu odlatują do Portugalii) na podróż do i po Andaluzji.

Poniedziałek, 22 marca 2010: No i po podróży - niesamowitej podróży! Po kolei. Najpierw Cordoba i niesamowita Mezquita - czyli po prostu Meczet - największa tak eklektyczna budowla w Europie, będąca w przeszłości świątynią pogańską, muzułmańską, a obecnie katolicką. 

Później Malaga - urocze miasto nas Morzem Śródziemnym, w którym nocowaliśmy z soboty na niedzielę. Następny przystanek - Granada i wizyta w Alhambrze, słynnej ogromnej warowni górującej nad miastem. Później Cartagena (nie mylić z Kartaginą ;-)) i szybki powrót do domu... Super podróż, z Andaluzji została mi jeszcze tylko Sevilla, którą mam zamiar odwiedzić w następnym tygodniu, i jestem absolutnie zadowolony z moich podróży po Półwyspie Iberyjskim! Rodzice już pojechali, następny raz widzimy się zapewne w... sierpniu?

 Środa, 31 marca 2010: I oto jestem w upragnionej Sevilli! Moment wybrałem genialny, a wszystko zaczęło się tak: najpierw pojechałem z Valencii do Madrytu, gdzie odebrałem na lotnisku Klaudię i Tomka (prawie jak w amerykańskim filmie ;-)) i następnie razem udaliśmy się do Sevilli, aby odwiedzić Kacpra i Klona. Pogoda w Sevilli doska, słonko grzeje, czuję że się spalę na tym słońcu i wcale mi to nie przeszkadza ;-) Przyjechałem do Sevilli w specyficznym okresie - Wielkanocy, która w Sevilli jest obchodzona najuroczyściej w całej Hiszpanii - pasos, tzn. procesje snują się po całym mieście, a wygląda to... strasznie, bo kondukty składają się z wiernych ubranych w stroje rodem z ku-klux-klanu...



Niedziela, 4 kwietnia 2010: Czuję się (i w sumie powinienem ;-)) jak na wakacjach... Sevilla jest piękna, czas mija z super ludźmi, wczoraj byliśmy nawet na meczu Sevilla - Tenerife i przekonałem się że w Hiszpanii jednak istnieje coś takiego jak głośny doping na trybunach! Widocznie to tylko taka domena Valencii/Mestalii że wszyscy siedzą cicho... Co nie zmienia faktu że musiałem zapisać kolejny plus po stronie Sevilli, ale w wojnie miast i tak wygrała Valencia ;-) Sorry, morze i plaża to dla mnie czynnik naprawdę decydujący ;-) Zły jestem na siebie strasznie bo spakowałem do Sevilli wszystko absolutnie... za wyjątkiem aparatu fotograficznego :/ No nic, na szczęście inna osoba ma. Co więcej - najdziwniejsza Wielkanoc w moim życiu, po raz pierwszy bez rodziny, za to wcale nie jest nierodzinna! Dziś było pieczenie mazurka (brawa dla Klaudii!), jutro jedziemy całą piątką stopem do Tarify do rodziny Kacpra - Tarifa to południowy przylądek Hiszpanii, bodajże także najdalej na południe wysunięty kraniec kontynentalnej Europy, zaledwie 13km od wybrzeża Maroka. Będzie się działo ;-) 

 

Wtorek, 6 kwietnia 2010: No i oto jestem na chwilę w Valencii. Tarifa była doska, głównie z powodu jazdy stopem - ja jedyny jadąc w pojedynkę miałem chyba najdziwniejszą podróż kiedykolwiek. Hiszpan, były piłkarz, a obecnie agent nieruchomości, podwiózł mnie swoim Audi przez połowę południowego wybrzeża do samej Tarify, ale tak okrężną drogą i z ogromem przygód po drodze że aż mnie samemu nie chce się wierzyć że to się wydarzyło ;-) Ale moje ręce to doskonale potwierdzają - stojąc i próbując łapać stopa strasznie się spaliłem na słońcu, już teraz wiem że na dniach zacznie mi po raz pierwszy w tym roku schodzić skóra... A sama Tarifa? Pobyt u rodziny Kacpra super, miasto urocze i niesamowicie wietrzne - podczas mojego pobytu wiał wiatr o mocy 8 stopnii w skali Beauforta - piasek wbijał się w stopy jak igły a wiatr uniemożliwiał poruszanie się... a mimo to i tak grupka Polaków wykąpała się w takich warunkach w oceanie ;-) Później pożegnanie (jak ja tego nie cierpię...) i ekspersowy powrót z Sevilli do Tarify, tym razem już nie stopem, bo nie mogłem pozwolić sobie na jakiekolwiek opóźnienia spowodowane czynnikami niezależnymi ode mnie... Dlaczego? Bo już jutro z samego rana lecę na osiem dni do Maroka! Do napisania później, tym razem bym się zachlastał jakbym zostawił aparat w domu... ;-)

26 stycznia 2010

Styczeń w Valencii

Tak, wiem, brak notki przez cały miesiąc to zdecydowanie za długo, ale co poradzić – sesja to sesja, nauka najważniejsza (tak podobno mówią), zatem i bloga sobie tymczasowo odpuściłem, ale czas nadrobić zaległości, zwłaszcza że ostatnia notka o Hiszpanii było pod koniec… listopada, a wydarzyło się naprawdę sporo.

Przede wszystkim powrót do Polski na Święta. Jeszcze dwa miesiące przed lotem głęboko zastanawiałem się czy na pewno to dobra decyzja. Jeszcze miesiąc przed przylotem nie byłem zupełnie pewien tej decyzji. Dziś, siedząc w Valencii i mając w głowie wydarzenia tych trzech tygodni, nie jestem w stanie pojąć, jak zmienna jest natura ludzka – i cieszę się z tego strasznie.

Może zabrzmi to bardzo dziwnie, ale bardzo potrzebowałem tego odpoczynku w Polsce. „Odpoczynku? Przecież jesteś w Hiszpanii!” mógłby ktoś powiedzieć… Jednak psychiczny odpoczynek był mi bardzo potrzebny. Codziennie mam tutaj na głowie tysiąc spraw, których nikt inny nie chce na siebie wziąć, poczynając od uczelni, przez podróże i na mieszkaniu skończywszy, kosztują mnie codziennie mnóstwo stresów, czasu i zmartwień „jak to będzie?”. Tak, „dorosłe życie”, mógłby ktoś powiedzieć, jednak to nie tylko o to chodzi, ale zostawmy to. Na chwilę obecną jest bardzo dobrze, oby tak pozostało do samego końca mojej erasmusowej przygody z Hiszpanią.

