2 czerwca 2010
Kolejna kartka z kalendarza: kwiecień.
16 kwietnia 2010
Kartka z kalendarza: Marzec w Hiszpanii i zapowiedź kwietnia.
Poniedziałek, 1 marca 2010: Miesiąc nie mógł się chyba zacząć gorzej. Kolejny mecz w piłkę, kolejna bolesna kontuzja - tym razem ofiarny wślizg kosztował mnie utratę sporej części skóry z okolic uda, rana wygląda niezbyt okazale, mam nadzieję że szybko się zagoi, bo w czwartek kolejny mecz...
Czwartek, 4 marca 2010: Nadzieja matką głupich. Z bólu nie mogłem zasnąć, ledwo co mogę chodzić, a co dopiero mówić o graniu... Teraz czas na wyleczenie wydłużyłem do Las Fallas - największego święta regionu w roku, polegającego na spaleniu w piątek, 19 marca, dniu św. Józefa figur zwanych Ninots, które zespoły mieszkańców budują przez cały rok... Już nie mogę się doczekać ;-)
Sobota, 6 marca 2010: Świetna impreza! Vaclav, erasmus z Czech zaprosił mnie na imprezę zwaną "Winetasting". Każdy z 30 gości przyniósł butelkę wina i każdy musiał później skosztować każdego wina i ocenić które wino było najlepsze. Pełna kultura, ja przyniosłem butelkę różowego wina zakupioną podczas wycieczki do wytwórni oliwy w listopadzie, przynajmniej miałem pewność że nikt nie przyniesie takiej samej :-) I jeszcze jedna uwaga - po skosztowaniu pierwszych dziesięciu butelek, wszystkie pozostałe zaczęły smakować tak samo - równie dobrze ;-)
Niedziela, 7 marca 2010: Wczoraj byłem na Plaza da Ayuntamiento na Cabalgata del Ninot - wielka parada z pochodem prezentującym Ninots jakie będą wystawiane i palone podczas Las Fallas - imponująco i żartobliwie, np. pochód złożony z "gladiatorów" Realu Madryt z tarczami ze złotym symbole € zamiast herbu, symbolizującym chore pieniądze wydane tego lata na transfery; pochód pijących, bawiących się młodych ludzi i auta z otwartym bagażnikiem z którego dochodziły ogłuszające dźwięki - typowy botellon :-) i cała masa innych. W całym mieście czuć już atmosferę zbliżającego się święta, a ja odliczam dni do przyjazdu rodziców - 8.
Poniedziałek, 8 marca 2010: Wyjątkowo w poniedziałek (nagromadzenie się meczów w terminarzu z powodu europejskich pucharów) mecz Valencii, tym razem z Realem Racingiem Santander. Dotychczas nie byłem na meczu z mniejszą ilością goli niż przynajmniej dwa, tym razem musiałem po raz pierwszy w Hiszpanii obejrzeć bezbramkowe widowisko, którego bohaterem był... bramkarz Valencii, Moya, który uratował kilkukrotnie punkt dla Nietoperzy. Przynajmniej widać koniec sezonu - Mestalla zapełnia się przy każdym meczu prawie całkowicie, Valencia ciągle w grze w europejskich pucharach i wysokie 3. miejsce w Primera Division, będzie ciekawy finisz sezonu.
Środa, 10 marca 2010: Bilety do Maroka kupione! 7-15/04, Valencia->Madrid, Madrid->Fez, Marakesz->Madrid, Madrid->Valencia, mam nadzieję że będzie super, a loty kosztowały mnie stosunkowo śmieszne pieniądze - 50€, z czego 20€ z tej sumy kosztowały mnie płatności kartą... :-) Myślałem że po wycieczce do Portugalii nic w tym roku nie przebije tamtego tripa, ale opcja podróży przez pustynię dżipami i na wielbłądach działa na wyobraźnię ;-) Pierwsza wizyta w Afryce :-)
Poniedziałek, 15 marca 2010: Las Fallas oficjalnie rozpoczęte! Wczoraj wybraliśmy się "całym mieszkaniem" (ja, Jędrek, Pioterk i Stuart) na Carmen (Stare Miasto) zobaczyć najładniejsze ninotsy - niesamowite święto! Zdjęcia nawet tego dobrze nie oddają, wszędzie słuchać huk petard, wszędzie światła, hałas miasta, wydaje się jakby nagle liczba mieszkańców się podwoiła tylu przyjechało turystów.
Odnośnie turystów - dziś w nocy i moi turyści w końcu przylecą do Valencii - już nie mogę się doczekać rodziców :-) I tylko szkoda że Brat nie dał rady także dotrzeć... Wciąż nie mogę się go doprosić o jakiekolwiek szczegóły kiedy wyobraża sobie przylot. Cóż, trudno, jego strata... Chciałem tylko żeby w te wakacje - czyli jedyny okres poza Świętami Bożego Narodzenia kiedy się widzimy - to on spędził trochę czasu u mnie, a nie tak jak zawsze ja u niego.
Wtorek, 16 marca 2010: Rodzice w końcu dotarli! Co prawda w środku nocy, ale na szczęście cało i bezpiecznie. Przywieźli także oczywiście mnóstwo prezentów (czyt. prowiantu :-) ), a teraz czas zrealizować plan na najbliższy tydzień. Zaczynamy oficjalnie świętować Las Fallas! ;-)
Czwartek, 18 marca 2010: Wczoraj w końcu wybrałem się do Oceanarium w Valencii, największego w Europie. Czekałem na to aż do marca z wiadomego powodu - na sponsorów :-) Baaardzo sympatyczne miejsce, podobnie jak Muzeum Nauk niepodali.
Dzień później, tzn. dziś, razem z Jędrkiem i jego rodzicami, którzy również na czas Las Fallas przylecieli do Valencii, wybraliśmy się na corridę. Przyznam szczerze, uczucia mam jednoznaczne - byłem na corridzie dwa razy w życiu. Pierwszy i ostatni jednocześnie. Rozumiem, zabicie (zarżnięcie?) pierwszego byka mogło być interesujące. Drugiego też, bo mocno poturbował matadora. Ale trzeciego, czwartego, piątego i szóstego w identyczny sposób?! Coś odrażającego, i jeszcze reakcje publiczności, kiedy za każdym wbiciem żelaza w kark zwierzęcia wszyscy głośno krzyczeli "Ole!"... Nigdy więcej. Za to Las Fallas w pełni - nigdy wcześniej nie widziałem naraz tylu ludzi w Valencii, liczba mieszkańców spokojnie przekroczyła na czas święta dwa miliony. Turyści są wszędzie i zaczyna to być irytujące, kiedy chcesz przejść z jednego miejsca do drugiego...
Sobota, 20 marca 2010: Nie będę się rozpisywał o tych wszystkich atrakcjach jakie działy się w mijającym tygodniu, opiszę tylko samo zakończenie. Las Fallas kończy się zawsze 19 marca, w dniu Św. Józefa - w tym roku szczęśliwie wyszło że wypadło ono w piątek, więc był cały tydzień wolnego. Święto kończy się Cremą, wielkim festiwalem ognia podczas którego pali się wszystkie te figury, które można było oglądać przez cały miniony tydzień. Najpierw o 22 zaczyna się palić dziecięce Ninots - zrobione dla dzieci, "miniaturowe" - w cudzysłowie, bo tak naprawdę niektóre mają do 3-4 metrów wysokości i tylko w porównaniu z ich gigantycznymi "dorosłymi" odpowiednikami są miniaturowe. Później o 22:30 nastąpiło spalenie zwycięzców konkursu na dziecięce ninots, niestety nie mam pojęcia kto ten konkurs wygrał. Wszyscy jednak czekają z niecierpliwością na północ, kiedy to następuje początek wielkiej Cremy, podczas której spala się te ogromne ninots. My zostaliśmy na naszym osiedlu, Benimaclecie, zamiast iść na Plaza de Ayuntamiento i obserwować wszystko z odległości stu metrów, mogliśmy blisko domu mieć podobny widok. Całe przedstawienie skończyło się jednak bardzo późno, bo dopiero po 3 w nocy... A dziś z rana wyruszyliśmy wypożyczonym autem z rodzicami i Jędrkiem (którego rodzice zostali w Valencii i dziś po południu odlatują do Portugalii) na podróż do i po Andaluzji.
Poniedziałek, 22 marca 2010: No i po podróży - niesamowitej podróży! Po kolei. Najpierw Cordoba i niesamowita Mezquita - czyli po prostu Meczet - największa tak eklektyczna budowla w Europie, będąca w przeszłości świątynią pogańską, muzułmańską, a obecnie katolicką.
Później Malaga - urocze miasto nas Morzem Śródziemnym, w którym nocowaliśmy z soboty na niedzielę. Następny przystanek - Granada i wizyta w Alhambrze, słynnej ogromnej warowni górującej nad miastem. Później Cartagena (nie mylić z Kartaginą ;-)) i szybki powrót do domu... Super podróż, z Andaluzji została mi jeszcze tylko Sevilla, którą mam zamiar odwiedzić w następnym tygodniu, i jestem absolutnie zadowolony z moich podróży po Półwyspie Iberyjskim! Rodzice już pojechali, następny raz widzimy się zapewne w... sierpniu?
Środa, 31 marca 2010: I oto jestem w upragnionej Sevilli! Moment wybrałem genialny, a wszystko zaczęło się tak: najpierw pojechałem z Valencii do Madrytu, gdzie odebrałem na lotnisku Klaudię i Tomka (prawie jak w amerykańskim filmie ;-)) i następnie razem udaliśmy się do Sevilli, aby odwiedzić Kacpra i Klona. Pogoda w Sevilli doska, słonko grzeje, czuję że się spalę na tym słońcu i wcale mi to nie przeszkadza ;-) Przyjechałem do Sevilli w specyficznym okresie - Wielkanocy, która w Sevilli jest obchodzona najuroczyściej w całej Hiszpanii - pasos, tzn. procesje snują się po całym mieście, a wygląda to... strasznie, bo kondukty składają się z wiernych ubranych w stroje rodem z ku-klux-klanu...