Ale wracając do Polski. Przede wszystkim – rodzina. Te Święta były naprawdę wyjątkowe, po raz pierwszy od trzech lat cała rodzina zasiadła przy wigilijnym stole. Wcześniej Robert przylatywał i odlatywał przed Wigilią albo w ogóle, w tym roku obaj wróciliśmy do Polski na Święta. Całą rodziną pojechaliśmy do dziadków na Suwalszczyznę i to tym bardziej sprawiło, że doceniłem rodzinne święta. Siedząc obok mieniącej się tysiącami światełek i pachnącej lasem choinki, bawiąc się z 3-miesięcznym kociakiem, miałem jedną myśl w głowie – to właśnie się nazywa szczęście. I naprawdę, w tym roku wszystkie materialne sprawy przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie – mógłbym nawet nic nie dostać na Święta, a nic by to nie zmieniło, ważne dla mnie było to, że jesteśmy w jednym miejscu wszyscy razem… No może nie do końca – liczyło się dla mnie to, aby prezenty, które ja wręczam sprawiły radość obdarowywanym i myślę, że udało mi się to w stu procentach, prawda Braciszku? ;-) Dodatkowo, już po powrocie do Łodzi – zobaczyć znajome twarze po kilku miesiącach to naprawdę bezcenne uczucie… Tego mi chyba brakowało i brakuje w Hiszpanii najbardziej – bratniej duszy, z którą mógłbym porozmawiać o wszystkim i niczym, zwierzyć się…

Jest także jeszcze coś, co sprawiło że pobyt w Łodzi stał się dla mnie tak ważny. Nie myślałem, że tyle może się we mnie zmienić przez trzy tygodnie, że przez trzy tygodnie osoba którą dopiero co poznałem może stać się dla mnie tak ważna. Oczywiście mam na myśli konkretną osobę, i chciałbym tej osobie podziękować jeszcze raz za te trzy tygodnie. Jeśli zrobiłem cokolwiek źle – przepraszam. Jeśli zrobiłem cokolwiek dobrze – nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie, mam tylko nadzieję że to będzie trwać dalej w tej lub innej formie.

Zmienię temat… Siedzę właśnie przy biurku, środek styczniowego dnia, obok mnie stoi mój wczorajszy zakup – piękny kwitnący fioletowy fiołek, a za oknem… no właśnie, za oknem polska wiosna w Hiszpanii.

Czytając tytuły wiadomości na różnych portalach internetowych przekonuję się, że kilkuletnia praca, aby znaleźć się tu gdzie teraz jestem była tego warta. Pogoda jest piękna – w grudniu było momentami naprawdę zimno, kiedy temperatura nocą spadała do kilku stopni Celsjusza (podziękowania dla piecyków, w hiszpańskich mieszkaniach nie instaluje się grzejników – bo i po co, skoro „zima” trwa tutaj trochę ponad miesiąc?), jednak po powrocie w styczniu przeżyłem ogromne zaskoczenie, spodziewałem się podobnej temperatury, jednak były dni, kiedy temperatura oscylowała w granicach 20°C i tylko świadomość, że gdybym szedł w samym koszulce to Hiszpanie patrzyliby na mnie jak na wariata nakazywała mi założyć na siebie jeszcze cienką rozpinaną bluzę. Podobnie było w listopadzie - to, że dla Hiszpanów zaczęła się już jesień/wczesna zima poznałem po tym, że zaczęli zakładać kurtki, dla mnie nadal temperatura była odpowiednia do chodzenia w samym T-shircie. Coś pięknego…

Kolejna bardzo ważna sprawa, jeśli nie najważniejsza podczas mojego pobytu w Valencii – zaliczenia, egzaminy, oceny końcowe. Na chwilę obecną nie wygląda to źle, najpierw przedstawię system w jaki działa uczelnia. Skala ocen to 0-10, po wystawieniu oceny każdy student ma tydzień na konsultację swojej oceny. Wszystkie oceny są do obejrzenia w wewnętrznym systemie uczelni – Intranecie – i nie trzeba latać od jednego wykładowcy do drugiego z kartą i indeksem. Zaliczenia niektórych przedmiotów polegały na systematycznej pracy podczas całego semestru (typu jeden assignment [nie wiem jak to przetłumaczyć na polski] do zrobienia na każdy wykład), systematycznej pracy podczas całego semestru i laboratoriów, systematycznej pracy, laboratoriów i końcowego projektu albo oprócz systematycznej pracy także kombinacji laboratoriów, obowiązkowych seminariów, prezentacji, esejów czy końcowego egzaminu. W tym semestrze realizowałem łącznie 8 przedmiotów, wliczając kurs hiszpańskiego przed rozpoczęciem roku akademickiego (przypomnijmy skromnie, z najlepszą oceną w grupie). Przedmioty z tego semestru:

  • Ciencia y Tecnología del Medio Ambiente (Nauka i Technologia Środowiska Naturalnego), z egzaminem końcowym na koniec, ciągle oczekuję na wyniki, ale jestem bardzo dobrej myśli;
  • Introduction to High Tech Marketing – z oceną 8,8;
  • Investigación Operativa (Operation Research) – z oceną 8,5;
  • Optimización y Control Óptimo – z oceną… 5,7, ale jak to wyszło z oceną z laboratoriów 8,8 i najważniejszą oceną z projektu 6 mnie nie pytajcie, ważne że zaliczone ;-);
  • Organizational Behaviour – z oceną 8,1;
  • Economía Española y Mundial (Ekonomia Hiszpańska i Światowa – końcowy egzamin w piątek, ale jestem o ten przedmiot dziwnie spokojny, gdyż już zrealizowałem 50% przedmiotu (uzupełnienie specjalnej przedmiotowej strony z teorią, zadaniami, komentarzami do artykułów plus seminaria, wycieczka do wytwórni oliwy i końcowy esej), a tyle właśnie wystarcza aby zaliczyć przedmiot, ewentualnie będę potrzebował ułamków punktu żeby zdać;
  • Diseño de Sistemas de Producción y Logísticos (Production and Logistic System Design) – i tu ciekawa sytuacja, gdyż teoretycznie przedmiotu do którego najwięcej się uczyłem... nie zdałem, ale ciągle sprawa jest w toku, gdyż najważniejszą (80%) część przedmiotu, czyli egzamin, zdałem, jednak pomimo zrobienia także wszystkich możliwych prac dodatkowych (esej i prezentacja) ciągle brakuje mi kilku dziesiątych punktu, aby osiągnąć wymagane minimum, dziś odbyłem jedno dające nadzieje spotkanie z wykładowcą, jutro kolejne z prowadzącym laboratoria drugim wykładowcą i prawdopodobnie w czwartek po kolejnym spotkaniu z wykładowcą moja sytuacja będzie jasna, czy będę miał zdany przedmiot czy też będę musiał poprawiać go na początku… lipca. Cóż, i tak zostaję w Valencii do końca lipca z powodu umowy na wynajem mieszkania, więc przynajmniej byłby jakiś sensowny powód ;-) Ale mam nadzieję, że nie będzie to konieczne.