26 stycznia 2010
Styczeń w Valencii
Przede wszystkim powrót do Polski na Święta. Jeszcze dwa miesiące przed lotem głęboko zastanawiałem się czy na pewno to dobra decyzja. Jeszcze miesiąc przed przylotem nie byłem zupełnie pewien tej decyzji. Dziś, siedząc w Valencii i mając w głowie wydarzenia tych trzech tygodni, nie jestem w stanie pojąć, jak zmienna jest natura ludzka – i cieszę się z tego strasznie.
Może zabrzmi to bardzo dziwnie, ale bardzo potrzebowałem tego odpoczynku w Polsce. „Odpoczynku? Przecież jesteś w Hiszpanii!” mógłby ktoś powiedzieć… Jednak psychiczny odpoczynek był mi bardzo potrzebny. Codziennie mam tutaj na głowie tysiąc spraw, których nikt inny nie chce na siebie wziąć, poczynając od uczelni, przez podróże i na mieszkaniu skończywszy, kosztują mnie codziennie mnóstwo stresów, czasu i zmartwień „jak to będzie?”. Tak, „dorosłe życie”, mógłby ktoś powiedzieć, jednak to nie tylko o to chodzi, ale zostawmy to. Na chwilę obecną jest bardzo dobrze, oby tak pozostało do samego końca mojej erasmusowej przygody z Hiszpanią.
Ale wracając do Polski. Przede wszystkim – rodzina. Te Święta były naprawdę wyjątkowe, po raz pierwszy od trzech lat cała rodzina zasiadła przy wigilijnym stole. Wcześniej Robert przylatywał i odlatywał przed Wigilią albo w ogóle, w tym roku obaj wróciliśmy do Polski na Święta. Całą rodziną pojechaliśmy do dziadków na Suwalszczyznę i to tym bardziej sprawiło, że doceniłem rodzinne święta. Siedząc obok mieniącej się tysiącami światełek i pachnącej lasem choinki, bawiąc się z 3-miesięcznym kociakiem, miałem jedną myśl w głowie – to właśnie się nazywa szczęście. I naprawdę, w tym roku wszystkie materialne sprawy przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie – mógłbym nawet nic nie dostać na Święta, a nic by to nie zmieniło, ważne dla mnie było to, że jesteśmy w jednym miejscu wszyscy razem… No może nie do końca – liczyło się dla mnie to, aby prezenty, które ja wręczam sprawiły radość obdarowywanym i myślę, że udało mi się to w stu procentach, prawda Braciszku? ;-) Dodatkowo, już po powrocie do Łodzi – zobaczyć znajome twarze po kilku miesiącach to naprawdę bezcenne uczucie… Tego mi chyba brakowało i brakuje w Hiszpanii najbardziej – bratniej duszy, z którą mógłbym porozmawiać o wszystkim i niczym, zwierzyć się…
Jest także jeszcze coś, co sprawiło że pobyt w Łodzi stał się dla mnie tak ważny. Nie myślałem, że tyle może się we mnie zmienić przez trzy tygodnie, że przez trzy tygodnie osoba którą dopiero co poznałem może stać się dla mnie tak ważna. Oczywiście mam na myśli konkretną osobę, i chciałbym tej osobie podziękować jeszcze raz za te trzy tygodnie. Jeśli zrobiłem cokolwiek źle – przepraszam. Jeśli zrobiłem cokolwiek dobrze – nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie, mam tylko nadzieję że to będzie trwać dalej w tej lub innej formie.
Zmienię temat… Siedzę właśnie przy biurku, środek styczniowego dnia, obok mnie stoi mój wczorajszy zakup – piękny kwitnący fioletowy fiołek, a za oknem… no właśnie, za oknem polska wiosna w Hiszpanii.
Czytając tytuły wiadomości na różnych portalach internetowych przekonuję się, że kilkuletnia praca, aby znaleźć się tu gdzie teraz jestem była tego warta. Pogoda jest piękna – w grudniu było momentami naprawdę zimno, kiedy temperatura nocą spadała do kilku stopni Celsjusza (podziękowania dla piecyków, w hiszpańskich mieszkaniach nie instaluje się grzejników – bo i po co, skoro „zima” trwa tutaj trochę ponad miesiąc?), jednak po powrocie w styczniu przeżyłem ogromne zaskoczenie, spodziewałem się podobnej temperatury, jednak były dni, kiedy temperatura oscylowała w granicach 20°C i tylko świadomość, że gdybym szedł w samym koszulce to Hiszpanie patrzyliby na mnie jak na wariata nakazywała mi założyć na siebie jeszcze cienką rozpinaną bluzę. Podobnie było w listopadzie - to, że dla Hiszpanów zaczęła się już jesień/wczesna zima poznałem po tym, że zaczęli zakładać kurtki, dla mnie nadal temperatura była odpowiednia do chodzenia w samym T-shircie. Coś pięknego…
Kolejna bardzo ważna sprawa, jeśli nie najważniejsza podczas mojego pobytu w Valencii – zaliczenia, egzaminy, oceny końcowe. Na chwilę obecną nie wygląda to źle, najpierw przedstawię system w jaki działa uczelnia. Skala ocen to 0-10, po wystawieniu oceny każdy student ma tydzień na konsultację swojej oceny. Wszystkie oceny są do obejrzenia w wewnętrznym systemie uczelni – Intranecie – i nie trzeba latać od jednego wykładowcy do drugiego z kartą i indeksem. Zaliczenia niektórych przedmiotów polegały na systematycznej pracy podczas całego semestru (typu jeden assignment [nie wiem jak to przetłumaczyć na polski] do zrobienia na każdy wykład), systematycznej pracy podczas całego semestru i laboratoriów, systematycznej pracy, laboratoriów i końcowego projektu albo oprócz systematycznej pracy także kombinacji laboratoriów, obowiązkowych seminariów, prezentacji, esejów czy końcowego egzaminu. W tym semestrze realizowałem łącznie 8 przedmiotów, wliczając kurs hiszpańskiego przed rozpoczęciem roku akademickiego (przypomnijmy skromnie, z najlepszą oceną w grupie). Przedmioty z tego semestru:
- Ciencia y Tecnología del Medio Ambiente (Nauka i Technologia Środowiska Naturalnego), z egzaminem końcowym na koniec, ciągle oczekuję na wyniki, ale jestem bardzo dobrej myśli;
- Introduction to High Tech Marketing – z oceną 8,8;
- Investigación Operativa (Operation Research) – z oceną 8,5;
- Optimización y Control Óptimo – z oceną… 5,7, ale jak to wyszło z oceną z laboratoriów 8,8 i najważniejszą oceną z projektu 6 mnie nie pytajcie, ważne że zaliczone ;-);
- Organizational Behaviour – z oceną 8,1;
- Economía Española y Mundial (Ekonomia Hiszpańska i Światowa – końcowy egzamin w piątek, ale jestem o ten przedmiot dziwnie spokojny, gdyż już zrealizowałem 50% przedmiotu (uzupełnienie specjalnej przedmiotowej strony z teorią, zadaniami, komentarzami do artykułów plus seminaria, wycieczka do wytwórni oliwy i końcowy esej), a tyle właśnie wystarcza aby zaliczyć przedmiot, ewentualnie będę potrzebował ułamków punktu żeby zdać;
- Diseño de Sistemas de Producción y Logísticos (Production and Logistic System Design) – i tu ciekawa sytuacja, gdyż teoretycznie przedmiotu do którego najwięcej się uczyłem... nie zdałem, ale ciągle sprawa jest w toku, gdyż najważniejszą (80%) część przedmiotu, czyli egzamin, zdałem, jednak pomimo zrobienia także wszystkich możliwych prac dodatkowych (esej i prezentacja) ciągle brakuje mi kilku dziesiątych punktu, aby osiągnąć wymagane minimum, dziś odbyłem jedno dające nadzieje spotkanie z wykładowcą, jutro kolejne z prowadzącym laboratoria drugim wykładowcą i prawdopodobnie w czwartek po kolejnym spotkaniu z wykładowcą moja sytuacja będzie jasna, czy będę miał zdany przedmiot czy też będę musiał poprawiać go na początku… lipca. Cóż, i tak zostaję w Valencii do końca lipca z powodu umowy na wynajem mieszkania, więc przynajmniej byłby jakiś sensowny powód ;-) Ale mam nadzieję, że nie będzie to konieczne.
Tak właśnie przedstawia się moja sytuacja na uczelni. Nie jest jednak to wielki powód do zmartwień (i chyba nie powinien być z dotychczasowymi wynikami?), a dodatkowo mam jeden wielki powód do… szczęścia, ponieważ w sobotę wsiadam do samolotu i lecę do Portugalii na 12-dniowe wakacje. Plan na chwilę obecną jest już prawie skończony, brakuje jeszcze tylko noclegu w Lizbonie i zmiennych niezależnych ode mnie. Plan zakłada odwiedzenie koleżanki w Covilhã, odwiedzenie Porto (dwa dni), Bragi, Doliny Douro, Aveiro, Praia de Mira, Coimbry, Nazare, Fatimy, Lizbony, Sintry, Faro, Lagos, Cabo de Roca i pewnie kilku innych ciekawych miejsc po drodze, zatem będzie to dla mnie podróż roku ;-) Mam szczerą nadzieję że mój plan zostanie zrealizowany i gdy wrócę 11/02 do Valencii będę mógł powiedzieć „nie wierzę że mi się to udało” i nie będę mógł uwierzyć w swoje szczęście! Ta podróż (plus lutowe odwiedziny) napełniają mnie ogromnym szczęściem, nadzieją i… zaniepokojeniem, oczywiście. Ale szklanka jest póki co do połowy pełna.
¡Hasta más pronto que la ultima vez!
20 listopada 2009
W cieniu wielkiego sąsiada
Przełomową datą był właśnie rok 1923 - to wtedy ówczesny prezes Valencia CF, Ramón Leonarte, podpisał dokument, na mocy którego kupiono tereny pod budowę powstałego w styczniu 1923 roku Estadio Mestalla. Kwota zapłacona za gruny w tamtym okresie była astronomiczna - 316.439 peset, jednak co warte podkreślenia ogromna większość środków pochodziła z pożyczek, w większości poręczonych przez miasto. Dziś sytuacja się powtarza - Valencia znajduje się już bliżej końca niż początku budowy nowego stadionu, o którym pisałem w poprzedniej notce. Nou Mestalla także powstaje z pożyczek, które wpędziły klub w ogromne długi, porównywalne z kłopotami Arsenalu po budowie Emirates Stadium.