Tak właśnie przedstawia się moja sytuacja na uczelni. Nie jest jednak to wielki powód do zmartwień (i chyba nie powinien być z dotychczasowymi wynikami?), a dodatkowo mam jeden wielki powód do… szczęścia, ponieważ w sobotę wsiadam do samolotu i lecę do Portugalii na 12-dniowe wakacje. Plan na chwilę obecną jest już prawie skończony, brakuje jeszcze tylko noclegu w Lizbonie i zmiennych niezależnych ode mnie. Plan zakłada odwiedzenie koleżanki w Covilhã, odwiedzenie Porto (dwa dni), Bragi, Doliny Douro, Aveiro, Praia de Mira, Coimbry, Nazare, Fatimy, Lizbony, Sintry, Faro, Lagos, Cabo de Roca i pewnie kilku innych ciekawych miejsc po drodze, zatem będzie to dla mnie podróż roku ;-) Mam szczerą nadzieję że mój plan zostanie zrealizowany i gdy wrócę 11/02 do Valencii będę mógł powiedzieć „nie wierzę że mi się to udało” i nie będę mógł uwierzyć w swoje szczęście! Ta podróż (plus lutowe odwiedziny) napełniają mnie ogromnym szczęściem, nadzieją i… zaniepokojeniem, oczywiście. Ale szklanka jest póki co do połowy pełna.

(prawdopodobnie moje ulubione miejsce w Valencii - fontanna w kształcie łodzi na plaży Malvarrosa)

¡Hasta más pronto que la ultima vez!

20 listopada 2009

W cieniu wielkiego sąsiada

Oglądając niedawny pogrom w meczu Austria - Hiszpania, po raz kolejny życzyłem sobie, aby to reprezentacja Polski grała w takim stylu jak wczoraj España. Nieważne jaka ekipa stanęłaby przeciwko Hiszpanii - żadna ekipa na świecie nie byłaby w stanie wygrać z tak grającą drużyną gości. Nie chcę usprawiedliwać Austryjaków ani szukać wymówek, że może gdyby nie czerwona kartka w pierwszej połowie to mecz wyglądałby inaczej - Fabregas, Villa, Xavi, Iniesta, Ramos i spółka grali futbol na najwyższym poziomie i tylko dzięki szczęściu i egoizmowi niektórych graczy (m.in. Silvy w pierwszej połowie oraz uniknięciu dwóch bramek samobójczych) Austria może się cieszyć że skończyło się tylko na 1-5. Z kolei dziwię się Del Bosque, że zostawił na placu gry Fabregasa (Arséne Wegner gdyby oglądał mecz Hiszpanii to pewnie rwałby o niego włosy z głowy, zamiast tego pewnie oglądał jak jego rodak Thierry Henry po raz kolejny rozpoczyna burzliwą dyskusję nad powtórkami telewizyjnymi w trakcie meczu) oraz że zdjął z placu Villę, który prawdopodobnie ustrzeliłby hat-tricha i jeszcze bardziej zbliżyłby się do pozycji najlepszego strzelca w historii Hiszpanii - w wieku 27 lat zaliczył 55 występów i strzelił 35 goli w kadrze (2. miejsce za Raúlem - 102 występy i 44 gole)...
(David Villa świętuje swojego pierwszego gola przeciwko Austrii)
Bilans Hiszpanii 2007-... : 44 mecze, 40 zwycięstw, 3 remisy, 1 porażka, bilans bramek 104-22, i moim zdaniem to nie Christiano Ronaldo, nie Lionel Messi, ale Cesc Fabregas jest obecnie prawdopodobnie najlepszym piłkarzem świata... Szczerze zazdroszczę Hiszpanom.
Ale chciałem pisać o czymś innym - o związkach futbolu z polityką w Hiszpanii. Pierwszym oczywistym przykładem jest Real Madryt i generał Franco i późniejsza wojna z FC Barceloną, ale wiele innych klubów także ma zapisaną w historii niechlubną kartę pozaboiskowej gry. Jednym z takich przykładów jest miasto Valencia i grające tam kluby - Valencia Club de Fútbol i Levante Unión Deportiva. Od lat zwykło się uważać (zgodnie z prawdą), że to klub z Mestalli jest największym i najbardziej załużonym przedstawicielem tego miasta, jednak mało kto wie, że bez wybitnej pomocy polityków, większość z tych sukcesów nigdy nie zostałaby osiągnięta, jak chociażby dwa kolejne finały Pucharu Europy, przegrane z Realem Madryt i Bayernem Monachium. Jednak wracając jeszcze głębiej do historii - rywalizacja Valencii z Levante zaczęła się już od chwili powstania klubu z Mestalli w 1919 roku, 10 lat po powstaniu Levante UD. Od samego początku klub to Nietoperze (przydomek Valencia CF) zaczęły gromadzić więcej kibiców, a przez to także i lepszych graczy i szybko wyprzedził Żaby (przydomek Levante UD) pod względem ważności w regionie, a jej uczestnictwo w rozgrywkach Pucharu Hiszpanii w roku 1923, jako pierwszego klubu w regionie, tylko ten status potwierdziło.

Przełomową datą był właśnie rok 1923 - to wtedy ówczesny prezes Valencia CF, Ramón Leonarte, podpisał dokument, na mocy którego kupiono tereny pod budowę powstałego w styczniu 1923 roku Estadio Mestalla. Kwota zapłacona za gruny w tamtym okresie była astronomiczna - 316.439 peset, jednak co warte podkreślenia ogromna większość środków pochodziła z pożyczek, w większości poręczonych przez miasto. Dziś sytuacja się powtarza - Valencia znajduje się już bliżej końca niż początku budowy nowego stadionu, o którym pisałem w poprzedniej notce. Nou Mestalla także powstaje z pożyczek, które wpędziły klub w ogromne długi, porównywalne z kłopotami Arsenalu po budowie Emirates Stadium.

Ale przenieśmy się na moment na północ Valencii, do Levante. Przez wiele lat klub miał problemy finansowe, ale jakakolwiek pomoc ze strony miasta nie wchodziła w grę, ponieważ to inny klub był "oczkiem w głowie" włodarzy. Aby ratować się przed likwidacją, klub połączył się z innym miastem regionu, Gimnástico, i w 1942 roku otrzymał aktualną formę. Jednak nie można było mówić o żadnej wojnie pomiędzy klubami - aż do roku 1969 obie ekipy grały na powstałej 10 lat wcześniej "starej" Mestalli i dopiero budowa Estadi Ciutat de València (aktualnego stadionu Levante) trwale oddzieliła obydwa kluby. Kto wie, czy gdyby nie inne koleje losu Valencia nie doczekałaby się tandemu godnego Interu i Milanu?

Oba kluby przez następne dekady radziły sobie wg. możliwości. Levante głównie lądowało w środku Segunda División, grając 5-krotnie w najwyższej klasie rozgrywkowej (najwyższe miejsce - 10., notując swoje najwyższe zwycięstwo w Primera División 5-1 z... FC Barceloną, 1964/65). Natomiast gdyby nie spadek w sezonie 1985/86, Valencia znalazłaby się obok Realu Madryt, FC Barcelony i Athletic Bilbao w gronie klubów, które nigdy nie spadły do drugiej ligi. Roczny pobyt w Segunda mobilizująco wpłynął na 4. najlepszą drużynę Hiszpanii w historii i już nigdy więcej nie zaliczyła ona pobytu w niższej klasie rozgrywkowej. I tutaj dochodzimy właśnie do punktu zwrotnego w naszej historii, który na trwałe podzielił Valencię na część Levante UD i część Valencia CF.

Początek lat 80. XX wieku w Hiszpanii to także początek kryzysu, który dotknął całą gospodarkę Hiszpanii, w tym także kluby piłkarskie. Valencia CF zapłaciła degradacją do Segunda División, Levante również znalazło się na krawędzi bankructwa i spadku do Segunda B (trzecia liga). Jednak wtedy zdarzył się przełom - politycy sprawujący władzę nakłonili bogatych sponsorów do pomocy, a ci postanowili wyłożyć miliony peset na pokrycie długów Valencia CF oraz na zakup nowych piłkarzy, którzy mieli przywrócić klub na jego prawowite miejsce w Primera Division. Cel udał się już po roku, jednak mniejszy brat - Levante UD - zostało pozostawione ze swoimi długami i problemami same sobie, co zakończyło się 8-letnią tułaczką tego klubu po boiskach trzeciej ligi, jednym z najgorszych okresów w historii klubu. Podczas gdy Valencia wstępowała na drogę do największych sukcesów klubu w historii (Puchar UEFA, mistrzostwa Hiszpanii), Levante systematycznie odbudowywało się i w końcu osiągnęło swój cel - w sezonie 2004/05 awansowało do Primera División, z której spadło sezon później.

(Valencia CF świętuje zdobycie mistrzostwa Hiszpanii, 2004)

Nie oznacza to jednak, że Levante całkowicie wyszło z problemów. Aktualnie sponsorem głównym klubu jest... Generalitat Valenciana, czyli Urząd Miasta Valencii - nie udało się znaleźć żadnego innego sponsora, a po kolejnym sezonie w Primera w sezonie 2006/07 klub spadł z niej sezon później z jeszcze większymi kłopotami ogranizacyjnymi. Sezon ten musiał się tak zakończyć: w połowie sezonu miało przerażający bilans: 19 meczów, 8 punktów, 9 punktów straty do przedostatniego Deportivo La Coruña, bilans bramkowy 11-35, brak strzelonego gola w przeciągu ubiegłego miesiąca (!), najdłuższa seria zwycięstw - jedno, najdłuższa seria bez porażki - jeden mecz, najdłuższa seria porażek - osiem, najlepszy strzelec Włoch Christian Rigano strzelił na półmetku sezonu cztery bramki, w dodatku trzy z nich w wygranym 3:0 meczu z Almerią, ale inaczej nie mogło to wyglądać, kiedy każdy bez wyjątku uciekał z tonącego okrętu. Polecam lekturę ciekawego artykułu, że nie tylko w Polsce może dochodzić do takich anormalnych sytuacji, ale nawet w ekipie, w której grali tacy piłkarze jak Sávio, Szota Arweładze, Lauren Robert, a wiele lat wcześniej Johan Cruyff. Jeśli dodać to tego ogromne kłopoty finansowe, które zmusiły klub do sprzedaży stadionu miastu w zamian za częściowe umorzenie długów, kształtuje się nam obraz totalnej katastrofy.

W tym samym czasie zupełnie inne nastroje panowały w drugim klubie Valencii. Klub może nie zdobył kolejnego tytułu mistrza Hiszpanii, ale miasto w 2006 roku zgodziło się na plany budowy nowego stadionu, co wywołało prawdziwą aferę. Jak się później okazało, radni zasiadający w komisji decydującej o zgodzie na budowę stadionu (a konkretniej przedstawiciele Partido Popular, rządzącej partii), doskonale wiedzieli, że Valencia CF nie posiada wykupionych wszystkich terenów, na których miał powstać (i powstaje) Nou Mestalla. Na nic zdały się sprzeciwy opozycji, mieszkańców (mało kto chciał zgodzić się na tak ogromny stadion w obrębie miasta) i w cieniu łapówkowego skandalu stadion jest już praktycznie gotowy, a miasto za swoją decyzję musiało zapłacić ogromne odszkodowania właścicielom niewykupionych wcześniej działek, a urzędnicy oczywiście stracili pracę i czekają na wyroki za niegospodarność. Nou Mestalla miała zostać oddana do użytku już we wrześniu tego roku, jednak z powodu kryzysu termin ten odłożono do sierpnia 2010, jednak już teraz częściej mówi się o lutym 2011. Valencia CF boryka się w tym momencie z ogromnymi długami, jednak prezes Valencii, Manuel Llorente, zdecydowanie zaprzecza, że będzie zmuszony sprzedać jakichkolwiek piłkarzy, aby załatać klubową dziurę budżetową, sięgającą kilku setek milionów euro.

A co z Levante? Na tym samym posiedzeniu rady, na którym decydowały się losy Nou Mestalla, miała zostać podjęta również zgoda na budowę nowego stadionu Levante, o który klub zabiegał od lat. Skończyło się na gwarancji, że "w niedługiej przeszłości" taka zgoda zostanie wydana, ale przede wszystkim nie jest jasne czy wszystkie tereny pod nowy stadion są w posiadaniu klubu i dopiero w 2008 roku potwierdzono, że wszystko jest w porządku, mimo iż Valencia CF nie musiała czekać na taką zgodę w ogóle (ponieważ wykrytoby nieprawidłowości). Oczywiście Levante nie otrzymało zgody na budowę stadionu w obrębie miasta i jego budowa zacznie się niedalego obecnego stadionu, na obrzeżach północnej części miasta. Smutna historia faworyzowania jednego klubu kosztem drugiego...