Ale przenieśmy się na moment na północ Valencii, do Levante. Przez wiele lat klub miał problemy finansowe, ale jakakolwiek pomoc ze strony miasta nie wchodziła w grę, ponieważ to inny klub był "oczkiem w głowie" włodarzy. Aby ratować się przed likwidacją, klub połączył się z innym miastem regionu, Gimnástico, i w 1942 roku otrzymał aktualną formę. Jednak nie można było mówić o żadnej wojnie pomiędzy klubami - aż do roku 1969 obie ekipy grały na powstałej 10 lat wcześniej "starej" Mestalli i dopiero budowa Estadi Ciutat de València (aktualnego stadionu Levante) trwale oddzieliła obydwa kluby. Kto wie, czy gdyby nie inne koleje losu Valencia nie doczekałaby się tandemu godnego Interu i Milanu?
Oba kluby przez następne dekady radziły sobie wg. możliwości. Levante głównie lądowało w środku Segunda División, grając 5-krotnie w najwyższej klasie rozgrywkowej (najwyższe miejsce - 10., notując swoje najwyższe zwycięstwo w Primera División 5-1 z... FC Barceloną, 1964/65). Natomiast gdyby nie spadek w sezonie 1985/86, Valencia znalazłaby się obok Realu Madryt, FC Barcelony i Athletic Bilbao w gronie klubów, które nigdy nie spadły do drugiej ligi. Roczny pobyt w Segunda mobilizująco wpłynął na 4. najlepszą drużynę Hiszpanii w historii i już nigdy więcej nie zaliczyła ona pobytu w niższej klasie rozgrywkowej. I tutaj dochodzimy właśnie do punktu zwrotnego w naszej historii, który na trwałe podzielił Valencię na część Levante UD i część Valencia CF.
Początek lat 80. XX wieku w Hiszpanii to także początek kryzysu, który dotknął całą gospodarkę Hiszpanii, w tym także kluby piłkarskie. Valencia CF zapłaciła degradacją do Segunda División, Levante również znalazło się na krawędzi bankructwa i spadku do Segunda B (trzecia liga). Jednak wtedy zdarzył się przełom - politycy sprawujący władzę nakłonili bogatych sponsorów do pomocy, a ci postanowili wyłożyć miliony peset na pokrycie długów Valencia CF oraz na zakup nowych piłkarzy, którzy mieli przywrócić klub na jego prawowite miejsce w Primera Division. Cel udał się już po roku, jednak mniejszy brat - Levante UD - zostało pozostawione ze swoimi długami i problemami same sobie, co zakończyło się 8-letnią tułaczką tego klubu po boiskach trzeciej ligi, jednym z najgorszych okresów w historii klubu. Podczas gdy Valencia wstępowała na drogę do największych sukcesów klubu w historii (Puchar UEFA, mistrzostwa Hiszpanii), Levante systematycznie odbudowywało się i w końcu osiągnęło swój cel - w sezonie 2004/05 awansowało do Primera División, z której spadło sezon później.
Nie oznacza to jednak, że Levante całkowicie wyszło z problemów. Aktualnie sponsorem głównym klubu jest... Generalitat Valenciana, czyli Urząd Miasta Valencii - nie udało się znaleźć żadnego innego sponsora, a po kolejnym sezonie w Primera w sezonie 2006/07 klub spadł z niej sezon później z jeszcze większymi kłopotami ogranizacyjnymi. Sezon ten musiał się tak zakończyć: w połowie sezonu miało przerażający bilans: 19 meczów, 8 punktów, 9 punktów straty do przedostatniego Deportivo La Coruña, bilans bramkowy 11-35, brak strzelonego gola w przeciągu ubiegłego miesiąca (!), najdłuższa seria zwycięstw - jedno, najdłuższa seria bez porażki - jeden mecz, najdłuższa seria porażek - osiem, najlepszy strzelec Włoch Christian Rigano strzelił na półmetku sezonu cztery bramki, w dodatku trzy z nich w wygranym 3:0 meczu z Almerią, ale inaczej nie mogło to wyglądać, kiedy każdy bez wyjątku uciekał z tonącego okrętu. Polecam lekturę ciekawego artykułu, że nie tylko w Polsce może dochodzić do takich anormalnych sytuacji, ale nawet w ekipie, w której grali tacy piłkarze jak Sávio, Szota Arweładze, Lauren Robert, a wiele lat wcześniej Johan Cruyff. Jeśli dodać to tego ogromne kłopoty finansowe, które zmusiły klub do sprzedaży stadionu miastu w zamian za częściowe umorzenie długów, kształtuje się nam obraz totalnej katastrofy.