(gracze Levante UD świętują gola - strzelec Pedro León pokazuje koszulkę z napisem "Rozwiążcie to JUŻ!" z motywem kryzysu ekonomicznego klubu, kwiecień 2008)

Jednak w samym mieście i regionie pamięta się o tych wszystkich wydarzeniach z historii. Zapytałem niedawno znajomego, oddanego fana Levante, co sądzi o tym wszystkim i ku mojemu zaskoczeniu pierwsze co powiedział to... dumę, że to jego klub, mimo tylu problemów, potrafił, potrafi i będzie potrafił walczyć. Drugą rzeczą było to poczucie jedności, kiedy zasiada z przyjaciółmi na swoim stałym miejscu na stadionie i wie, że większość zebranych na 25-tysięcznym stadionie ludzi czuje to samo co on.


Na stulecie istnienia Levante UD w tym sezonie spisuje się rewelacyjnie. Aktualnie zajmuje 4. miejsce w Segunda División, z 3 punktami straty do liderującącej Cartageny i, mimo wysprzedania prawie wszystkich najlepszych zawodników (głównie obcokrajowców), ma wyrównaną kadrę, mogącą przy odrobinie szczęścia wywalczyć awans. Buduje się nowy stadion, klub powoli wychodzi na prostą, i tylko brakuje odrobinę pomocy od tych "z góry", aby klub ten zaczął odnosić sukcesy na miarę drugiego miasta Valencii.

17 listopada 2009

El futból español

Jednym z moich postanowień przed przyjazdem do Hiszpanii było poznanie kultury kibicowania i zapoznania się z całą kulturą pilkarską panujacą w Hiszpanii. Swój plan póki co konsekwentnie realizuję i o tym właśnie będzie ta notka.
Po prawej stronie dodałem zakładkę "International games", póki co nie jest ona zbyt okazała, ale mam nadzieję, że pod koniec mojego pobytu lista ta będzie dłuższa. Najczęściej bywam na Mestalli, stadionie Valencia Club de Fútbol, z oczywistych powodów - na sam stadion mam kwadrans spacerkiem, jest to największy klub w regionie i chyba każdy w mojej sytuacji zacząłby kibicować tej właśnie drużynie. Jednak byłem już także na meczu drugoligowego Castellón Club de Fútbol w mieście... Castellón de la Plana, stolicy prowincji Castellón, należącej do wspólnoty autonomicznej Valencia, leżącej ponad godzinę pociągiem na północ od Valencii, w najbliższy weekend wybieram się na mecz innego drugoligowca, Levante Unión Deportiva, którego stadion Estadi d'Ciutat d'Valencia znajduje się 20 minut spacerem od mojego domu, albo do Villareal, położonego tuż pod Castellónem innego pierwszoligowca, słynnego ze swojego stadionu El Madrigal. Dlaczego nie ma mecz Valencii? Ponieważ Levante i Valencia nigdy nie grają w swoim mieście jednego dnia - identycznie jak w Madrycie, Barcelonie czy w jakimkolwiek innym mieście, gdzie rywalizują dwie drużyny. Szczęściem dla mojego portfela jest fakt, że Levante i Villareal zawsze grają tego samego dnia, dlatego też nie mogę choćby dzień po dniu obejrzeć dwóch meczy, tylko muszę cierpliwie czekać na kolejną kolejkę, aby obejrzeć następne spotkanie.
Właśnie, może pora przejść do kwestii cen. Ostatni mecz obejrzałem za darmo (a nawet zarobiłem, gdyż miałem trzy zaproszenia i dwa z nich sprzedałem po dobrej cenie :-) ), jednakże cały czas staram się zdobyć akredytacje jako dziennikarz na każde kolejne spotkanie - pracowałem już jako el periodista w minione wakacje, bardzo chciałbym to kontynuuować jako korespondent z Hiszpanii. Ale wracając do tematu. Bilety na mecz przecwko pierwszoligowcowi (czyt. Sevilli czy Villareal) kosztują od 20€ do 55€. Jeśli zdarza się mecz z rywalem ze strefy pucharowej (np. Atlético Madrid, Villareal, Sevilla), cena wzrasta nieznacznie, ~5/10€, jednak dwa razy do roku zdarza się tak, że ceny rosną kosmicznie - kiedy zbliża się mecz z Barceloną czy Realem Madryt. Najtańsze wejściówki kosztują wtedy od 65€ do 125€ i żeby je dostać trzeba stać kilka godzin w kolejce do kas. Co ciekawe - na każdym innym meczu na jakim byłem nie było pełnych trybun, zapełniają się całkowicie tylko na te dwa mecze w sezonie. Swoją drogą patrząc wstecz - uważam że obejrzałem o wiele lepszy mecz za 10€, kiedy rywalem Valencii był trzecioligowe Alcoyano (2:2 i trzymający do ostatnich sekund mecz w Pucharze Króla), niż 0:0 z Barceloną... Ciekawostka - bilety na Camp Nou na mecz z Realem kosztują od 75€ do 225€, przeciwko Interowi - od 52€ do 138€, a na "zwyczajny" mecz przeciwko derbowemu rywalowi Españolowi - od 41€ do 124€.
Ale wracając do cen biletów. Zaskoczyło mnie to, że w Hiszpanii wszystkie spotkania pucharowe są... tańsze niż bilety ligowe. Na mecze w Europa League bilety kosztują od 15€ do 35€ - wynika to z tego, że Hiszpanie uważają (i słusznie), że to w ich kraju gra się najlepszą piłkę w Europie i nie ma takiego rywala, który byłby wart większych pieniędzy... Dla porównania - na meczu z Atlético stadion był prawie pełen, na meczu z Genuą czy Slavią Praga - nie był zapełniony choćby w połowie.
Właśnie, stadion. Do tej pory odwiedziłem Mestallę, Estadio Santiago Bernabeu oraz kilka mniejszych stadionów, aczkolwiek określenie "mniejszych" chyba nie za bardzo tutaj pasuje - przykładowo stadion Castellónu. Ostatnia drużyna Segunda División, ostatni raz w Primera División grała w latach 30-tych XX, a może pochwalić się zadaszonym stadionem na 16.000 miejsc. Mało? Po pierwsze, więcej naprawdę nie potrzeba aby zapewnić doskonały doping, po drugie - ostatni zespół w polskiej I lidze, Motor Lublin, może pochwalić się stadionem na 13.000 miejsc, z czego 10.000 to miejsca... stojące, o zadaszeniu lepiej nie mówmy. Podobnie jest w całej Hiszpanii - stadiony są stosunkowo nowe, mają pojemność kilkanaście tysięcy, zazwyczaj należą do miasta, które oddaje je do użytku drużynom za symboliczną cenę. Valencia CF jest właśnie w trakcie budowania nowego stadionu, Nou Mestalla, który będzie miał pojemność 75.000 i tym stanie się ex aequo drugim co do wielkości stadionem w Hiszpanii, ustępując tylko Camp Nou z 98.000 miejsc i równając się z Estadio Santiago Bernabeu.
Nou Mestalla
A co się stanie z obecną Mestallą? Najrozsądniejszym rozwiązaniem byłoby przekazać ją Levante, ale primo, rywal zza miedzy nie chciałby grać na dawnym stadionie odwiecznego rywala, segundo, kibice Valencii rzadko kiedy mogą zapełnić Mestallę, to nie można przypuszczać żeby kibice Levante mogliby zapełnić większą część stadionu, tercero, Levante także rozbudowywuje swój stadion i wątpliwe, aby chciało grać na 50-letniej staruszce. Do przemyślenia - czy w Polsce stadion taki jak Mestalla, o pojemności 55.000 miejsc, zostałby prawdopodobnie zamknięty i uznany za zbyt stary aby rozgrywać na nim mecze? Ostatni raz reprezentacja Hiszpanii gościła na nim w czerwcu 2005 roku - na przestrzeni dwóch dni rozegrano dwa mecze eliminacyjne do MŚ w Niemczech, z Litwą (1:0) i Bośnią i Herzegowiną (1:1) i było to oficjalne pożegnanie Mestalli z kadrą. Co ciekawe - ostatniego gola dla kadry na Mestalli strzelił Machena, obecny zawodnik Valencii.
"stara" Mestalla