W tym samym czasie zupełnie inne nastroje panowały w drugim klubie Valencii. Klub może nie zdobył kolejnego tytułu mistrza Hiszpanii, ale miasto w 2006 roku zgodziło się na plany budowy nowego stadionu, co wywołało prawdziwą aferę. Jak się później okazało, radni zasiadający w komisji decydującej o zgodzie na budowę stadionu (a konkretniej przedstawiciele Partido Popular, rządzącej partii), doskonale wiedzieli, że Valencia CF nie posiada wykupionych wszystkich terenów, na których miał powstać (i powstaje) Nou Mestalla. Na nic zdały się sprzeciwy opozycji, mieszkańców (mało kto chciał zgodzić się na tak ogromny stadion w obrębie miasta) i w cieniu łapówkowego skandalu stadion jest już praktycznie gotowy, a miasto za swoją decyzję musiało zapłacić ogromne odszkodowania właścicielom niewykupionych wcześniej działek, a urzędnicy oczywiście stracili pracę i czekają na wyroki za niegospodarność. Nou Mestalla miała zostać oddana do użytku już we wrześniu tego roku, jednak z powodu kryzysu termin ten odłożono do sierpnia 2010, jednak już teraz częściej mówi się o lutym 2011. Valencia CF boryka się w tym momencie z ogromnymi długami, jednak prezes Valencii, Manuel Llorente, zdecydowanie zaprzecza, że będzie zmuszony sprzedać jakichkolwiek piłkarzy, aby załatać klubową dziurę budżetową, sięgającą kilku setek milionów euro.
A co z Levante? Na tym samym posiedzeniu rady, na którym decydowały się losy Nou Mestalla, miała zostać podjęta również zgoda na budowę nowego stadionu Levante, o który klub zabiegał od lat. Skończyło się na gwarancji, że "w niedługiej przeszłości" taka zgoda zostanie wydana, ale przede wszystkim nie jest jasne czy wszystkie tereny pod nowy stadion są w posiadaniu klubu i dopiero w 2008 roku potwierdzono, że wszystko jest w porządku, mimo iż Valencia CF nie musiała czekać na taką zgodę w ogóle (ponieważ wykrytoby nieprawidłowości). Oczywiście Levante nie otrzymało zgody na budowę stadionu w obrębie miasta i jego budowa zacznie się niedalego obecnego stadionu, na obrzeżach północnej części miasta. Smutna historia faworyzowania jednego klubu kosztem drugiego...
Na stulecie istnienia Levante UD w tym sezonie spisuje się rewelacyjnie. Aktualnie zajmuje 4. miejsce w Segunda División, z 3 punktami straty do liderującącej Cartageny i, mimo wysprzedania prawie wszystkich najlepszych zawodników (głównie obcokrajowców), ma wyrównaną kadrę, mogącą przy odrobinie szczęścia wywalczyć awans. Buduje się nowy stadion, klub powoli wychodzi na prostą, i tylko brakuje odrobinę pomocy od tych "z góry", aby klub ten zaczął odnosić sukcesy na miarę drugiego miasta Valencii.
17 listopada 2009
El futból español
Właśnie, może pora przejść do kwestii cen. Ostatni mecz obejrzałem za darmo (a nawet zarobiłem, gdyż miałem trzy zaproszenia i dwa z nich sprzedałem po dobrej cenie :-) ), jednakże cały czas staram się zdobyć akredytacje jako dziennikarz na każde kolejne spotkanie - pracowałem już jako el periodista w minione wakacje, bardzo chciałbym to kontynuuować jako korespondent z Hiszpanii. Ale wracając do tematu. Bilety na mecz przecwko pierwszoligowcowi (czyt. Sevilli czy Villareal) kosztują od 20€ do 55€. Jeśli zdarza się mecz z rywalem ze strefy pucharowej (np. Atlético Madrid, Villareal, Sevilla), cena wzrasta nieznacznie, ~5/10€, jednak dwa razy do roku zdarza się tak, że ceny rosną kosmicznie - kiedy zbliża się mecz z Barceloną czy Realem Madryt. Najtańsze wejściówki kosztują wtedy od 65€ do 125€ i żeby je dostać trzeba stać kilka godzin w kolejce do kas. Co ciekawe - na każdym innym meczu na jakim byłem nie było pełnych trybun, zapełniają się całkowicie tylko na te dwa mecze w sezonie. Swoją drogą patrząc wstecz - uważam że obejrzałem o wiele lepszy mecz za 10€, kiedy rywalem Valencii był trzecioligowe Alcoyano (2:2 i trzymający do ostatnich sekund mecz w Pucharze Króla), niż 0:0 z Barceloną... Ciekawostka - bilety na Camp Nou na mecz z Realem kosztują od 75€ do 225€, przeciwko Interowi - od 52€ do 138€, a na "zwyczajny" mecz przeciwko derbowemu rywalowi Españolowi - od 41€ do 124€.
Ale wracając do cen biletów. Zaskoczyło mnie to, że w Hiszpanii wszystkie spotkania pucharowe są... tańsze niż bilety ligowe. Na mecze w Europa League bilety kosztują od 15€ do 35€ - wynika to z tego, że Hiszpanie uważają (i słusznie), że to w ich kraju gra się najlepszą piłkę w Europie i nie ma takiego rywala, który byłby wart większych pieniędzy... Dla porównania - na meczu z Atlético stadion był prawie pełen, na meczu z Genuą czy Slavią Praga - nie był zapełniony choćby w połowie.
Właśnie, stadion. Do tej pory odwiedziłem Mestallę, Estadio Santiago Bernabeu oraz kilka mniejszych stadionów, aczkolwiek określenie "mniejszych" chyba nie za bardzo tutaj pasuje - przykładowo stadion Castellónu. Ostatnia drużyna Segunda División, ostatni raz w Primera División grała w latach 30-tych XX, a może pochwalić się zadaszonym stadionem na 16.000 miejsc. Mało? Po pierwsze, więcej naprawdę nie potrzeba aby zapewnić doskonały doping, po drugie - ostatni zespół w polskiej I lidze, Motor Lublin, może pochwalić się stadionem na 13.000 miejsc, z czego 10.000 to miejsca... stojące, o zadaszeniu lepiej nie mówmy. Podobnie jest w całej Hiszpanii - stadiony są stosunkowo nowe, mają pojemność kilkanaście tysięcy, zazwyczaj należą do miasta, które oddaje je do użytku drużynom za symboliczną cenę. Valencia CF jest właśnie w trakcie budowania nowego stadionu, Nou Mestalla, który będzie miał pojemność 75.000 i tym stanie się ex aequo drugim co do wielkości stadionem w Hiszpanii, ustępując tylko Camp Nou z 98.000 miejsc i równając się z Estadio Santiago Bernabeu.
Najbardziej hiszpańską rzeczą, jaką zaobserwowałem była przede wszystkim pora o której rozgrywa się mecze - zazwyczaj jest to 22:00, tylko niektóre mecze są rozgrywane wcześniej (transmitowane w telewizji), nie widziałem jeszcze choćby jednego meczu, który zakończył się przed zapadnięciem zmroku. Inną sprawą jest zwyczaj jedzenia podczas meczu lub w przerwie. Najczęściej kibice przynoszą opakowania ziaren słonecznika (pipas de girasol) czy orzeszków ziemnych - póki co moje opakowanie jadłem przez trzy mecze i jeszcze go nie skończyłem :-) Inną typową comidą jest oczywiście kanapka typu bagietka (barra de pan) - ogromna ilość ludzi przychodzi na mecz zaopatrzona własnie w ten posiłek, spożywany w czasie przerwy.
Genialną dla mnie sprawą jest transmitowanie wszystkich rozgrywek (La Liga, Champions League, Europa League, Copa del Rey i reprezentacja) przez publiczne stacje. Co niedzielę w TVE o 22:55 zaczyna się Estudio Estadio, odpowiednik Match of the Day w BBC, podsumowywujący minioną kolejkę La Ligi, ale także Premiership czy pokazujący skrót meczu najbliższego rywala Barcelony i Realu w Lidze Mistrzów. Tym dwóm drużynom poświęca się oczywiście najwięcej miejsca, w miniony weekend mogłem nawet w publicznej telewizji obejrzeć pojedynek Barcelona - Cultural Leonesa, innego trzecioligowca. Najczęściej można oczywiście obejrzeć mecze Liverpoolu i Arsenalu, a jeśli Torres lub Fabregas strzelą gola - prawdopodobieństwo jest stuprocentowe, jednak zdarzają się też transmisje "normalnych" meczy, jak np. ostatnio Tottenham - Sunderland. Podobnie jest z Canal Nou, regionalnej telewizji walenciańskiej - programy nadawane są tylko w valenciano, języku wspólnoty autonomicznej Valencia, która transmituje także każdy mecz Valencii (najczęściej), Levante i Villareal (retransmisje).
Podsumowywując, Hiszpanie naprawdę żyją piłką i ciężko tego nie zauważyć. W następnym poście postaram się opisać stosunki panujące między klubami w Hiszpanii - kto kogo lubi, kto kogo nie i dlaczego, mam nadzieję że będzie warto trochę poczekać... ¡Hasta luego!
P.S. Przepraszam, że nie wrzuciłem żadnych swoich zdjęć ale mój laptop wrócił tymczasowo do Polski, mam nadzieję że wkrótce go odzyskam i wtedy załaduję zdjęcia.
29 października 2009
Valencia vol. 3.






¡Hasta la vista! ;-)
27 września 2009
Valencia, vol. 2
W czwartek wieczorem, już po napisaniu egzaminu kończącego kurs, pojechałem razem z moimi współlokatorami do Sueki - miejscowości w połowie drogi między Valencią a Gandią - na 20. międzynarodowy festiwal mimów. Przeżycie niesamowite, pierwszy kontakt ze sztuką hiszpańską. Tak po prawdzie określenie "festiwal mimów" odnosi się bardziej do sztuki teatralnej z mniejszą ilością słów niż do tego, co przychodzi nam na myśl jako pierwsze określenie mima. Akrobacje na linie zawieszonej pod sufitem, taniec, powietrzne akrobacje przy użyciu trampoliny oraz oczywiście częściowo sama sztuka teatralna - jak widać, pod pojęciem "mim" może się kryć naprawdę sporo.