Skończmy z cenami i stadionami i przejdźmy do tego, od czego chciałem zacząć - o kulturze kibicowania. Różni się ona ogromnie od tego, co widziałem w Anglii, Stanach czy Polsce. Napisałem, że w Hiszpanii gra się najlepszą piłkę, jednak o kibicach nie można tego powiedzieć. Dla przykładu, na Wyspach doping dla zespołu trwa nieprzerwanie cały mecz, najlepszym tego przykładem byli dla mnie fani Glasgow Rangers podczas Emirates Cup podczas okresu przygotowawczego. Mimo iż po 15 minutach ich zespół przegrywał z Arsenalem 0-2 (ach ten Wilshere...), to aż do ostatniego gwizdka kibicowali tak, jakby to ich zespół wygrywał i grał rewelacyjną piłkę (a nie grał). W Hiszpanii jest zgoła inaczej. Za doping odpowiedzialne są małe grupki kibiców, których sektory znajdują się zazwyczaj w rogach boiska (Valencia) czy też za jedną z bramek (Castellón). Ciężko to nawet nazwać tak naprawdę dopingiem, ponieważ są oni głośni tylko sporadycznie, czasem próbują poderwać stadion do wspólnego klaskania, ale naprawdę rzadko kiedy to się udaje. Na mecze przychodzą całe rodziny, łącznie z małymi dziećmi, którym wpaja się miłość do "tego jednego" klubu. Nie ma przemocy, ale co ciekawe, nie ma także prawdziwej ochrony. Na meczu z Atlético siedziałem dosłownie dwa rzędy pod kibicami przyjezdnych, od których dzieliła mnie tylko... metrowa barierka. Żadnych ochroniarzy, policji, barier, podobnie rzecz się ma przy wejściu na stadion - tak naprawdę kontrole są sporadyczne, raz udało mi się wnieść bez problemu 1,5-litrową butelkę wody - w innym kraju rzecz nie do pomyślenia.
Najbardziej hiszpańską rzeczą, jaką zaobserwowałem była przede wszystkim pora o której rozgrywa się mecze - zazwyczaj jest to 22:00, tylko niektóre mecze są rozgrywane wcześniej (transmitowane w telewizji), nie widziałem jeszcze choćby jednego meczu, który zakończył się przed zapadnięciem zmroku. Inną sprawą jest zwyczaj jedzenia podczas meczu lub w przerwie. Najczęściej kibice przynoszą opakowania ziaren słonecznika (pipas de girasol) czy orzeszków ziemnych - póki co moje opakowanie jadłem przez trzy mecze i jeszcze go nie skończyłem :-) Inną typową comidą jest oczywiście kanapka typu bagietka (barra de pan) - ogromna ilość ludzi przychodzi na mecz zaopatrzona własnie w ten posiłek, spożywany w czasie przerwy.
Genialną dla mnie sprawą jest transmitowanie wszystkich rozgrywek (La Liga, Champions League, Europa League, Copa del Rey i reprezentacja) przez publiczne stacje. Co niedzielę w TVE o 22:55 zaczyna się Estudio Estadio, odpowiednik Match of the Day w BBC, podsumowywujący minioną kolejkę La Ligi, ale także Premiership czy pokazujący skrót meczu najbliższego rywala Barcelony i Realu w Lidze Mistrzów. Tym dwóm drużynom poświęca się oczywiście najwięcej miejsca, w miniony weekend mogłem nawet w publicznej telewizji obejrzeć pojedynek Barcelona - Cultural Leonesa, innego trzecioligowca. Najczęściej można oczywiście obejrzeć mecze Liverpoolu i Arsenalu, a jeśli Torres lub Fabregas strzelą gola - prawdopodobieństwo jest stuprocentowe, jednak zdarzają się też transmisje "normalnych" meczy, jak np. ostatnio Tottenham - Sunderland. Podobnie jest z Canal Nou, regionalnej telewizji walenciańskiej - programy nadawane są tylko w valenciano, języku wspólnoty autonomicznej Valencia, która transmituje także każdy mecz Valencii (najczęściej), Levante i Villareal (retransmisje).
Podsumowywując, Hiszpanie naprawdę żyją piłką i ciężko tego nie zauważyć. W następnym poście postaram się opisać stosunki panujące między klubami w Hiszpanii - kto kogo lubi, kto kogo nie i dlaczego, mam nadzieję że będzie warto trochę poczekać... ¡Hasta luego!
P.S. Przepraszam, że nie wrzuciłem żadnych swoich zdjęć ale mój laptop wrócił tymczasowo do Polski, mam nadzieję że wkrótce go odzyskam i wtedy załaduję zdjęcia.

29 października 2009

Valencia vol. 3.

Długą przerwę miałem (i niestety mieć zapewne będę) w pisaniu na blogu, jednak nie jest to moja wina - z powodu awarii laptop nie nadaje się do jakiegokolwiek pisania (nie mam pojęcia co się stało, prawdopodobnie puścił któryś lit (?) i klawisz "s" działa momentami jakby był ciągle wciśnięty - sssssssssssssssssss - i nawet wpisanie hasła logowania jest problemem, a co dopiero tej notki) i w sobotę wraca do Polski do serwisu, z tego też powodu nie mogłem napisać żadnej dłuższej notki, a nazbierało się zdarzeń po drodze niemało. Począwszy od moich urodzin na plaży, przez kilkudniowy wypad do Madrytu a kończąc na dniu dzisiejszym, kiedy to mając już prawie listopad za oknem panuje temperatura 30°C i człowiek zaczyna rozumieć co to znaczy umierać z gorąca. Ale, ponieważ nie wiem kiedy laptopa odzyskam zapewne będę musiał wstrzymać się z jakimkolwiek pisaniem na ten czas, chyba że zdecyduję się poświęcić sporo mojego czasu i spróbować powalczyć z hiszpańską klawiaturą i napisać notkę na uczelni... Zobaczymy ;-) Swoją drogą jedna ciekawostka - przed oddaniem do serwisu wyczyściłem całkowicie dysk twardy, ale zamiast pełnego wolnego dysku (120GB) mam zajęte blisko 30GB... wszystko można na Vistę zrzucić?
Jeszcze tylko kilka fotek Valencii nocą i...
¡Hasta la vista! ;-)