Kurs zakończyło oficjalnie Goodbye Party, zorganizowane przez organizatorów kursu. Idea była prosta - każdy uczestnik kursu przynosi ze sobą dowolną potrawę, tradycyjną dla swojego kraju. Ja z Jędrkiem byliśmy uzbrojeni w barszcz czerwony, nasi współlokatorzy Australijczycy w krewetki w panierce (nie wnikam na ile jest to tradycyjna potrawa Aussie). Impreza odbyła się na terenie politechniki i przyznam szczerze, pierwszy raz widziałem, aby organizatorzy i prowadzący zajęcia stawili się tak licznie i bawili się równie dobrze, co uczestnicy.Dzień później wróciliśmy już do Valencii. Temperatura oczywiście oscylująca w granicach 30 stopni, na niebie żadnej chmurki. W tym fragmencie nie będzie już zdjęć, bo po prostu ich nie robiłem jeszcze, dopiero w przyszły weekend planuje większy trip po mieście z aparatem. Odnośnie samej uczelni i zajęć - przytłoczył mnie lekko ogrom tej uczelni. Wszystko znajduje się na jednym kampusie, wzdłuż którego idzie się pieszo z jednego końca do drugiego około pół godziny, co jest równe czterem przystankom tramwajowym po drodze. Na kampusie znajduje się kilka różnych wydziałów (w tym tutejsza ASP, która podlega pod Universidad Politecnica de Valencia (UPV), laboratoria, baza sportowa jakiej nie powstydziłby się niejeden polski klub, pływalnia, korty tenisowe, parkingi... a kolejne budynki są w trakcie budowy. Wychodzi się którymkolwiek z południowych wyjść i po drugiej stronie ulicy znajduje się kampus Universitat de Valencia (UV). Nie jest on tak dobrze zorganizowany, ale stylowo nie odstaje od ogromu UPV. Odnośnie zajęć - już od pierwszych zajęć dało się odczuć, że zagraniczni studenci będą traktowani częściowo po macoszemu, i tak jest na większości zajęć. Jeden wykładowca prowadzi dwa przedmioty, i choć teoretycznie nie są do siebie mocno zbliżone (Organizational Behaviour i Introduction to High Tech Marketing), to prawdopodobnie będą o tym samym. Nie wiem jak to wygląda od strony hiszpańskich studentów, ale muszę przyznać, że może na łódzkiej politechnice poziom zajęć nie jest o wiele wyższy, to jednak wymagania stawiane polskim studentom są większe. Plan zajęć mam dziurawy jak ser szwajcarski, ale nie zapobiegło to oczywiście temu, że dwa przedmioty nakładają się na siebie, będę musiał jeszcze wymyślić jak będzie to można ogarnąć. Oczywiście bałagan związany z erasmusami jest tutaj ogromny - w przypadku przedmiotu Operation Research jest prawdopodobne, że trafię do grupy hiszpańskiej zamiast angielskiej. Dlaczego dla mnie to takie ważne? Ponieważ jest to prawdopodobnie najtrudniejszy przedmiot w tym semestrze, z laborkami, związany z programowaniem etc. i sądzę że nawet po angielsku nie byłoby łatwo. A dlaczego nie mogę się zapisać do grupy anglojęzycznej? Ponieważ decyduje kolejność zapisów, i Hiszpanie otrzymali loginy do zapisywania się na zajęcia już w lipcu, podczas gdy obcokrajowcy przyjechali dopiero we wrześniu i grupa anglojęzyczna była już prawie zapełniona Hiszpanami chcącymi studiować po angielsku. Doceniam ambicje, ale co mają zrobić erasmusi, których język hiszpański jest na poziomie zerowym? Cieszę się że przynajmniej mnie taki problem nie dotyczy i najwyżej będę musiał włożyć więcej pracy w ten przedmiot.
Z dodatkowych aktywności - zapisałem się na próbne gry do regularnej drużyny piłkarskiej UPV. W poprzednim tygodniu była jedna, jutro czeka mnie kolejna i jeśli dobrze się spiszę, to jest szansa że będę grał w akademickiej lidze piłkarskiej. Szans dużych pewnie na to nie ma (ciężko jest się wykazać, kiedy gra się w obronie - pozycji, której nigdy nie preferowałem oraz kiedy gra się z Hiszpanami - jakby nie było, narodem aktualnych mistrzów Europy), ale sama przyjemność gry mi wystarcza. Dodatkowo, co sobotę gram w piłkę z Hiszpanami na kampusie Universitat de Valencia - dostałem zaproszenie od Hiszpana, który znalazł mnie na facebooku, i tak się zaczęło. Kontynuując wątek piłkarski - wiadomo, że w Valencii znajdują się dwie drużyny piłkarskie - Valencia Club de Futbol oraz Levante Union Deportiva. Pierwsza co roku wymieniana jest w gronie faworytów do zajęcia czołowych pozycji w Primera Division i zajmuje 4. miejsce w klasyfikacji najlepszych zespołów z Hiszpanii w historii, druga błąka się w Segunda Division. Opisywałem tutaj już swoje piłkarskie wakacje, teraz kontynuuje tę piłkarską pasję chodzenia na mecze, którą zaraził mnie Brat i wczoraj wybrałem się na swój pierwszy mecz na Estadio Mestalla - Valencia podejmowała Atletico Madrid, inną równie naszpikowaną gwiazdami drużynę, którą miałem już szansę oglądać w te wakacje podczas Emirates Cup w Londynie. Wrażenia z meczu - bilet kupiłem bez żadnych problemów w kasie klubu pół godziny przed meczem. Miejsce także wyjątkowe, bo pięć rzędów pod sektorem kibiców gości.
¡Hasta pronto!