27 września 2009

Valencia, vol. 2

Na sam początek kilka słów wyjaśnienia odnośnie poprzedniej notki. Pierwsze dwa tygodnie pobytu w Hiszpanii spędziłem na intensywnym kursie języka hiszpańskiego i to właśnie nauka języka hiszpańskiego była głównym motywem tamtych dwóch tygodni. Kurs zakończył się dla mnie wyśmienicie - najwyższy wynik w mojej grupie! Aczkolwiek muszę przyznać, że po cichu liczyłem na taki wynik ;-)
Kurs w Gandii już za mną. Co jeszcze mogę o nim opowiedzieć, zanim przejdę do pobytu w samej Valencii? Turniej piłki siatkowej na plaży - ja niestety lekko się rozchorowałem (podobnie jak połowa uczestników kursu), zatem byłem bardziej paparazzim, niż graczem.
(Los Campeones)
Dalej - kolejna lekcja gotowania, a podczas niej potrawy naprawdę nie z tej ziemi, i oczywiście wszystko to owoce morza. Najpierw Pulpo a Feira - czyli po polsku ośmiornica, co ciekawe, aby była najbardziej świeża należy zacząć przyrządzać ją dwie doby przed podaniem.
(przed)(po)
Dalej Suc de rap - ciężko mi nawet opisać co to jest. Potrawa na bazie zupy rybnej, z kawałkami ryby, którą nie chciałbym zobaczyć pływającą obok mnie w morzu, oraz ziemniaków, krewetek i langust.
(oto ta rybka)(po)
Na deser - tellinas, malutkie małże, których kilkukilogramowy box kosztuje 300€. Prawdopodobnie nigdy więcej nie będę miał szansy aby skosztować tak wspaniale przygotowanych wspaniałych potrawy, dlatego jestem niesamowicie szczęśliwy że zdecydowałem się wziąć udział w tych lekcjach gotowania. Ostatnią niestety postanowiłem odpuścić, aby lepiej przygotować się do egzaminu kończącego kurs.
W czwartek wieczorem, już po napisaniu egzaminu kończącego kurs, pojechałem razem z moimi współlokatorami do Sueki - miejscowości w połowie drogi między Valencią a Gandią - na 20. międzynarodowy festiwal mimów. Przeżycie niesamowite, pierwszy kontakt ze sztuką hiszpańską. Tak po prawdzie określenie "festiwal mimów" odnosi się bardziej do sztuki teatralnej z mniejszą ilością słów niż do tego, co przychodzi nam na myśl jako pierwsze określenie mima. Akrobacje na linie zawieszonej pod sufitem, taniec, powietrzne akrobacje przy użyciu trampoliny oraz oczywiście częściowo sama sztuka teatralna - jak widać, pod pojęciem "mim" może się kryć naprawdę sporo.Kurs zakończyło oficjalnie Goodbye Party, zorganizowane przez organizatorów kursu. Idea była prosta - każdy uczestnik kursu przynosi ze sobą dowolną potrawę, tradycyjną dla swojego kraju. Ja z Jędrkiem byliśmy uzbrojeni w barszcz czerwony, nasi współlokatorzy Australijczycy w krewetki w panierce (nie wnikam na ile jest to tradycyjna potrawa Aussie). Impreza odbyła się na terenie politechniki i przyznam szczerze, pierwszy raz widziałem, aby organizatorzy i prowadzący zajęcia stawili się tak licznie i bawili się równie dobrze, co uczestnicy.
Dzień później wróciliśmy już do Valencii. Temperatura oczywiście oscylująca w granicach 30 stopni, na niebie żadnej chmurki. W tym fragmencie nie będzie już zdjęć, bo po prostu ich nie robiłem jeszcze, dopiero w przyszły weekend planuje większy trip po mieście z aparatem. Odnośnie samej uczelni i zajęć - przytłoczył mnie lekko ogrom tej uczelni. Wszystko znajduje się na jednym kampusie, wzdłuż którego idzie się pieszo z jednego końca do drugiego około pół godziny, co jest równe czterem przystankom tramwajowym po drodze. Na kampusie znajduje się kilka różnych wydziałów (w tym tutejsza ASP, która podlega pod Universidad Politecnica de Valencia (UPV), laboratoria, baza sportowa jakiej nie powstydziłby się niejeden polski klub, pływalnia, korty tenisowe, parkingi... a kolejne budynki są w trakcie budowy. Wychodzi się którymkolwiek z południowych wyjść i po drugiej stronie ulicy znajduje się kampus Universitat de Valencia (UV). Nie jest on tak dobrze zorganizowany, ale stylowo nie odstaje od ogromu UPV. Odnośnie zajęć - już od pierwszych zajęć dało się odczuć, że zagraniczni studenci będą traktowani częściowo po macoszemu, i tak jest na większości zajęć. Jeden wykładowca prowadzi dwa przedmioty, i choć teoretycznie nie są do siebie mocno zbliżone (Organizational Behaviour i Introduction to High Tech Marketing), to prawdopodobnie będą o tym samym. Nie wiem jak to wygląda od strony hiszpańskich studentów, ale muszę przyznać, że może na łódzkiej politechnice poziom zajęć nie jest o wiele wyższy, to jednak wymagania stawiane polskim studentom są większe. Plan zajęć mam dziurawy jak ser szwajcarski, ale nie zapobiegło to oczywiście temu, że dwa przedmioty nakładają się na siebie, będę musiał jeszcze wymyślić jak będzie to można ogarnąć. Oczywiście bałagan związany z erasmusami jest tutaj ogromny - w przypadku przedmiotu Operation Research jest prawdopodobne, że trafię do grupy hiszpańskiej zamiast angielskiej. Dlaczego dla mnie to takie ważne? Ponieważ jest to prawdopodobnie najtrudniejszy przedmiot w tym semestrze, z laborkami, związany z programowaniem etc. i sądzę że nawet po angielsku nie byłoby łatwo. A dlaczego nie mogę się zapisać do grupy anglojęzycznej? Ponieważ decyduje kolejność zapisów, i Hiszpanie otrzymali loginy do zapisywania się na zajęcia już w lipcu, podczas gdy obcokrajowcy przyjechali dopiero we wrześniu i grupa anglojęzyczna była już prawie zapełniona Hiszpanami chcącymi studiować po angielsku. Doceniam ambicje, ale co mają zrobić erasmusi, których język hiszpański jest na poziomie zerowym? Cieszę się że przynajmniej mnie taki problem nie dotyczy i najwyżej będę musiał włożyć więcej pracy w ten przedmiot.
Z dodatkowych aktywności - zapisałem się na próbne gry do regularnej drużyny piłkarskiej UPV. W poprzednim tygodniu była jedna, jutro czeka mnie kolejna i jeśli dobrze się spiszę, to jest szansa że będę grał w akademickiej lidze piłkarskiej. Szans dużych pewnie na to nie ma (ciężko jest się wykazać, kiedy gra się w obronie - pozycji, której nigdy nie preferowałem oraz kiedy gra się z Hiszpanami - jakby nie było, narodem aktualnych mistrzów Europy), ale sama przyjemność gry mi wystarcza. Dodatkowo, co sobotę gram w piłkę z Hiszpanami na kampusie Universitat de Valencia - dostałem zaproszenie od Hiszpana, który znalazł mnie na facebooku, i tak się zaczęło. Kontynuując wątek piłkarski - wiadomo, że w Valencii znajdują się dwie drużyny piłkarskie - Valencia Club de Futbol oraz Levante Union Deportiva. Pierwsza co roku wymieniana jest w gronie faworytów do zajęcia czołowych pozycji w Primera Division i zajmuje 4. miejsce w klasyfikacji najlepszych zespołów z Hiszpanii w historii, druga błąka się w Segunda Division. Opisywałem tutaj już swoje piłkarskie wakacje, teraz kontynuuje tę piłkarską pasję chodzenia na mecze, którą zaraził mnie Brat i wczoraj wybrałem się na swój pierwszy mecz na Estadio Mestalla - Valencia podejmowała Atletico Madrid, inną równie naszpikowaną gwiazdami drużynę, którą miałem już szansę oglądać w te wakacje podczas Emirates Cup w Londynie. Wrażenia z meczu - bilet kupiłem bez żadnych problemów w kasie klubu pół godziny przed meczem. Miejsce także wyjątkowe, bo pięć rzędów pod sektorem kibiców gości.Dzięki temu poznałem wszystkie przyśpiewki fanów Atletico, począwszy od "Hasta la muerte, Atletico, hasta la muerte" a skończywszy na "Puta Valencia". Aż żałowałem że mój hiszpański nie jest na tyle dobry, że mógłbym zrozumieć wszystko co śpiewali kibice gości. Stadion - widać po nim, że został oddany do użytku w 1959 roku, dwa lata po tym, jak rzeka Turia zalała większą część miasta i trzeba było na miejscu starego, zalanego stadionu wybudować nowy. Jednak mimo tego, jak na polskie standardy stadion ten jest ogromny a jego największą charakterystyką jest to, że trybuny są strasznie strome, ale dzięki temu nawet kiedy jest się na samym szczycie stadionu, widać doskonale co dzieje się na boisku. Nowy stadion Valencii, Nou Mestalla, na 75.000 miejsc miał zostać oddany do użytku we wrześniu tego roku (czyli już od początku tego sezonu), ale z powodu kłopotów finansowych bardziej prawdopodobnym terminem jest sierpień 2010, czyli sezon później. Mnie osobiście to bardzo odpowiada, bo obecnie na Mestallę mam 10 minut spacerkiem. Podróż na Nou Mestalla zajmie mi 20 minut - metrem.Ale odnośnie samego meczu - w porównaniu z angielską piłką, hiszpańska jest o wiele bardziej przyjazna dla kibica. Taktyka nie jest tutaj najważniejsza, akcje są porywające, co chwila ciągnie atak za atakiem i aż chce się bić brawo po kolejnych akcjach. Atmosfera na trybunach jest o wiele lepsza w Anglii, gdzie każdy emocjonuje się grą, krzyczy, dopinguje, w Hiszpanii ludzie są bardziej stonowani w swoim zachowaniu (nie licząc kibiców gości - wiadomo, że na wyjazdy jeżdżą tylko najzagorzalsi kibice). Najprostsza różnica pomiędzy dwiema najlepszymi ligami w Europie - lidze angielskiej najważniejsze jest nie stracić gola, w lidze hiszpańskiej - strzelić o jednego więcej niż przeciwnik. Mecz był fascynujący, padło sporo goli (2:2 po golu dla Atletico w 93'), na boisku oglądałem jednych z najlepszych piłkarzy w Europie. Pierwszy mecz na Estadio Mestalla i na pewno nie ostatni.Następny mecz - prawdopodobnie Barcelona i nie mogę przegapić tego widowiska. I jeszcze tylko ostatnia rzecz dotycząca kibicowania w Hiszpanii - po ulicy można chodzić w koszulce dowolnej drużyny i nie musisz się bać, że cokolwiek Ci się stanie, nawet na stadionie widziałem ludzi w koszulkach Barcelony. Na stadionie podobnie - pomimo iż siedziałem pięć rzędów pod kibicami Atletico i pomiędzy mną a nimi nie było żadnej policji czy ochrony, to po prostu wiedziałem, że nic mi się stać nie może. Na mecze chodzą dosłownie całe rodziny, z małymi dziećmi. Nie ma tak surowych restrykcji jak w Anglii - można wnieść dowolne picie, jedzenie, flagi (swoją drogą widziałem jedną flagę Polski w sektorze Ultras Valencia), nie ma z tym żadnego problemu. Na sam koniec jeszcze tylko jedna rzecz, typowa dla Hiszpanii - godzina rozpoczęcia meczu. Wczoraj była to 22:00 i stadion był pełen. Za dwa tygodnie, kiedy Valencia podejmie Barcelonę, pierwszy gwizdek zagwiżdże o północy... Dla mnie jest to (jeszcze) nie do pomyślenia, dla Hiszpanów jest to jak najbardziej normalne.
¡Hasta pronto!